• facebook
  • rss
  • Idę, nawet jutro!

    ks. Mirosław Kulesa

    |

    Gość Krakowski 31/2013

    dodane 01.08.2013 00:00

    – Idę, by podziękować za dobrze zdaną maturę i prosić Boga o błogosławieństwo na czas studiów. Chciałabym, żeby pielgrzymka była dla mnie chwilą głębszej zadumy. Boję się tylko, że nogi mogą trochę boleć... – mówi 19-letnia Gosia, pielgrzymkowa debiutantka.

    Siedemastoletnia Klaudia dodaje: – Ja będę prosić o pomyślne zdanie matury, która już za rok. Chciałabym też, żeby pielgrzymka odmieniła trochę moje życie. Idę po raz pierwszy i mam nadzieję, że uda mi się pokonać tyle kilometrów.
Zmiana czegoś w życiu to intencja, którą w swoim sercu przed oblicze Czarnej Madonny zaniesie także debiutant Maciek (27 lat). – Chcę bardziej otworzyć się na Boga i na innych. Chcę Mu też podziękować za dobrych ludzi, których spotykam na swojej drodze, i za to, że więcej jest w moim życiu radości niż smutków – wyznaje.

    
– A ja chcę pomodlić się za całą moją rodzinę. Tylko trochę się boję, bo wszyscy mnie straszą jakąś asfaltówką, a ja nie wiem, co to jest – mówi 11-letnia Asia.
Tak jak w życiu kapłana najważniejsze miejsce w sercu zajmują pierwsza sprawowana Eucharystia i pierwsza parafia, tak w sercu i pamięci pątnika najważniejsza jest pierwsza pielgrzymka. To ona decyduje, czy ktoś ponownie wyruszy na pielgrzymi szlak, czy raczej zostanie już w domu.
Piszący te słowa po raz pierwszy spakował plecak i wyruszył w drogę na Jasną Górę 6 sierpnia 1988 r., mając niespełna 15 lat. Wyobraź sobie, drogi Czytelniku, chłopca niewiele większego od niesionego plecaka (Pan Bóg poskąpił jeszcze wówczas centymetrów), który na ulicy Bernardyńskiej z radością zrozumiał, że plecak może zapakować na ciężarówkę, a na trasę zabrać tylko chlebak... To zdecydowanie upraszczało sprawę. Teraz każdy kolejny kilometr był jak odkrywanie nowego świata, a każdy przygotowany posiłek (o zdobyciu chleba nie wspomnę) przypominał wyczyn godny obozu przetrwania (czytelnicy, którzy pamiętają, jak otwierało się wtedy konserwę, wiedzą, o czym mowa).
To wtedy zawiązały się więzi, które przetrwały do dziś i które wywarły ogromny wpływ na moje życie: Andrzej Bac, koordynator Pieszej Pielgrzymki Krakowskiej, człowiek, który podczas dotychczasowych 32 pielgrzymek samochodem nie przejechał nawet metra, Ania, Jarek i Dorota Kazubowscy, Jaś Walczewski, pan Edziu z Zabierzowa i Józef Litwa – obecnie ksiądz, a wówczas maturzysta, który razem z gospodynią z Włodowic czuwał całą noc przy moim łóżku, gdy w przedostatni dzień solidnie zachorowałem. I wielu, wielu innych, którzy sprawiali, że coroczne spotkania na pielgrzymim szlaku były spotkaniami rodzinnymi.
Jednak tym, co najbardziej utkwiło mi w pamięci z sierpnia 1988 r., jest trudne do opisania uczucie, gdy na alei NMP w Częstochowie zobaczyłem wieżę jasnogórskiego klasztoru. A potem uklęknięcie przed obrazem Czarnej Madonny. Takie chwile naprawdę zmieniają życie.
Po pielgrzymkowym debiucie zostało jeszcze jedno wspomnienie – wyraz twarzy mojej mamy, gdy zobaczyła swojego jedynaka na progu domu. I jej słowa, gdy już pielgrzymkę odespałem i gdy asfaltówka zaczęła schodzić z moich nóg (czym jest asfaltówka, warto sprawdzić w słowniczku pielgrzyma na: www.krakow.gosc.pl): – To co, wybierasz się za rok? – zapytała, nie dowierzając, że powiem „tak”. – Nawet jutro, mamusiu! – odparłem, i tak mi już zostało.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół