• facebook
  • rss
  • „Franciszki” ulicy przyszły do papieża

    Miłosz Kluba

    |

    Gość Krakowski 50/2016

    dodane 08.12.2016 00:00

    Choć minęło kilka tygodni, podopieczni Dzieła Pomocy św. Ojca Pio, mężczyźni bez domu, którzy na zaproszenie papieża pojechali do Rzymu, wciąż z przejęciem opowiadają o kilku dniach pielgrzymowania.

    Pan Janusz to postawny mężczyzna, ogolony na łyso, na przedramieniu ma tatuaż. Na hasło: „Rzym” w jego oczach pojawiają się łzy. Jako jeden z nielicznych miał okazję dotknąć Ojca Świętego – wyciągnął rękę, kiedy Franciszek przechodził obok tłumu pielgrzymów, a papież ją uścisnął. Z tego ułamka chwili zapamiętał, że papież miał zimną dłoń. Dla wielu z 32 bezdomnych mężczyzn, podopiecznych krakowskiego Dzieła Pomocy św. Ojca Pio, którzy 9 listopada wyruszyli w podróż, by wziąć udział w Europejskich Rekolekcjach Radości i Miłosierdzia, była to nie tylko pierwsza wizyta we Włoszech, ale w ogóle pierwszy wyjazd za granicę. Na trzydniowe spotkanie w ramach Roku Miłosierdzia zaprosił ubogich, bezdomnych, wykluczonych i bezrobotnych papież Franciszek. Przyjechało kilka tysięcy osób z całej Europy.

    – Bardziej się śmierci spodziewałem niż tego, że będę w Rzymie – mówi pan Stanisław. Nie wahał się ani chwili, a kiedy spytał, za co spotkała go taka nagroda, dowiedział się, że „za śpiewanie w kościele”. Pan Stanisław ma mocny, melodyjny głos i regularnie pojawia się na Mszy św. w kościele kapucynów przy ul. Loretańskiej. Prawdziwa próba była jednak dopiero przed nim – podczas Mszy św. w Asyżu miał zaśpiewać psalm. – Stres? Kto by się w kościele stresował? – wspomina dzisiaj. Po powrocie nie wszyscy mu wierzyli, że faktycznie był w Rzymie. Niedowiarkom pokazywał zdjęcia, bo trudno to wszystko opisać. – Tam trzeba być – mówi dumny, że doświadczył czegoś, o czym nawet nie marzył.

    Życie wokół trzech klasztorów

    Dla pana Roberta najstraszniejsza w bezdomności była samotność. – Nie miałem kolegów, nawet piłem sam – wspomina. – Wcześniej miałem pracę, która wymagała kontaktu z ludźmi. Potem, żeby nie zwariować, rozmawiałem sam ze sobą albo z radiem – mówi. Dwa lata temu, właśnie na przełomie starego i nowego roku, spał kilka ulic dalej, w piwnicy jednej z kamienic. Nagle poczuł impuls – dziś mówi, że został „zgwałcony” przez Jezusa, że wyniszczonym organizmem zaczął sterować instynkt samozachowawczy (lekarz ocenił później, że w ciągu dwóch tygodni groziła mu sepsa). Wieczorem przyszedł do Dzieła Pomocy św. Ojca Pio przy ul. Smoleńsk, ale badanie alkomatem dało wynik pozytywny. – Wróciłem rano, już trzeźwy. Umyto mnie, odwszono, dano ubranie, znaleziono nocleg. W ciągu jednego dnia zaczęły dziać się cuda – opowiada pan Robert. Dziś jego życie „kręci się wokół trzech klasztorów”. Mieszka przy ul. Skawińskiej, w przytulisku braci albertynów, gdzie za niewielkie pieniądze (od roku pracuje) i udział w obowiązkach ma zapewnione dach nad głową i jedzenie. Kilka razy w tygodniu bywa w prowadzonym przez kapucynów Dziele, angażuje się w grupy wsparcia czy dyskusyjny klub filmowy. – Pomagam innym i daje mi to radochę – mówi. Modli się najczęściej w bazylice franciszkanów, tam też należy do wspólnoty neokatechumenalnej. – Kiedy trafiłem do Dzieła, poczułem, że mogę żyć, że warto żyć, nauczyłem się znów rozmawiać z ludźmi. Nie chodziło o pieniądze, ale o cel, który mogłem realizować – opowiada pan Robert. – Warunek był tylko jeden – żebym chciał coś zrobić. Wyjazd na Jubileusz Miłosierdzia do Rzymu to była dla niego „nagroda od Szefa szefów za to, co sam ze sobą zrobił dzięki Dziełu”. Z całego pobytu najbardziej zapadły mu w pamięć słowa papieża Franciszka, który podczas audiencji w auli Pawła VI zachęcał uczestników spotkania, by nie przestawali marzyć i tych marzeń realizować. – Ta pielgrzymka była dowodem, że one mogą się spełnić – zapewnia pan Robert.

    Atmosfera jak na ŚDM

    Spotkanie z Ojcem Świętym było wielkim przeżyciem. „Najwspanialsza przygoda, jaka mogła mnie spotkać – zobaczyć na żywo papieża, i to w Watykanie” – mówił pan Romuald, także podopieczny Dzieła, w rozmowie z Radiem Watykańskim. „Duchowo to jakbym się odbudował. Po słowach papieża wiem, że nasze życie też może być piękne” – podkreślał, a pan Jacek dodał: „Tu zobaczyłem, że innym ludziom na mnie zależy”. – Do kościoła chodziłem, chodzę i będę chodził – mówi pan Stanisław. Zaraz jednak dodaje: – Ale te wszystkie wspomnienia zostaną. Razem z panem Robertem porównują wizytę w Rzymie do... Światowych Dni Młodzieży. Z tym, że w Watykanie widzieli Franciszka z bliska, bo krakowska grupa podczas Mszy św. w bazylice św. Piotra miała miejsca niedaleko ołtarza. Co, oprócz obecności papieża, łączyło spotkanie ubogich z ŚDM? – Radość z tego, że tam jesteśmy – pod różnymi flagami, ale razem, jako grupa osób poszkodowanych przez życie i to bez różnicy, czy ktoś sam zawinił, czy nie. Byliśmy sobą – mówi pan Robert. – „Franciszki” ulicy przyszły do papieża.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół