• facebook
  • rss
  • Tablety prowadzą w pole

    Jan Głąbiński

    |

    Gość Krakowski 50/2012

    dodane 13.12.2012 00:00

    Wdrażanie rewolucyjnych zmian w systemie ratownictwa medycznego dobiega końca, ale wciąż budzi protesty. Zbiegły się one ze śmiercią dwóch osób, które nie doczekały się przyjazdu karetki.

    Kiedy 80-letnia kobieta ze Skrzypnego na Podhalu zasłabła, rodzina zawiadomiła pogotowie. Na ratunek wyruszyła karetka z Zakopanego. Zespół miał być prowadzony na miejsce za pomocą systemu opartego na technologii telefonii komórkowej i lokalizacji satelitarnej. Niestety, Skrzypne było poza zasięgiem sieci. W wyniku tego przejechanie 19 km zajęło karetce... 40 minut! Starsza góralka nie doczekała się pomocy, zmarła.

    W tym samym czasie wezwano ambulans specjalistyczny do Nowego Bystrego. Udała się tam karetka podstawowa (bo specjalistyczna była w Skrzypnem). Doszło do kolejnej tragedii. 44-letnia kobieta zmarła. – Nie chcemy komentować całej sprawy. Jest to bardzo bolesne, pomagamy, jak możemy. Każdy z nas by tak zrobił. Jeszcze wieczorem przed feralnym porankiem, kiedy pani Czesława zmarła, rozmawiałem z nią na wywiadówce w szkole. Zawsze interesowała się dziećmi – mówi ze smutkiem Jan Puciło, dyrektor Zespołu Szkół w Nowem Bystrem. Góralka była listonoszką, osierociła czworo dzieci, z czego dwoje chodzi do młodszych klas w miejscowej szkole.

    Dyspozytornie zlikwidowane

    Jerzy Miller, wojewoda małopolski, skierował sprawę do prokuratury. – Przyczyn opóźnienia należy szukać w tym, że zespół tej określonej karetki nie znał procedur postępowania oraz nie wykorzystał wszystkich możliwości systemu teleinformatycznego – twierdzi Monika Frenkiel, rzecznik prasowy wojewody małopolskiego. Na czym polega nowość w systemie ratowniczym w Małopolsce? Lokalne, powiatowe dyspozytornie zostały zlikwidowane i zastąpione dwiema centralnymi w Krakowie i Tarnowie. Podhalańscy ratownicy krytykują wprowadzony system. W rozmowie z „Tygodnikiem Podhalańskim” twierdzą anonimowo, że tablety, które mają ich naprowadzać, psują się i szybko wyładowują. Dysponują także przestarzałymi mapami. Słów krytyki i oburzenia nie kryje radny powiatu suskiego Sławomir Hajnos, który przytacza przykłady złego funkcjonowania systemu. – Podczas bójki w dyskotece w Suchej Beskidzkiej dyspozytor pogotowia w Krakowie (!) zapytał o ulicę – inaczej karetka nie przyjedzie. Dzwoniący nie znał jej jednak, więc rozmowa się przeciągała. Innym razem ludzie wieźli samochodem starszą kobietę, prosząc jednocześnie, by wysłać karetkę naprzeciw nim. Dyspozytorka wypytywała gdzie, bo nie jest zaznajomiona z nazwami miejscowości na Podhalu – relacjonuje S. Hajnos. Wspomina jeszcze wypadek w Kojszówce, gdzie karetka przyjechała 7 minut po straży pożarnej. Radny przekonał do swojej opinii innych kolegów z powiatu suskiego. W efekcie samorządowcy wystosowali apel do wojewody, aby natychmiast zaprzestał dalszych prac nad „wdrażaniem tego niedorzecznego pomysłu” i niezwłocznie powrócił do poprzedniego modelu powiadamiania ratunkowego, który – dopracowywany przez lata – funkcjonował dobrze, a którego podstawową zasadą było to, że zakończenia telefonów alarmowych były umiejscowione w służbach ratowniczych na terenie powiatu.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół