• facebook
  • rss
  • Rok, który wszystko... zburzył

    ks. Ireneusz Okarmus

    |

    Gość Krakowski 38/2016

    dodane 15.09.2016 00:00

    O świcie 8 lipca 2015 r. trąba powietrzna zwaliła 30-metrową topolę na dom w Barwałdzie, w którym mieszkała 8-osobowa rodzina Giełdoniów. Poważnie go uszkodziła. Wydawało się, że dzięki pomocy dobrych ludzi poszkodowani będą mogli szybko wyremontować dom. Tak się jednak nie stało.

    O tym, co się wtedy wydarzyło w Barwałdzie, oraz o losach rodziny, która w jednej chwili stała się bezdomna, pisaliśmy równo rok temu na łamach „Gościa Krakowskiego”. Zofia i Andrzej Giełdoniowie mówią i dziś, że za cud uważają to, że nikomu nic się nie stało. Potężne drzewo, którego pień miał około metra średnicy, rosnące kilka metrów od ściany domu, spadało na dach przez całą długość budynku, niszcząc strych i uszkadzając ściany. Gdyby spadło centralnie na dom, prawdopodobnie nikt by nie przeżył. Mieli szczęście, jednak żywioł w jednej chwili zniszczył ich ukochane miejsce na ziemi. Już następnego dnia Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego w Wadowicach wydał decyzję o natychmiastowym opuszczeniu domu przez rodzinę i wyłączeniu go z użytkowania. Państwo Giełdoniowie zamieszkali tymczasowo w małym domku u mamy pani Zofii, a niedługo później otrzymali 3-pokojowe mieszkanie zastępcze w Leńczach – w budynku, gdzie mieści się m.in. ośrodek zdrowia. Tam też mieszkają do dziś. O ten dach nad głową wystarał się dla nich burmistrz Kalwarii Zebrzydowskiej.

    Sytuacja skrajnie trudna

    Nieszczęście utraty domu pogorszyło i tak już trudną sytuację rodziny Giełdoniów, z którą borykali się od 5 lat. W 2010 roku u Andrzeja, męża Zofii, zdiagnozowano bowiem nowotwór płuc. Do tego momentu prowadził warsztat stolarski, w którym wyrabiał meble. Pieniędzy wystarczało im na życie, bo i żona pracowała w banku. Choroba spowodowała jednak, że musiał zrezygnować z pracy. W efekcie ich sytuacja materialna dramatycznie się pogorszyła. Rok temu pan Andrzej był już na rencie, którą miał przyznawaną co roku na kolejnych 12 miesięcy. Dostawał wtedy niewiele ponad 450 zł. – Dziś jestem bogaczem – ironizuje i pokazuje ostatni odcinek renty z KRUS. W lipcu tego roku dostał... 66,88 zł! – W Boże Narodzenie 2015 r. było nam bardzo ciężko. I ja nie mam już stałej pracy. Teraz przynajmniej mamy pieniądze z rządowego programu „500+” i bardzo doceniamy tę pomoc. Ale to nie brak pieniędzy na życie jest w tej chwili dla mnie i dla męża największą bolączką – mówi ze smutkiem pani Zofia.

    Błąd i zła wola urzędnika

    Bardzo wiele czasu i zdrowia kosztuje ich walka o odbudowę domu. – Nie spodziewałam się, że po roku dalej będziemy bezdomni. Zamiast remontować zniszczony dom, musieliśmy przez ten czas toczyć boje z urzędem, który wydał błędną decyzję. Straciliśmy 12 miesięcy. Kto nam zrekompensuje naszą krzywdę? – mówi z rozgoryczeniem Z. Giełdoń i dodaje, że rok temu mieli nadzieję, iż szybko wrócą do swojego domu. Dziś jednak zdają sobie sprawę, że na ten moment będą musieli jeszcze długo poczekać. A wszystko to z powodu jednej, błędnej decyzji Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego w Wadowicach, wydanej 21 lipca 2015 roku, czyli kilkanaście dni po zniszczeniu ich domu. Analiza tego dokumentu budzi uzasadnione zastrzeżenia. Inspektor Władysław Gwiazdowski w piśmie skierowanym do państwa Giełdoniów, a także do Urzędu Miasta i Gminy Kalwaria Zebrzydowska najpierw powołuje się na opinię dotyczącą stanu technicznego uszkodzonego domu, sporządzoną przez dr. inż. Marcina Dybę, a jednocześnie w tym samym dokumencie ignoruje wnioski końcowe zawarte w ekspertyzie. Te zaś są podkreślone i trudno ich nie zauważyć.

    Kluczowe zdanie z ekspertyzy brzmi: „Strop drewniany, z uwagi na bezpośrednie zagrożenie zawaleniem, kwalifikuje się do rozbiórki”. Musi więc budzić zdziwienie, dlaczego PINB w Wadowicach nakazał... jego pozostawienie. Tym bardziej że artykuł 66. Prawa budowlanego stwierdza, że gdy „obiekt budowlany może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi (...) albo jest w nieodpowiednim stanie technicznym, właściwy organ nakazuje, w drodze decyzji administracyjnej, usunięcie stwierdzonych nieprawidłowości”. „Z całym przekonaniem podtrzymuję swoją ekspertyzę wyrażoną na piśmie” – mówił rok temu dr inż. Dyba, argumentując, że drewniane stropy w zniszczonym domu państwa Giełdoniów muszą być wymienione.

    Ta, z pozoru niewielka, nieścisłość niosła za sobą poważne konsekwencje. – Żaden z pięciu kierowników budowy po przeczytaniu zakresu prac, jaki miał być wykonany według wskazań PINB, nie chciał się tego podjąć. Wszyscy mówili otwarcie, że dom grozi zawaleniem i że nie będą narażać swoich pracowników. Nikt z nich nie chciał podpisywać dokumentu, że budynek jest bezpieczny, skoro strop drewniany grozi niebezpieczeństwem – wspomina dziś pani Zofia. Przez kilka miesięcy państwo Giełdoniowie bezskutecznie próbowali interweniować w Powiatowym Inspektoracie Nadzoru Budowlanego w Wadowicach, aby w wydanej decyzji dotyczącej remontu ich domu uwzględniona była zmiana stropu. – Byłam osobiście u pana Gwiazdowskiego, prosiłam i błagałam go, aby zmienił swoją decyzję i pozwolił nam wymienić strop drewniany na żelbetowy, ale był nieugięty. Co więcej – zagroził ogromną karą finansową, gdybyśmy to zrobili – opowiada Zofia.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół