• facebook
  • rss
  • Nurt podziemnej rzeki

    Dominika Cicha

    |

    Gość Krakowski 49/2013

    dodane 05.12.2013 00:00

    – Bóg jest miłosiernym Ojcem, a nie księgowym liczącym nasze słabości czy generałem wzywającym nas na nieustanną musztrę – podkreśla Maria Rochowicz, tyniecka oblatka. Codziennie wita się z Nim o 6 rano.

    Przy opactwie oo. benedyktynów w Tyńcu jest obecnie ponad 100 oblatów, ale wciąż mało kto o nich wie. Kim są?

    Doskonałość w miłości

    – Oblatem może zostać każdy: katolik, anglikanin, protestant; kobieta i mężczyzna, kapłani, klerycy, osoby świeckie i konsekrowane, ludzie żyjący samotnie lub małżonkowie, którzy zdecydowali się żyć zgodnie z Regułą św. Benedykta – wyjaśnia o. Włodzimierz Zatorski OSB, prefekt tynieckich oblatów. Oblatura (łac. oblatio – ofiarowanie, poświęcenie) jest szczególną formą duchowości.

    – Oblaci łączą się przyrzeczeniami z konkretnym klasztorem benedyktyńskim, żyją według tych samych zasad co mnisi, a także korzystają z ich rad i kierownictwa duchowego – dodaje o. Zatorski. Aby zostać oblatem, trzeba najpierw przetrwać próbę. W nowicjacie, który trwa minimum rok (w Korei aż 7 lat!), kandydat pogłębia znajomość Reguły, poświęca czas na lekturę Pisma Świętego i książek dotyczących duchowości benedyktyńskiej, uczestniczy w dniach skupienia, rekolekcjach, modli się liturgią godzin. Jeśli utwierdzi się w swoim wyborze, podczas specjalnego obrzędu liturgicznego składa publiczne przyrzeczenia. Najczęściej taką decyzję podejmują osoby po 40. roku życia. Oblacja nie jest ślubem, więc jej nieprzestrzeganie nie pociąga za sobą grzechu śmiertelnego, ale jest uznawane za niedoskonałość w miłości. Co 5 lat oblaci uczestniczą w spotkaniach krajowych i światowych. Ostatni krajowy III Zjazd Oblatów Benedyktyńskich odbył się w Tyńcu kilka tygodni temu i wzięło w nim udział 75 osób z całej Polski, a także ze Słowacji i Czech.

    Droga środka

    Każdy z oblatów ma swoją niepowtarzalną historię. Niektórzy trafili do wspólnoty „przypadkiem”, długo szukając najlepszej dla siebie formy duchowości. Innych pociągnęli za sobą mąż, żona lub przyjaciele. Jeszcze inni odpowiedzieli na wołanie Boga w sercu. Wszyscy chcą trzymać się Go w codzienności – tej zwyczajnej, zabieganej, przepełnionej pracą, i starają się odpowiadać na Jego żywe słowo. Profesor Paweł Taranczewski, filozof, malarz i rysownik, przyjechał do Tyńca ponad 50 lat temu. Jak mówi, było mu w tym miejscu tak dobrze, że przymierzał się do pozostania w nim na stałe. Zgłosił więc swoją kandydaturę do oblatury i bardzo szybko złożył przyrzeczenia. Potem jego relacje z Tyńcem były raz bliższe, a raz dalsze. Kiedy po latach przyjechał do opactwa i wyznał, że jest oblatem, usłyszał: „Nie mamy nic w kartotece!”. Postanowił więc odnowić przyrzeczenia. Dziś żyje zwyczajnie, choć bardzo aktywnie – jest na emeryturze, ale wcięż pracuje na pełny etat, czyta, pisze teksty i w miarę możliwości wypełnia zalecenia. – To „w miarę możliwości” pozwala mi trwać przy Tyńcu. Gdybym poczuł się zmuszony do rygorystycznego przestrzegania oblackich zobowiązań, już dawno bym zrezygnował. Na szczęście mądrzy mnisi mówią mi, że „nadmiernie napięty łuk pęknie” – mówi prof. Taranczewski. Dodaje też, że jego związek z Tyńcem płynie jak nurt podziemnej rzeki, na powierzchni niewidoczny. To tzw. życie wewnętrzne, które powinno być ciągłym dojrzewaniem. – Ten nurt płynie doliną między skrajnościami, podsuwa drogę środka, niesie i odsłania coraz to nowe horyzonty – aż w nieskończoność. Chyba nie wyschnie, bo to wszystko wydaje mi się bardzo sensowne – twierdzi profesor. Szczególnie upodobał sobie praktykę lectio divina. Dziś nie mógłby bez niej żyć. Nie zawsze rozważa teksty religijne, czasem także te filozoficzne, np. pisma ks. prof. Józefa Tischnera.

    Dzień dobry, Panie Boże

    Oblatka Maria Rochowicz jest jedną z tych, którzy trafili do Tyńca w wyniku poszukiwań Boga, sensu wiary i życia. Wychowała się w katolickiej rodzinie, gdzie modlitwa była stałym elementem dnia, jednak podczas studiów odeszła od Kościoła. Nie potrafiła znaleźć wewnętrznego dialogu z tradycją. Powróciła po kilku latach, gdy została... mamą i zobaczyła w Bogu Ojca troszczącego się o swoje dzieci. Potem zachwyciła się uśmiechem o. Leona Knabita. W 2007 r. razem z siostrą wzięła udział w rekolekcjach o. Zatorskiego, prefekta oblatów, który mówił o duchowości benedyktyńskiej w życiu świeckich. Jak przekonuje, duchowość ta stała się jej miłością od „pierwszego usłyszenia”. Zafascynowała ją mądrość Reguły św. Benedykta, jej porządek, piękne spojrzenie na człowieka, ukierunkowanie na harmonię wszystkich aspektów życia – od modlitwy, po pracę i odpoczynek. Zaczęła czytać książki Ojców Pustyni, praktykować regularną modlitwę w ciągu dnia, więcej milczeć, świadomie nie wpuszczać do swojego wnętrza hałasu i chaosu otoczenia. Zapragnęła podążać właśnie tą drogą, silną w swojej delikatności. I tak została oblatką. Kiedyś każdy dzień zaczynała od kawy. Dziś o godz. 6 rano bierze do rąk brewiarz i mówi Panu Bogu: „Dzień dobry”. Wieczorem, przed zaśnięciem, odmawia kompletę. – Oczywiście czasem przychodzą znużenie, lenistwo, ale Bóg jest miłosiernym Ojcem, a nie księgowym liczącym nasze słabości czy generałem wzywającym nas na nieustanną musztrę. Człowiek jest nienasycony Jego bliskością, słowem, modlitwą – przekonuje pani Maria i dodaje, że oblatura jest bardzo dobrą formacją na dzisiejsze hałaśliwe i barbarzyńskie czasy. Nie ma w niej nic niezwykłego – to po prostu zwyczajne życie, tylko bardziej przytomne i czujne, by nie ulec pokusom.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół