• facebook
  • rss
  • Ławka z jakością

    Piotr Legutko

    |

    Gość Krakowski 40/2013

    dodane 03.10.2013 00:00

    Ludzie przestają wierzyć, że kolejne kursy coś dają. Małopolska chce pilnować poziomu szkoleń.

    Podnoszenie kwalifikacji naprawdę może pomóc w zdobyciu (lub utrzymaniu) pracy. Kiedyś nikt w to nie wątpił. Dziś słowo „szkolenie” bardzo się zdewaluowało. Jest ich zwyczajnie za dużo, bo pieniądze na szkolenia płyną szerokim strumieniem z różnych źródeł. Tyle że korzystają z nich niekoniecznie ci, dla których szkolenia są wymyślane. Firmy szkoleniowe wyrastają jak grzyby po deszczu, ale liczba nie przechodzi w jakość. Mamy raczej do czynienia z inflacją. Wojewódzki Urząd Pracy w Krakowie chce wprowadzić regionalny standard, który będzie dla pracodawców i pracowników gwarancją jakości szkoleń.

    Pięć argumentów na „nie”

    Dziennikarz zajmujący się rynkiem pracy od ręki jest w stanie wskazać pięć najczęściej powtarzanych argumentów, dlaczego uczyć się (w pewnym wieku) nie warto. Najczęściej powtarzany to ten, że skórka nie warta wyprawki, bo żadne szkolenie nie daje gwarancji zatrudnienia. – Mam kilka koleżanek, które pokończyły różne kursy i nic im to nie pomogło. Straciły pracę tak jak ja – mówi pani Edyta, która właśnie pożegnała się z etatem w liceum. Drugi powód, by „odpuścić”, to wiek. Ludzie po 50. mają poważne opory, by siadać w ławce, robić notatki, pisać testy. „To nie dla mnie. W tym wieku nic już do głowy nie wchodzi” – to standardowa wymówka pracowników (lub tych bez pracy) ściąganych na szkolenia. Trzeci argument to brak czasu. Ci, którzy się nim posługują, przypominają robotników ze starego dowcipu, biegających po budowie z pustymi taczkami. Pytani, dlaczego to robią, odpowiadają: „Bo taki młyn, że nie ma czasu załadować”. Dwa ostatnie zarzuty są – niestety – najbardziej zasadne. Wynikają bowiem z patologii, jakie toczą rynek szkoleń. – Zapisałem się na pewien kurs w dobrej wierze. Niestety, wyjazdowy. Okazało się, że to był tylko parawan dla suto zakrapianej imprezki. Certyfikat dostałem, ale nic nie skorzystałem – wspomina Adam (tuż po studiach dziennikarskich). Piąty argument, by „dokształt” zarzucić, można znaleźć na ulotce reklamującej pewną szkołę językową: „Zdanie egzaminu gwarantowane”. Co to w takim razie za egzamin?

    Co tu nie gra?

    Zdaniem Andrzeja Martynuski, dyrektora WUP w Krakowie, często bywa tak, że najmniej przy szkoleniach mają do powiedzenia najbardziej zainteresowani, czyli ci, którzy pracę dają lub jej szukają. Gra (o dużą stawkę) toczy się między urzędem a szkolącymi. Poza tym nad jakością szkoleń nie jest łatwo dziś zapanować ze względu na fatalną ustawę o zamówieniach publicznych. To zgodnie z nią wybiera się firmy świadczące tego typu usługi. A – jak wiadomo – w tych zawodach wygrywa najtańszy, niekoniecznie najlepszy. – Znamy rynek i czasem modlimy się, by pewne firmy nie składały ofert, bo będą musiały wygrać. Ze szkodą dla wszystkich – mówi dyrektor. Oczywiście, poza zwycięzcą przetargu. Bywa też tak, że szkolenie jest dobre, ale „przestrzelone”, bo albo daje kwalifikacje mało przydatne, albo nie spełnia oczekiwań kursanta. – Ludzie często liczą, że szkolenie rozwiąże jakiś życiowy problem, da pracę. Tymczasem ma ono dać tylko i aż nowe umiejętności, wzbogacić kompetencje, ale nie zmieni niczyjego życia – mówi Małgorzata Dudziak, odpowiedzialna w krakowskim WUP za szkolenia. Chociaż... zmienia życie w tym sensie, że tylko aktywność daje realną szansę na zmianę sytuacji życiowej. Bierność zaś rodzi głównie depresję.

    Jak nad tym zapanować?

    Potrzebne jest – po pierwsze – wprowadzenie pewnych żelaznych standardów, które muszą być spełnione podczas szkolenia. Po drugie – to pracodawca i pracownik muszą zacząć na tym rynku rządzić. Pierwszy warunek ma zostać spełniony przez wprowadzenie swoistego „znaku jakości”, drugi – przez inny sposób dzielenia publicznych pieniędzy. Niedawanie ich bezpośrednio firmom, ale klientom. To oni, mając w ręku bon szkoleniowy, zyskaliby instrument promujący jakość, faworyzujący dobre, dające wymierne korzyści szkolenia. Znak jakości będzie miał nazwę „Małopolskie Standardy Usług Edukacyjno-Szkoleniowych (MSUES). Wymyślono go w krakowskim WUP, ale niejako „na licencji” belgijskiej. W Walonii ten sposób pilnowania jakości szkoleń ma już 15 lat. Znak jakości przyznawany będzie przez niezależnego audytora. Po MSUES zgłosiło się już 60 firm. Jak na razie, głównym zmartwieniem jest, by ów znak jakości... nie wyeliminował ich z rynku zamówień publicznych, bo spełnienie wymagań MSUES musi kosztować. Staną się więc drożsi. Na rynku komercyjnym jakość się pewnie obroni. Gorzej z państwowym kontrahentem. Małopolski pilotaż może przebić się zatem dalej, jeśli zostanie wsparty przez zmiany systemowe.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół