• facebook
  • rss
  • Sześć dni do wolności

    ks. Ireneusz Okarmus

    |

    Gość Krakowski 28/2014

    dodane 10.07.2014 00:00

    – Ani 40-stopniowe upały, ani prognoza pogody zapowiadająca ulewne deszcze nie są w stanie zatrzymać mnie w domu. Do Bożej Matki pcha mnie wdzięczność – mówi Adam, 40-letni biznesmen.

    Nie ma chyba nikogo, kto wyruszałby na szlak pieszej pielgrzymki do Częstochowy bez żadnej intencji o wymiarze religijnym. Jedni chcą ofiarować Panu Bogu swój trud, zmęczenie, niekiedy ból otartych do krwi nóg, aby w ten sposób „wzmocnić” prośby kierowane do Niego przez wstawiennictwo Maryi. Inni, tak jak Adam, idą z motywów dziękczynnych. Ich świadectwa są budującym przykładem, że i dziś zdarzają się niewyobrażalne interwencje Boże, zmieniające dotychczasowe życie człowieka. – Mam za co dziękować. Kilka lat temu, gdy nie prosiłem, otrzymałem przez wstawiennictwo Maryi coś, o co prosili dla mnie inni. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Tym darem była moja duchowa wolność – wyznaje.

    Zniewolony

    Miał 30 lat. Zdawało mu się, że świat leży u jego stóp. Niezwykle zdolny, ambitny, pracowity, błyskawicznie wspinał się po szczeblach kariery zawodowej. Skończył informatykę z wyróżnieniem i znalazł zatrudnienie w międzynarodowej firmie w Warszawie. Jego szefowie od razu odkryli, że ma niesamowite zdolności, więc postanowili w niego zainwestować i wysłali go na kilkumiesięczny staż za granicę. Gdy wrócił, awansował na kierownicze stanowisko i dostał piękne, służbowe mieszkanie. Większa odpowiedzialność w pracy zwiększyła stres i podniosła pensję, choć nie pieniądze były najważniejsze. Liczyła się tylko praca, która stawała się pasją i uzależniała. Od poniedziałku do piątku Adam spędzał w niej po 12 godzin, choć nikt go do tego nie zmuszał. W weekendy trzeba było odpocząć – w odpowiednim towarzystwie. Któregoś dnia z grupą znajomych poszedł więc do kasyna. Pamięta, że przegrał wtedy, w jedną noc, cały swój miesięczny zarobek. – Odkryłem, że sama gra sprawia mi przyjemność. Ryzyko, adrenalina wciągały coraz bardziej. Tak zaczęło się moje zniewolenie, uzależnienie od hazardu. Od tej pory każdy weekend spędzałem w kasynie. Raz wygrywałem duże pieniądze, innym razem przegrywałem wszystko. Będąc kawalerem, uważałem, że nic się nie dzieje, bo nikogo nie krzywdzę. Zaniepokojonym rodzicom, którzy pytali, dlaczego przez kilka miesięcy ich nie odwiedzam, odpowiadałem, że nie pozwalają mi na to obowiązki służbowe, a na podroż z Warszawy do Krakowa potrzeba co najmniej dwóch dni wolnych – opowiada. Gdy poznał Ewę, od razu wiedział, że to jest kobieta, z którą chce spędzić całe życie. Był tylko jeden problem. Ewa nie chciała porzucić swojej pracy w Krakowie, a przynajmniej do chwili ślubu. – Dla mnie zaś ślub był niepotrzebny, a tym bardziej kościelny, bo na początku studiów „pożegnałem się” z Bogiem. Był mi niepotrzebny do szczęścia. Teraz, gdy miłość mego życia pytała mnie o moją wiarę, odpowiadałem, że jestem człowiekiem poszukującym Boga. W końcu ustaliliśmy, że ślub będzie w kościele, ale ja będę składał przysięgę jako niewierzący – wyjaśnia.

    Zbawienny warunek

    – Choć byłam bardzo religijna, świadomie godziłam się na ślub z kimś, kto deklaruje się jako niewierzący. Ale wkrótce okazało się, że nie to jest najgorsze. Na kilka tygodni przed ślubem wyszło na jaw, że Adam jest pogrążony w długach, które zaciąga, aby grać w kasynie. Decyzja była błyskawiczna. Powiedziałam mu, że nie będzie ślubu, chyba że podda się leczeniu – opowiada Ewa. Musiała w sobie stłumić miłość. Jednocześnie o Adama zaczęło walczyć wiele osób, które Ewa prosiła o modlitwę. Modliły się nieustannie zaprzyjaźnione siostry zakonne i jedna ze wspólnot modlitewnych, do której należała. Po kilku miesiącach Adam zgodził się na terapię, ale nie przyniosła prawie żadnych efektów. Dalej zarobione pieniądze potrafił przegrać w jedną noc. – Wtedy zdecydowałam się na desperacki krok. Postawiłam mu ostatni warunek: idziemy razem pieszo do Częstochowy prosić o twoje duchowe uzdrowienie i wiarę. Jeśli nie pójdziesz, potraktuj to jako koniec naszej znajomości – opowiada Ewa. – Nie wiem, dlaczego się zgodziłem. Na pewno zależało mi na tej kobiecie. Fascynowała mnie jej osobowość, uduchowienie, inteligencja. Sześć dni pielgrzymki były dla mnie prawdziwą torturą. Msza, śpiewy, modlitwy zadawały nieznośny duchowy ból. Coś we mnie pękło przy dochodzeniu na Jasną Górę. Poczułem wzruszenie, chciało mi się płakać. Ale wszystko, co najbardziej niezwykłe, było przede mną. Podczas Mszy, chyba po raz pierwszy w życiu, uklęknąłem na kolana w czasie Przeistoczenia i nie wiem, dlaczego, ale na kolanach dotrwałem do końca. Gdy Ewa przyjęła Komunię, uklękła obok mnie. Nie wiem, co się ze mną działo, ale jedno pamiętam – powiedziałem jej wtedy: „Gdzie mogę się wyspowiadać?” – wyznaje Adam. Dziś są szczęśliwym, sakramentalnym małżeństwem. Adam zmienił pracę, środowisko i miejsce zamieszkania. Na sierpień zaplanowali urlop, aby raz jeszcze pójść z Krakowa do Częstochowy. – To jest moje, albo raczej nasze dziękczynienie za wiarę, wolność ducha i miłość, jaką dostałem – mówi i zachęca każdego do wyruszenia na pielgrzymkę. A ta już za 3 tygodnie! Informację o zapisach, przewodnikach poszczególnych grup i sprawach organizacyjnych publikujemy na s. II.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół