• facebook
  • rss
  • Pozwolisz Mi się kochać?

    Monika Łącka, Dominika Cicha

    |

    Gość Krakowski 14/2014

    dodane 03.04.2014 00:00

    Wielki Post ze Stróżami wielkanocnego Poranka. – Nosicie w sercach skarb – Boga, a w oczach macie życie. Byliście dla nas świadkami wiary. Krakowie, dziękujemy! – mówią Włosi ze wspólnoty Sentinelle del Mattino di Pasqua.

    Daniela, Maria Magdalene, Loredana, Eleonora, Anaïs, Enrica, Elisa i Eugenia oraz don Gianni Castorani pod Wawelem spędzili dwa tygodnie. Podczas misji ewangelizacyjnej pod hasłem: „Miłości pragnę” nieśli Dobrą Nowinę wszędzie tam, gdzie najbardziej jej potrzeba – do domu dziecka, aresztu, 10 krakowskich szkół, domu pomocy społecznej. – Podczas spotkania z dorosłymi niepełnosprawnymi osobami czułam, jakbym naprawdę dotykała poranionego, cierpiącego ciała Chrystusa. To był moment uzdrawiania także naszych duchowych zranień – mówi pochodząca z Modeny Maria Magdalene. Szczególnym czasem łaski były ewangelizacja i adoracja w kościele Mariackim, którą Stróżowie Wielkanocnego Poranka poprowadzili razem z krakowską Wspólnotą „Chrystus w Starym Mieście”.

    Jezus przeszedł przez kościół

    Catalina Rivas, kolumbijska mistyczka, która założyła 1500 wspólnot adoracji Najświętszego Sakramentu, czasem pyta ludzi, czy wiedzą, co robi Jezus podczas adoracji. Jak przekonuje, On nie siedzi nieruchomo na tronie ołtarza, lecz wstaje, podchodzi do każdej osoby, która klęczy przed Hostią, i mocno ją przytula. Całuje w oba policzki i zaczyna słuchać, a każde słowo i każdą myśl zanosi od razu do Ojca. O tym, że tak jest naprawdę, przekonał się każdy, kto 27 marca przyjął niezwykłe zaproszenie polsko-włoskich ewangelizatorów przemierzających uliczki Starego Miasta, wszedł do kościoła i z prostotą powiedział Bogu: „Kochaj mnie i zrób coś z moim życiem, bo jestem jak żebrak, który pragnie Twojej miłości”. – Zapraszając na adorację, zawsze prosimy Ducha Świętego, by nas prowadził. Bo to Bóg zaprasza, my jesteśmy tylko narzędziami w Jego rękach – tłumaczyła pochodząca z Matery (południe Włoch) Daniela, która, spojrzawszy w niebo, z różańcem w ręce i uśmiechem na ustach, ruszyła na podbój ludzkich serc. Jak przekonuje, nie chodzi o to, by za jednym zamachem nawrócić tłumy. – Choćby tylko jedna osoba otworzyła serce Jezusowi, aniołowie zatańczą w niebie z radości – mówi. Być może tak właśnie się stało, gdy zaproszenie przyjęła para młodych ludzi. Chłopak początkowo mówił, że przed chwilą wyszli przecież z klubu, pili alkohol. Dziewczyna chwyciła go jednak za rękę i poprosiła, by poszli się pomodlić. I tylko Bóg wie, co działo się w ich sercach, gdy weszli do kościoła. A ten zaskakiwał... Bazylika Mariacka na co dzień kojarzy się z tłumem turystów mówiących we wszystkich językach świata i wpatrujących się z podziwem w monumentalny ołtarz Wita Stwosza. W czwartkowy wieczór spowiły ją ciemności, a najważniejszy był On – Chrystus Eucharystyczny. Stał u stóp niewidocznego prawie ołtarza i czekał na każdego. Bił od Niego niezwykły blask, którym jednak nie onieśmielał, ale zdawał się mówić: „Nie bój się. Podejdź i oddaj Mi wszystkie swoje problemy”. Na odpowiedź nie musiał długo czekać – czerwone serce, ustawione tuż obok Niego, natychmiast wypełniło się przyczepianymi przez rozmodlonych ludzi karteczkami z pełną pokory prośbą: „Love me”. A gdy ks. Gianni błogosławił Najświętszym Sakramentem, docierając z Nim do najdalszych zakątków kościoła i zatrzymując się przez chwilę nad każdą z osób, czas jakby przestał istnieć. Po wielu twarzach płynęły łzy wzruszenia. – To było bardzo mocne doświadczenie. Jezus przeszedł przez kościół i stanął przy mnie. Wszyscy potrzebujemy takiej Jego bliskości – mówi Agnieszka, krakowska studentka.

    Już nigdy mnie nie zostawił

    – Adoracja to niepowtarzalne spotkanie z żywym Bogiem. To chwila, gdy możesz Mu powiedzieć i wykrzyczeć wszystko, co masz w sercu, choć On i tak to wie. Czeka tylko, byśmy się przed Nim otworzyli i zaufali Mu. Mając nasze „tak”, chce nas dotknąć swoim miłosierdziem. A wtedy walą się już wszystkie mury i warownie naszego wnętrza – przekonuje Loredana. – To niesamowite, że w białej Hostii, w kruchości kawałka chleba, można namacalnie poczuć miłość Boga. On patrzy na nas oczami pełnymi czułości i miłosierdzia. Adoracja jest dla każdego, nawet dla tych, którzy dziś są daleko od kościoła – wtóruje jej Enrica. Wiedzą, co mówią... Serce Loredany od zawsze rozpaczliwie krzyczało, że pragnie miłości. – Kto z was nie mówił kiedyś: „Mamo, tato, pragnę waszej miłości”? Jak trudno jest wówczas usłyszeć: „Może byłoby lepiej, gdybyś się nie urodziła?”... A potem, dorastając wśród kolegów, ciągle wymyślałam sposoby na to, żeby „zasłużyć” na ich przyjaźń. Na odrobinę miłości. Zakładałam mnóstwo masek, chciałam być doskonała. Ale przecież nie da się tak żyć – wspomina pochodząca z Taranto (Apulia, południowe Włochy) 27-letnia dziewczyna. Z każdym dniem czuła się więc coraz bardziej samotna. W pewnym momencie pragnęła nawet śmierci. Jakby w odpowiedzi na to, zachorowała. To był rak macicy. – Nie mogłam pozwolić sobie na cierpienie i płacz, bo bałam się, że przez to moi rodzice poczują się źle i mnie odrzucą. Udawałam więc kobietę mocną, a w sercu czułam wielki strach. Co więcej, lekarze traktowali mnie jak jakiś przedmiot, moje ciało przechodziło z rąk do rąk, z oczu do oczu – opowiada. Dzień przed operacją, leżąc w szpitalu, włączyła telewizor i zobaczyła Jana Pawła II. Wcześniej nie zwracała na niego uwagi. Tego wieczoru usłyszała jego słowa: „Nie lękajcie się, otwórzcie drzwi waszych serc Chrystusowi!”. – Kim jest Chrystus? Czego chce ode mnie? I gdzie był do tej chwili? – zastanawiała się. – A Jezus, właśnie przez te słowa, zapytał mnie: „Ufasz Mi? Pozwolisz Mi się kochać? Ty, która przez 20 lat wołałaś, że pragniesz miłości?” – mówi Loredana. W najgłębszym zakamarku serca powiedziała „tak”. – On zatrzymał się nad tym „tak”, by stworzyć arcydzieło z mojego życia. Od tego dnia wziął mnie za rękę i już nigdy nie zostawił. Uzdrowił mnie z choroby i rozpoczął rekonstrukcję mojego życia. Krok po kroku, adoracja po adoracji, uczył mnie, jak pięknie jest żyć. Nie ma bólu, cierpienia, krzyku, którego On nie wysłucha – podkreśla. W domu pochodzącej z Florencji Enriki pozornie niczego nie brakowało – jej rodzice mieli firmę produkują znane w całej Europie buty. – Ja jednak cierpiałam, bo bardzo potrzebowałam miłości. Rodzice nie mieli czasu dla mnie i dla moich sióstr. Mamę zastępowała mi opiekunka, taty prawie w ogóle nie było w moim życiu. Dorastając, szukałam więc miłości. Robiłam wszystko, aby poczuć, że jestem kochana. Popełniałam mnóstwo błędów – godziłam się na kompromisy, używałam swojego ciała, paliłam papierosy, próbowałam lekkich narkotyków, piłam alkohol. Bóg był daleko – wyznaje. Kilka razy mocno się sparzyła – mężczyźni, z którymi się wiązała (szukając w nich ojca), wykorzystywali ją. W końcu pojechała do Fatimy. – Tam, w sanktuarium, Maryja przemówiła do mojego serca. Poczułam, że chcę uklęknąć, by po wielu latach przerwy znowu się pomodlić. Obiecałam Jej, że zmienię swoje życie – opowiada Enrica. Stopniowo jej wiara umacniała się. Będąc w kolejnym związku, postanowiła więc powalczyć o czystość, aż do ślubu. – Poprosiłam o to św. Franciszka, klęcząc przy jego grobie w Asyżu. Chciałam być prawdziwie kochana. Okazało się, że i ten chłopak mnie oszukiwał. Wtedy rzuciłam Bogu wyzwanie. Powiedziałam: „Skoro ja pracuję dla Ciebie (jeździłam na różne misje ewangelizacyjne), to Ty pracuj dla mnie. Zmień moje życie!”. Szybko dostałam odpowiedź. Bóg zaczął przemieniać moje życie – wspomina Enrica. Postanowiła oddać Bogu rok życia, spędzając go w szkole ewangelizacyjnej Sentinelle del Mattino di Pasqua (Stróżowie Wielkanocnego Poranka).

    Lud wybrany

    Szkoła powstała 3 lata temu, a założył ją ks. Gianni Castorani. I jemu nie zawsze było po drodze z Bogiem i Kościołem. Kiedyś, jak wielu innych młodych ludzi, dobrze się bawił i korzystał z życia. – Chodziłem na dyskoteki, miałem wiele dziewczyn. Czasem nawet, mając jedną, spotykałem się też z inną. Nie szanowałem jednak kobiecego ciała. W pewnym momencie moje serce zostało zranione przez zdradę. Wtedy zrozumiałem, że ja także raniłem. W tej rozpaczy spotkałem Boga. Zstąpił do mojego serca i dał mi wyjątkowy dar – postanowiłem żyć w czystości. Pozwolił mi też zrozumieć, jaki jest Jego plan mojego życia – opowiada ks. Gianni, który na dwa lata wyjechał do Francji, do szkoły ewangelizacji „Jeunesse-Lumière” („Młodzi-Światło”), prowadzonej przez o. Daniela Ange’a. Święcenia kapłańskie przyjął 4 lata temu, mając 40 lat i serce pełne ewangelizacyjnego zapału. Dziś, wraz ze swoją wspólnotą, pociąga młodych ludzi, którzy poplątali nieco swoje ścieżki, z powrotem do Boga. – Podczas misji, np. na placach we Florencji, widzimy w ich oczach ogromny głód. To głód miłości. Często ci, o których myślimy, że na pewno nie wejdą do kościoła, przychodzą i z adoracji czerpią najwięcej – mówi Maria Magdalene. – W Krakowie spotkaliśmy mnóstwo wierzących osób. One też pragną miłości, ale w oczach mają życie, widać w nich Boga – zauważa Enrica i dodaje, że podczas misji każdego dnia czuli się prowadzeni przez bł. Jana Pawła II i św. s. Faustynę. Młodzi Włosi mają też dla Polaków ważne przesłanie: – Wasz kraj jest trochę jak lud izraelski, wybrany przez Boga. Macie dużo świętych. Komunizm chciał wyrzucić Boga z waszego życia, ale On dał Polsce Jana Pawła II i ks. Jerzego Popiełuszkę. Tak, jakby chciał zawrzeć nowe przymierze. Nie straćcie tego dziedzictwa, nie dajcie światu raz jeszcze ukraść sobie Boga – mówią Stróżowie Wielkanocnego Poranka. Więcej świadectw Stróżów Wielkanocnego Poranka można znaleźć na: krakow.gosc.pl. Kolejna, comiesięczna adoracja w kościele Mariackim, prowadzona przez Wspólnotę „Chrystus w Starym Mieście”, odbędzie się 17 kwietnia, w Wielki Czwartek, od godz. 21 do 22.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół