• facebook
  • rss
  • Oddział góralskiego Bonda

    Jan Głąbiński

    |

    Gość Krakowski 40/2014

    dodane 02.10.2014 00:00

    Wojenna historia Podhala. Ludwikę Słodyczkę na rozstrzelanie hitlerowcy zabrali wtedy, gdy karmiła piersią swe dziecko. Zapłaciła życiem za działalność męża – członka oddziału partyzanckiego „Szarota”.

    Przypomina o tym książka „Krwawy ślad”, która jest próbą pokazania walki górali z niemieckim okupantem w wielu podtatrzańskich miejscowościach. To mocna przeciwwaga wobec goralenvolku. Jej autor Zbigniew Sikora pochodzi z Nowego Bystrego. Z wykształcenia jest technikiem, ale lokalna historia pochłonęła go bez reszty. Materiały do książki zbierał od ośmiu lat. – Początkowo sądziłem, że to będzie mała broszura ze wspomnieniami o partyzanckim oddziale. Jednak ciągle dochodziły nowe informacje – wspomina. W książce opisuje oddział partyzancki Wojciecha Bolesława Duszy ps. „Szarota” z Odrowąża Podhalańskiego. Publikacja wywołała wiele emocji. – Na promocji podszedł do mnie starszy mężczyzna i z wielkim oburzeniem powiedział, żebym nie myślał, iż swoją książką przykryję goralenvolk [współpracę górali z Niemcami podczas okupacji – przyp. aut.] – opowiada autor. Z wydaniem książki miał poważny problem. Podobnie było z artykułami, np. w historycznych wydaniach ogólnopolskich czasopism. – Najpierw redaktorzy byli zaciekawieni historiami, o których pisałem. Jednak później dostawałem telefon, że to temat bardziej lokalny, który nie zainteresuje czytelników w całej Polsce – opowiada pan Zbigniew.

    To nie są złodzieje!

    Oddział wspomnianego „Szaroty” znajdował się w strukturze Armii Krajowej. Sam „Szarota” był niezwykle ciekawą postacią. – Zdziwiłem się, że nie ma żadnego porządnego opracowania na jego temat, a te, do których dotarłem, często zawierały wiele błędów – mówi Zbigniew Sikora. Wojciecha Duszę można nazwać góralskim „Bondem”. – Był bardzo odważny i lubił adrenalinę. Często zmieniał swój wygląd i potrafił się przebrać w mundur gestapowca, w którym poruszał się po Podhalu. Znał bardzo dobrze ludzi w wielu podhalańskich miejscowościach, bo prowadził handel obwoźny. W ten sposób zachęcał ludzi z wiosek do współpracy – opowiada autor „Krwawego śladu”. Oddział „Szaroty” liczył około 20–30 żołnierzy, którzy stale przebywali u jego boku. Rozprawiali się z bandami złodziei, które grasowały w regionie. – Kiedy rozpocząłem pracę nad książką, byłem przekonany, podobnie jak większość starszych osób w naszych wioskach, że oddział „Szaroty” był jedną z takich szajek. Taki obraz wyłania się z wielu historii opowiadanych przez ludzi. Jednak nie znajdują one potwierdzenia w dokumentach, do których dotarłem, prowadząc kwerendę w Instytucie Pamięci Narodowej – przekonuje pan Zbiegniew.

    Śmierć na śniegu

    Kiedy Niemcy rozpracowali oddział „Szaroty”, rozpoczęli pacyfikacje wiosek, w których byli jego żołnierze. Do jednej z nich doszło 7 grudnia 1943 roku w Nowem Bystrem. Padał wtedy śnieg. – Moja mama bardzo dobrze pamięta ten dzień. Kiedy wracała ze szkoły, widziała jak Niemcy wieźli rozstrzelanych na saniach. Z ciał ciągle kapała krew. Czerwony ślad ciągnął się ponad 3 km, aż do cmentarza. Oprawcy nie pozwolili na godny pochówek, sanie zatrzymały się tylko na bardzo krótką modlitwę przy kościele – opowiada Z. Sikora. To właśnie do tej historii nawiązuje tytuł publikacji. W książce można znaleźć bardzo wzruszające opowieści. Niemcy kilkakrotnie próbowali złapać Jana Słodyczkę ps. „Baca” z Nowego Bystrego, który ściśle współpracował z „Szarotą”. Podczas kolejnej pacyfikacji 6 listopada 1943 roku, „Baca” ukrył się na sianie. Niemcy kazali zrzucać to siano jego żonie oraz Bronisławie Molek ps. „Loska”, która pomagała mu w gazdówce. Gdy to robiły, Słodyczka zakopywał się coraz głębiej. Niemcy zagrozili kobietom, że jeśli go nie wydadzą, zostaną rozstrzelane. Kazali Bronisławie oraz żonie „Bacy” wyjść na śnieg i położyć się na ziemi. Przeładowali broń. I wtedy rozległ się straszny płacz pozostawionej w domu trójki dzieci „Bacy”. Ich matce Niemcy darowali życie, ale 26-letnią Bronkę zastrzelili – opowiada pan Zbigniew. Niemcy wrócili do domu „Bacy” po miesiącu. Jego żonę Ludwikę zabrali na rozstrzelanie, gdy karmiła piersią swoje najmłodszego dziecko.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół