• facebook
  • rss
  • To było wczas rano

    Bogdan Gancarz

    |

    Gość Krakowski 30/2014

    dodane 24.07.2014 00:00

    Legioniści. Dla nas są postaciami z pożółkłych fotografii, kart książek historycznych, z heroicznej legendy. Dla nich zaś po prostu członkami rodzin – ojcem, dziadkiem, prababką...

    W Krakowie i okolicach żyje niemało przedstawicieli rodzin tych, którzy 100 lat temu, po wybuchu I wojny światowej, rozpoczęli w mundurach strzeleckich, potem legionowych walkę zbrojną o niepodległość. O niektórych z nich wspominaliśmy już na tych łamach. Choćby o Alicji Kwapień, wnuczce płk. Józefa Herzoga, niegdyś kilkunastoletniego żołnierza I Brygady Legionów, po wojnie zaś w Krakowie bojownika o zachowanie kopca Józefa Piłsudskiego na Sowińcu i poszanowanie zagrożonej przez komunistów wawelskiej krypty z trumną Marszałka; o Zofii Piaseckiej-Tarabułowej i Marcie Tarabule, córce i wnuczce gen. Zygmunta Piaseckiego, niegdyś ułana legionowego, „beliniaka”.

    Córka „Beliny”

    Pierwszymi żołnierzami polskimi, którzy 1914 r. wyruszyli z Krakowa w bój, wcale nie byli strzelcy I Kompanii Kadrowej, którzy 6 sierpnia o świcie wymaszerowali z Oleandrów. Cztery dni wcześniej 7 młodych ludzi w cywilnych ubraniach, tuż po północy, wyjechało dwiema bryczkami w kierunku granicy z zaborem rosyjskim. Humory im dopisywały, bo na dwie godziny przed wyjazdem poszli do „Hawełki”, by na „strzemiennego” wychylić kilka kieliszków wiśniówki. Nie była to, wbrew pozorom, „cywilbanda”, lecz patrol strzelców Piłsudskiego, wysłany na rozpoznanie ruchów Moskali na terenach przygranicznych. Dowodził wąsacz o marsowym wyglądzie, Władysław Prażmowski „Belina”. Strzelcy pomyślnie przekroczyli kordon graniczny w okolicach Kocmyrzowa, byli w Goszycach, okolicach Jędrzejowa, Słomnik, potem zaś wrócili do Krakowa, by zdać raport komendantowi Piłsudskiemu. Stali się zaczątkiem kawalerii legionowej. 6 sierpnia 1914 roku wyruszyli znów wraz z kolegami z I Kompanii Kadrowej. Mały oddziałek rozrósł się w dywizjon, potem w pułk. Przez cały czas tymi zawadiakami dowodził „Belina”, który już wówczas stał się postacią legendarną; śpiewano „pieśni o Belinie i o jego sławie”. Po odzyskaniu niepodległości dowodził m.in. I Brygadą Jazdy, na której czele wiosną 1919 r. zajął Wilno, potem zaś walczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Jesienią 1921 r. zaledwie 33-letni legendarny pułkownik poprosił o przeniesienie do rezerwy. Już w cywilu osiadł w 1929 r. w Krakowie. W 1931 r. został prezydentem podwawelskiego grodu. W latach 1933–1937 był wojewodą lwowskim. Zmarł 13 października 1938 r. w Wenecji na atak serca, mając zaledwie 50 lat. Jego krakowski pogrzeb stał się wielką manifestacją patriotyczną. Trumna ze szczątkami „Beliny” spoczywa do dziś na cmentarzu Rakowickim. Strażniczką pamięci o nim jest mieszkająca w Krakowie 91-letnia córka Alina Angelusowa. Sędziwy wiek nie pozwala jej już teraz na dużą aktywność. – Postarała się jednak, by zdjęcia, dokumenty i pamiątki po ojcu były dostępne dla badaczy i miłośników historii. Zgodziła się, by nasza fundacja skopiowała te świadectwa. Stały się jedną z podstaw wydanej przez nas w 2003 r. książki Piotra Hubiaka „Belina i jego ułani” – mówi Adam Roliński, historyk, wiceprezes krakowskiej Fundacji „Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego”. – Pani Alina była szykanowana po wojnie przez komunistów. Jej matce, oskarżonej o współudział w „faszyzacji kraju”, odebrano rentę. Alina kilkakrotnie zdawała z bardzo dobrym wynikiem na stomatologię w Krakowie, lecz nie przyjmowano jej „z braku miejsc”. Przeszkodą była zawsze metryka chrztu, gdzie figurowało, że ojcem Aliny Angelus był „ten” Belina-Prażmowski, zaś ojcem chrzestnym – Józef Piłsudski. Dopiero po kilku podejściach została studentką stomatologii. Po ukończeniu studiów, mimo świetnych wyników, nie mogła się jednak poświęcić pracy naukowej w Akademii Medycznej. Pracowała więc przez wiele lat w krakowskich przychodniach lekarskich – dodaje A. Roliński, którego dziadek także był legionistą „beliniakiem”, podwładnym ojca A. Angelusowej.

    Prababka Zofia i pradziadek Janusz

    Zofia Zawiszanka, panna z dworu w podkrakowskich Goszycach, nie spodziewała się, że wymarzona przez wielu zbrojna walka o niepodległość dla niej „to będzie wczas rano, gdy liście zaczną drżeć”, jak u Wyspiańskiego. Nad ranem 3 sierpnia 1914 roku obudziło ją stukanie do okna. „Powstanie! W Warszawie rewolucja. Nas jest tu siedmiu w lesie – pierwszy oddział – czy możemy przyjść, dostać śniadanie i dwie pary koni na dalszą drogę?” – słuchała z drżeniem znanego jej dobrze z Krakowa głosu Zygmunta „Bończy” Karwackiego. Strzelcy zajechali do dworu, rozładowali pakunki z mundurami, bronią i dynamitem. Był wśród nich Janusz Głuchowski, narzeczony Zawiszanki. – Prababcia często wspominała, że 3 sierpnia 1914 r. to był najszczęśliwszy dzień życia, bo mogła wziąć udział „w najpiękniejszym dziele, co się rozpoczynało” – mówi Michał Smoczyński, wnuk Anny Gąsiorowskiej i Jerzego Turowicza, wieloletniego redaktora „Tygodnika Powszechnego”, prawnuk Zofii Zawiszanki i Janusza Gąsiorowskiego. Mieszka wraz z żoną Martą i trójką dzieci – Anielą, Stanisławem i Melanią – w rodzinnym dworze prababki w Goszycach, który wpierw odkupił w 2002 r. wraz z bratem i kuzynami. 100 lat temu siódemka strzelców musiała ukradkiem przechodzić rosyjski kordon w Baranie w pobliżu Goszyc. Teraz zaś do stacji Baranówka można bez przeszkód dojechać z Krakowa koleją, a potem udać się do goszyckiego dworu, mijając po drodze las, gdzie „wczas rano” skryli się żołnierze patrolu „Beliny”. Dwór jest w ciągłym remoncie, bo odkupiono go w stanie ruiny. Widać jednak dobrze miejsce, gdzie 4 sierpnia 1914 r. sfotografowała się przed dworem z bronią w ręku cała „siódemka”, ubrana już w mundury strzeleckie: Ludwik „Kmicic” Skrzyński, Władysław „Belina” Prażmowski, Zygmunt „Bończa” Karwacki, Stanisław „Grzmot” Skotnicki, Janusz Głuchowski, Antoni Jabłoński i Stefan „Hanka” Kulesza. „Stłoczeni na kamiennych schodkach, wsparci niedbale o żelazną poręcz lub przechyleni przez balustradę, wyglądający spoza ramion kolegów, rozbawieni, szczęśliwi chłopcy, którzy – nie wiedząc o niczym – wyruszyli przeciw złym mocom” – opisał tych pierwszych „beliniaków” znany pisarz Jan Józef Szczepański. – O, są tutaj wszyscy – mówi M. Smoczyński, wyciągając ze stosu starych fotografii, rozłożonych na stole w salonie dworu goszyckiego, odbitkę zdjęcia sprzed 100 lat, wykonanego prawdopodobnie przez Z. Zawiszankę. Na wielu innych zdjęciach widać jej piękny grecki profil. Są m.in. portrety z 1914 r., na których ubrana jest w ułański mundur swojego narzeczonego. – Prababka Zofia była kobietą niezwykłą. Nie była szeregową uczestniczką ruchu niepodległościowego. Jako studentka rolnictwa UJ współzakładała Drużyny Strzeleckie w Krakowie, brała udział w opracowywaniu ich statutu, komenderowała Drużyną Żeńską, brała na równi z kolegami drużyniakami udział w ćwiczeniach wojskowych – mówi M. Smoczyński. Jej wojskowym powołaniem stała się praca kurierska i wywiadowcza. Nazywano ją „pierwszą kurierką I Kompanii Kadrowej”. Gdy patrol „Beliny” wyruszył z Goszyc do dalszych działań, ona przedarła się do Krakowa, by zrelacjonować komendantowi Piłsudskiemu sytuację w rejonie nadgranicznym. W 1915 r. poślubiła Janusza Gąsiorowskiego, w 1916 r. urodziła się ich córka Anna, późniejsza żona Jerzego Turowicza. Małżeństwo Zawiszanki i Gąsiorowskiego nie przetrwało jednak długo. – Po prawdzie, rozdzieliła ich wojna. Janusz, późniejszy generał, zajęty wpierw walkami legionowymi, potem zaś organizacją wojska Polski niepodległej i bataliami wojny polsko-bolszewickiej, bywał bardzo rzadkim gościem w domu – mówi Marta z Wolskich Smoczyńska, żona Michała. – Ja także jestem krewną prababki Zawiszanki. Maria Wolska, córka mojego przodka Ludwika, poślubiła Artura Zawiszę z Goszyc. To byli rodzice Zofii Zawiszanki. Ja zaś formalnie wypadam memu mężowi ciotką, choć jesteśmy równolatkami – dodaje ze śmiechem M. Smoczyńska, której babkami były poetki Maryla Wolska i Beata Obertyńska. Zofia Zawiszanka zajmowała się w okresie międzywojennym działalnością społeczną, pisała wspomnienia i wiersze. Wygnana w 1945 r. z majątku w Goszycach, osiedliła się w Krakowie, gdzie zmarła. Pochowano ją na cmentarzu goszyckim. – Przykładem sztafety pokoleń był fakt, że zmarła w wieku 82 lat w 1971 r., kilka miesięcy po moim urodzeniu. Zdążyła jeszcze zobaczyć mnie i mojego brata bliźniaka Macieja – mówi M. Smoczyński. 3 sierpnia 1924 r. żyjący wówczas uczestnicy patrolu „Beliny” przyjechali wraz J. Piłsudskim do Goszyc, by wziąć udział w odsłonięciu tablicy upamiętniającej pobyt pierwszych „beliniaków”. Tablica zachowała się do dziś. – 3 sierpnia 2014 roku zapraszamy na odsłonięcie tablicy poświęconej Z. Zawiszance. O godz. 10 zostanie odprawiona Msza św. w kościółku św. Otylii w pobliskim Wilkowie, o godz. 12 zaś odsłonimy na ścianie dworu w Goszycach tablicę pamiątkową – informuje M. Smoczyńska. Dwór jest otwarty do zwiedzania. Grupy lub pojedyncze osoby chcące zobaczyć ten dom, świadka historii, proszone są o kontakt pod adresem: mismocz@poczta.fm. 4 sierpnia o godz. 12, w ramach obchodów 100. rocznicy legionowego czynu niepodległościowego, w sali obrad Rady Miasta Krakowa w pałacu Wielopolskich przy pl. Wszystkich Świętych odbędzie się „Spotkanie pokoleń” gromadzące rodziny dowódców legionowych i rodziny żołnierzy I Kompanii Kadrowej.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół