• facebook
  • rss
  • Wędzonka obroniona

    Piotr Legutko

    |

    Gość Krakowski 29/2014

    dodane 17.07.2014 00:00

    Komisja Europejska i Ministerstwo Rolnictwa ugięły się pod presją producentów tradycyjnych wędlin.

    Długo oczekiwana decyzja zapadła w ostatniej chwili, bo dokładnie na dwa miesiące przed wejściem w życie zakazu sprzedaży wędlin przyrządzanych tradycyjnym sposobem. W Brukseli postanowiono, że dyrektywa obniżająca dopuszczalne normy substancji smolistych z 5 mikrogramów w kilogramie produktu do 2 mikrogramów nie będzie dotyczyć masarzy stosujących stare receptury. Wejdzie ona w życie 1 września tego roku, ale na szczęście nie uderzy w co najmniej 100 małych, rodzinnych firm działających głównie w Małopolsce i na Podkarpaciu.

    Głośny protest obywatelski odniósł pożądany skutek. Wniosek o zastosowanie wyjątku od dyrektywy dla polskich producentów złożyło Ministerstwo Rolnictwa. Ma więc zasługę, ale też sporo na sumieniu. Pierwsze kroki w tej sprawie podjęto bowiem w Brukseli w 2005 r., a rozporządzenie pochodzi z 19 sierpnia 2011 r., natomiast bezpośrednio zainteresowani dowiedzieli się o nim dopiero w tym roku. Ministerstwo konsultacje prowadziło głównie z dużymi firmami, których to rozporządzenie praktycznie nie dotyczy (albo były jego wprowadzeniem wręcz zainteresowane, bo eliminuje konkurencję). Stąd brak uwag i pełna akceptacja polskiej strony. Lubimy narzekać na Unię, ale tym razem odpowiedzialność za całe zamieszanie leżała po polskiej stronie. – My nie wiedzieliśmy o niczym, pierwsze informacje o dyrektywie dotarły do nas w marcu – zapewnia Stanisław Mądry z Liszek, członek Komitetu Obrony Wędlin Tradycyjnie Wędzonych. Na ile realne było (i jest) zagrożenie zdrowia konsumentów wędzonek? – Po spożyciu tradycyjnie przyrządzanych wędlin nic nam nie grozi, może poza niestrawnością, jeśli będziemy łakomi. Nie są one ani gorsze, ani bardziej szkodliwe niż inne, za to na pewno smaczniejsze – zapewnia Marek Posobkiewicz, główny inspektor sanitarny.

    S. Mądry pochodzi z rodziny, która od pięciu pokoleń zajmuje się wędzeniem kiełbasy lisieckiej. Zapewnia, że robi to dokładnie tak samo jak jego dziadek i ojciec. Konserwuje wędliny w ogniu, nie stosuje żadnych chemicznych środków. – Nic w tej tradycyjnej technologii nie zmieniam. Mam w tym 42 lata praktyki, a tu nagle ktoś chce mnie uczyć, jak należy wędzić – irytuje się pan Stanisław. On i inni producenci wędzonek postanowili założyć stowarzyszenie, które ma bronić tradycji. Ich nacisk na polskie władze okazał się skuteczny. Polska wystosowała wniosek o zwolnienie tradycyjnych wędlin z nowych, zaostrzonych norm, a unijni eksperci go zaakceptowali, ale pod dwoma warunkami – że produkty zostaną wpisane na listę wyrobów tradycyjnych i będą przeznaczone wyłącznie na rynek wewnętrzny. Czy te warunki są do przyjęcia? Bogusław Sonik, który – jeszcze jako eurodeputowany – mocno wspierał producentów wędlin, uważa, że sukces jest ewidentny. Uspokaja, że choć proces wpisywania na listę może trwać nawet rok, przez ten czas producentom nie grożą żadne sankcje za sprzedawanie produktów nietrzymających nowych, zaostrzonych norm. Z kolei S. Mądry uważa, że sukces jest tylko połowiczny, a walka się jeszcze nie skończyła. Decyzja Brukseli nie dotyczy wszak tych producentów, którzy chcieliby wędliny eksportować. Nie da się też wpisać na listę całego produkowanego w małych masarniach asortymentu wędlin. Można więc mówić o względnym sukcesie, ale na pewno nie należy składać broni.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół