• facebook
  • rss
  • Między dwoma światami

    ks. Ireneusz Okarmus Współpraca Monika Łącka

    |

    Gość Krakowski 20/2014

    dodane 15.05.2014 00:00

    Pomnik Dziecka Utraconego. – Kiedy umiera bliska osoba, traci się wspólną przeszłość. Kiedy umiera dziecko – wspólną przyszłość. Pozostaje na całe życie pustka, a my już nigdy nie będziemy tacy sami – mówią ci, którzy przedwcześnie stracili swoje dzieci.

    To niby takie oczywiste, a jednak w społeczeństwie wciąż funkcjonują błędne stereotypy. – Dzieci, które urodzą się martwe (we wczesnych lub późnych miesiącach ciąży) albo umierają tuż po porodzie, nie traktuje się jako dzieci – mówi Joanna, która 3 lata temu urodziła Olę. Niestety, jej córeczka przyszła na świat martwa.

    Śmierć ciągle boli

    O skali tego bolesnego zjawiska mało się mówi. – Jest mnóstwo poronień na każdym etapie ciąży. Według danych Urzędu Statystycznego w Krakowie, w 2011 roku w województwie małopolskim odnotowano 153 przypadki martwo urodzonych dzieci. Dodajmy, że ich poród odbył się w terminie – mówi Katarzyna Suma-Wójcik, interwent kryzysowy, prowadząca w Krakowie grupy wsparcia dla rodziców, którzy utracili dzieci na wczesnym etapie ciąży lub tuż po urodzeniu. Wojciech i Joanna, rodzice pięcioipółrocznej Zuzi, doświadczyli takiej tragedii 3 lata temu. – Gdy Ola przyszła na świat, już nie żyła. Urodziła się w 9. miesiącu ciąży. Nic nie zapowiadało naszego dramatu. W piątek wieczorem poszliśmy do lekarza i wszystko było idealnie. Ciąża nie przebiegała dobrze, ale nie było wielkich problemów. Gdy ok. godz. 23 kładłam się spać, poczułam gwałtowne ruchy dziecka. Byłam przekonana, że w nocy będę rodzić. Myślę, że właśnie wtedy Ola zmarła, gdyż – jak się później okazało – był to ostatni jej ruch, jaki czułam. Rano starałam się przekonywać siebie, że wszystko jest dobrze. O godz. 15 pojechaliśmy do lekarza, do szpitala, właściwie po to, aby się uspokoić, że wszystko jest dobrze. Niestety, było inaczej. 15 stycznia 2011 r. to data pomiędzy dwoma światami. Skończyło się jedno życie – beztroskie, a zaczęło smutne. Śmierć córki ciągle boli. Nie było ani jednego dnia, żebym nie pomyślała, co by było, gdyby ona żyła – opowiada ze wzruszeniem Joanna.

    To nie człowiek?

    – Szpitale nie prowadzą statystyk, jeśli chodzi o poronienia, dlatego nie ma dokładnych danych, ile takich dzieci umiera rocznie. Szacuje się, że około 40 tys. kobiet w Polsce traci dzieci na jakimś etapie ciąży. Prawie każdy zna kogoś, kto doświadczył poronienia – opowiada K. Suma-Wójcik. Za każdym takim przypadkiem stoi tragedia ludzi, szczególnie wtedy, gdy dziecko było chciane i oczekiwane. Tym boleśniejsza, że wielu z tych rodziców nie ma grobu swojego dziecka. A w wielu przypadkach mogliby go mieć – gdyby tylko wiedzieli, że w świetle polskiego prawa dziecko urodzone we wczesnym etapie ciąży też jest uznawane za człowieka i rodzice mają prawo do urządzenia mu godnego pochówku. Tymczasem bywa, że personel szpitali, przez swoją bezduszność, niekompetencję lub po prostu złą wolę, zadaje ogromny ból już i tak poranionym rodzicom. Wiele o tym mogliby powiedzieć Adrianna i Waldemar, którzy 5 lat temu stracili dziecko w 14. tygodniu ciąży. – Długo staraliśmy się o potomstwo. Ciąża była upragniona i oczekiwana. Dla nas od początku to był człowiek. Nie jakiś zarodek, płód, tylko człowiek. Adaś (takie daliśmy mu imię) urodził się w domu – bo dla nas on się urodził, lecz za wcześnie, aby żyć tutaj. Był malutki – wielkości mojej dłoni. Pamiętam, jaki ból duszy przeżywaliśmy wtedy z mężem – wspomina Adrianna. W tej dramatycznej chwili zostali bardzo mocno zranieni przez pracowników pogotowia ratunkowego, które wezwali, gdyż Adrianna bardzo krwawiła. – Mąż zapytał, co ma zrobić z dzieckiem. Pan z pogotowia zaśmiał się i powiedział, że nie wie – mówi Ada, nie kryjąc wzruszenia, choć – jak dodaje – emocje już się wyciszyły i pogodziła się z tym, co się stało. – Pogotowie wzięło mnie do szpitala, ale ciałka dziecka ratownicy nie chcieli wziąć, gdyż stwierdzili, że nie przewożą zwłok. Mąż pojechał więc z zawiniętym dzieckiem naszym samochodem. Dla nas to było ciało naszego dziecka, a dla nich „odpad medyczny”. W szpitalu ciałko Adasia, na oczach mojego męża, zostało brutalnie włożone do słoika i przekazano gdzieś dalej. Dopiero później mąż się dowiedział, że wzięto je do badań histopatologicznych. O żadnych prawach nas nie poinformowano. Dopiero od mojej siostry dowiedziałam się, że mamy prawo pochować Adasia. Gdyby nie nasza interwencja, pewnie byłby odpadem medycznym, spalonym czy zutylizowanym w szpitalu. Poczułam wtedy, że odmówiono naszemu dziecku człowieczeństwa – opowiada Adrianna.

    Liczyłam nawet paluszki...

    O tym, jak bezduszny bywa personel szpitala, wie także Anna, która 7 lat temu straciła dziecko w szpitalu. – Poronienie to jest straszny cios. Teoretycznie mogłam się nastawić, że to nastąpi, bo krwawiłam i przez tydzień leżałam w szpitalu, ale tak się nie da. W mojej tragedii nie do przecenienia było to, że udało nam się odzyskać i pochować dziecko. Bo jeden ból to poronienie, a drugi to myśl, że szpital to maleńkie dziecko, owoc naszej miłości, wyrzuci, spali z odpadkami. To nie był odpadek, ale kawałek nas – mówi Ania. Gdy chciała odzyskać ciałko dziecka, na początku lekarz w szpitalu bardzo ją lekceważył, a jej lekarka powiedziała, że takie są procedury, które muszą być wypełnione. – Jednak po cichutku, ukradkiem, dostałam to dziecko, maleńkie jak kuleczka, w fiolce. Ta moja kuleczka miała może dwa centymetry, ale – patrząc pod światło – było widać nóżki, stópki. Liczyłam paluszki, widać było naczynia krwionośne, zaczątki kości przez przezroczyste ciałko. Dziecko udało się pochować, pomógł nam w tym znajomy ksiądz. Dla kobiety możliwość takiego pochówku jest bardzo kojąca. Ten etap żałoby był mi potrzebny – opowiada. Drugi raz poroniła bardzo gwałtownie, w domu, na początku ciąży. Gdy, krwawiąc, dotarła do szpitala, usłyszała, że „niczego już nie ma”. Według przepisów prawa można pochować dziecko niezależnie od tego, ile trwała ciąża. W praktyce wygląda to jednak inaczej. Personel szpitala często nie wydaje ciała, argumentując, że nie zna płci, więc nie może wydać metryki poświadczającej, że dziecko było martwo urodzone. A bez tego dokumentu nie można iść do USC i dostać aktu zgonu, który jest potrzebny do pochowania dziecka. – Batalia ze szpitalem trwała ok. 3 tygodni. Lecznica domagała się badań wykonanych przez histopatologa, żeby wpisać w metrykę płeć. A tak naprawdę gołym okiem można ją było stwierdzić. Poza tym USG genetyczne, jakie miałam zrobione, wskazywało, że to jest chłopiec – opowiada Adrianna. Tymczasem, według przepisów, w razie wątpliwości przy poronieniach we wczesnej fazie ciąży rodzice mają prawo do uprawdopodobnienia płci dziecka, tak jak czują. Nie potrzeba do tego badań genetycznych, które są bardzo kosztowne. Dzięki temu mogą nadać imię dziecku w Urzędzie Stanu Cywilnego.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół