• facebook
  • rss
  • Ile waży życie?

    Monika Łącka

    |

    Gość Krakowski 42/2016

    dodane 13.10.2016 00:00

    Gdyby Ania i Marcin posłuchali lekarza, który w 6. tygodniu ciąży zdiagnozował poronienie, nie trzymaliby dziś w ramionach swojej córeczki.

    Lekarz po stwierdzeniu, że „dziecka nie ma”, zaproponował też, by Ania została na obserwację i na – jak powiedział – „wyczyszczenie pozostałości po dziecku”. Lecz ona – jak to matka – zaufała kobiecej intuicji i ze szpitala uciekła. Dwa dni później poszła do lekarki, która prowadziła jej dwie poprzednie ciąże. – Szłam z nastawieniem, że dostanę skierowanie na zabieg, jeśli w brzuchu jeszcze coś zostało. Jednocześnie miałam w sercu nadzieję na cud – wspomina. Lekarka długo ją badała, aż w końcu powiedziała: „Jest dzieciątko!”. Wielka radość mieszała się z ogromnym strachem, bo obok dziecka na obrazie USG widoczny był też krwiak, kilka razy większy od maleństwa. Był i drugi problem – serce dziecka nie biło. Zapadła decyzja, żeby poczekać jeszcze tydzień. Wtedy okazało się, że serce bije. To był początek walki o nowe życie.

    7 łask w Roku Miłosierdzia

    – Gdybym miał wskazać moment z całego życia, w którym modliłem się najmocniej, to był to właśnie wieczór po „poronieniu”. Nigdy tak się nie darłem na Boga. Krzyczałem, że dał nam nadzieję na to dziecko, a teraz je zabrał i że uwierzyłem już, iż po raz trzeci będę ojcem. A On słuchał tego cierpliwie i wlewał mi w serce spokój oraz nadzieję – mówi Marcin, mąż Ani. Kiedy dwa dni później okazało się, że dziecko jest, zrozumiał ważną rzecz. – Skoro Bóg dopuścił do tego, że ono przeżyło, to wiedziałem, że dalej też będzie przy nas, cokolwiek się stanie. Bo skoro zwrócił nam dziecko, to drugi raz już go nie zabierze. Ta myśl dawała nam siłę w momentach, w których wydawało się, że jednak Magdę tracimy – wyznaje dodając, że w Roku Miłosierdzia razem z żoną przynajmniej 7 razy doświadczyli działania Bożego miłosierdzia. – Życzymy każdemu, aby doświadczył takiej łaski, która pomaga pokonać wszelkie trudności. Haczyk tkwi jednak w tym, że najpierw trzeba przyjąć to, co Bóg nam daje. Ale spokojnie! Jeśli daje dużo trudnych spraw, to daje też wystarczająco dużo sił, aby – razem z Nim – się z tym zmierzyć – tłumaczy.

    Często też Pan Bóg przygotowuje ludzi na to, co dopiero ma się wydarzyć. – Ania znalazła kiedyś w internecie „Dobranocki”, czyli cykl krótkich konferencji o. Adama Szustaka – bajek z morałem. Kilka dni przed fałszywą diagnozą słuchaliśmy kolejnej, zatytułowanej „Nieszczęście”. Puenta jest prosta: nigdy nie wiemy, czy to, co uważamy za nieszczęście, rzeczywiście nim jest. I czy to, co wydaje się szczęściem, naprawdę nam szczęście daje. To wie tylko Pan, który z największego smutku potrafi wyprowadzić dobro. Gdy tego słuchałem, miałem wrażenie, jakby to On sam mówił do mnie, siedząc obok na fotelu. Wkrótce te słowa stały mi się bardzo potrzebne – opowiada Marcin. Lawina nieszczęść, z jaką przyszło się zmierzyć Ani i Marcinowi, była bowiem potężna. Dziś mówią jednak zgodnie, że wszystko to stało się błogosławieństwem dla ich rodziny, a czas walki o życie dziecka był czasem danym im przez Pana po to, by na nowo się do siebie zbliżyli. – W poprzednim roku bardzo skupiliśmy się na pracy i wykańczaniu domu, gdy przeprowadziliśmy się z Krakowa w okolice Niepołomic. Bywało tak, że przez cały tydzień tylko się mijaliśmy. Nie było czasu na rozmowę i oddaliliśmy się od siebie. I nagle zderzyliśmy się z sytuacją po ludzku bez wyjścia, w której jedynym ratunkiem była modlitwa i wiara w Boże miłosierdzie – mówią zgodnie. – Czasem Bóg musi zadziałać brutalnie, dając człowiekowi „po głowie”, bo gdy działa delikatnie, to udajemy, że Go nie słyszymy. Dlatego wiem, że gdyby Magda urodziła się bez komplikacji, w podręcznikowym terminie, to pewnie nic by to w nas nie zmieniło. A zmieniło się dużo – dodaje Marcin. Magda urodziła się w 26. tygodniu ciąży, jako skrajny wcześniak. Ważyła zaledwie 825 gramów i miała 31 cm wzrostu. Dziś ma prawie 6 miesięcy, choć powinna mieć 3. Ale po kolei.

    Płód czy dziecko?

    Wraz z radosną informacją, że serce maleństwa bije, małżonkowie dostali też realną ocenę sytuacji: krwiak może się wchłonąć i wszystko będzie dobrze, albo za jakiś czas znowu zacznie się krwawienie i wtedy już dziecko nie będzie miało szans. – Od razu wszystko zawierzyliśmy Bogu i Maryi, a o wstawiennictwo prosiliśmy też św. Dominika. Jego pasek towarzyszył mi aż do końca. Zaczęliśmy też odmawiać Nowennę Pompejańską, zwaną modlitwą nie do odparcia. Pierwszą – w intencji zdrowia naszego dziecka, żeby nie było zagrożone. Drugą, mając dwóch synów, odmawialiśmy prosząc, by teraz była dziewczynka – opowiada Ania. W dniu, w którym kończyli tę nowennę, okazało się, że rzeczywiście spodziewają się córeczki. – Duch Święty natchnął nas wtedy, by kolejną nowennę odmawiać w nieco innych intencjach. Pomyślałem, że ja teraz będę się modlił za żonę, a Ania zaczęła prosić, by Magda urodziła się w najlepszym dla niej momencie, bo było jasne, że nie będzie 40-tygodniowym dzieckiem – mówi Marcin.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół