• facebook
  • rss
  • Reżyser „miał pomysła”

    Bogdan Gancarz

    |

    Gość Krakowski 08/2017

    dodane 23.02.2017 00:00

    Wystawione 11 lutego „Wyzwolenie” Radosława Rychcika jest nieudaną próbą nawiązania do dramatu, w którym 114 lat temu ze sceny przy pl. Świętego Ducha rzucono w twarz Polaków bardzo gorzkie, lecz oczyszczające słowa.

    Reżyser, przygotowując swój twór sceniczny, zastanawiał się – jak sam przyznaje: „Co właściwie znaczy wyzwalać? Przywrócić wolność, niezależność? Uwolnić z czegoś krepującego ruchy, spowodować nagłe uzewnętrznienie się? Pozbyć się jakichś cech, uczuć?”. Niestety, miał przy tym pomysły lub – ujmując dosadniej słowami Ferdka Kiepskiego z serialu „Świat według Kiepskich” – „miał pomysła” i urządził dramatowi „teksańską masakrę piłą mechaniczną”.

    Znany polonista prof. Konrad Górski opublikował w 1970 r. głośny artykuł „Reżyser ma pomysły”. Bronił arcydzieł scenicznych przed dziwacznymi pomysłami reżyserskimi, zniekształcającymi wymowę dzieł i kształt słowa. „Kiedyś trzeba było walczyć o autonomię teatru, zagrożonego przez hegemonię literatury, dziś sytuacja się odwróciła – należy walczyć w obronie literatury, zepchniętej [w teatrze] do roli drugorzędnego przydatku” – napisał prof. Górski.

    Jako „drugorzędny przydatek” potraktował tekst zmarłego 110 lat temu Stanisława Wyspiańskiego R. Rychcik. Ów bezładny zlepek różnych tekstów – Wyspiańskiego, idola amerykańskiej kontrkultury Jerome’a Salingera, piosenki z murzyńskiego getta – oraz scen i gestów z Wyspiańskim ma niewiele wspólnego. Padające w dramacie słowa „Polska współczesna” reżyser potraktował dosłownie i akcję przeniósł do współczesnej szkoły, gdzie pod takim tytułem odbywają się próby do inscenizacji dzieła opartego na „Wyzwoleniu”. Aktorzy grający uczniów rzucają się zaś po scenie niczym w tańcu św. Wita, inscenizują też orgietkę uczniowską z elementami lesbijskimi w rytm „Karuzeli z Madonnami” Zygmunta Koniecznego. Nagle, ni z tego, ni z owego, pojawia się... gestapowiec w galowym mundurze i – ta-ta-ta-ta-ta! – wszystkich wokoło zabija strzałami z pistoletu maszynowego.

    „Wyzwolenie” pisane pararelnie i pod wpływem „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego jest wielkim traktatem o narodzie i Polsce. Niewiele z tego zostało w tworze R. Rychcika. Przede wszystkim – w co trudno uwierzyć – nie ma tu słynnej modlitwy Konrada z frazą: „Daj nam poczucie siły i Polskę daj nam żywą. (...) Zwyciężę na tej ziemi,/ z tej ziemi PAŃSTWO wskrzeszę”. To tak, jakby inscenizację „Dziadów” pozbawić Wielkiej Improwizacji.

    Dziwaczne przedstawienie dziwacznie się kończy. Konrad po prostu staje wśród tłumu uczniów, strzela sobie nagle w łeb z rewolweru, pada i sztuka skończona. Ten finał symbolizuje, według mnie, tyleż klęskę Konrada, co samobójstwo reżyserskie R. Rychcika. Chciałoby się rzec, trawestując słowa Starego Aktora: „Wyspiański był bohater, a wy jesteście nic”! Wyspiański przewidział zresztą, co może się dziać z jego dramatem. Gdy w trzecim akcie zagadnięty Aktor mówi: „Myślę, by sztukę skrócić, gdy jutro powtórzą, w momencie, kiedy Konrad wychodzi na scenę”, Konrad reaguje gwałtownie: „Chcesz mnie skrócić o głowę”. „Kwestie trzy lub cztery ze stanowiska sceny reżyser wykreśli” – odpowiada niezrażony Aktor. Oburzona Muza wykrzykuje zaś: „Jak to – chcesz biżuterię dać poprawiać cieśli”. R. Rychcik okazał się nawet nie tyle cieślą, co pilarzem masakrującym arcydzieło Wyspiańskiego.

    Jak wyjść z teatralnego kryzysu?

    Elżbieta Morawiec, krakowska eseistka, w swojej najnowszej książce kreśli gorzki obraz Polski współczesnej. Baczną uwagę poświęciła kryzysowi teatru, oglądanemu z perspektywy Krakowa. W opublikowanym przez Wydawnictwo „Arcana” zbiorze „Obrazki polskie” dotyka spraw politycznych, społecznych i kulturalnych. Niepokoi ją i boli to, co dzieje się na polskich scenach, szczególnie w krakowskim Starym Teatrze, którego była niegdyś kierownikiem literackim. W tekście o kondycji współczesnego teatru polskiego „W roztrzaskanym lustrze. Jak z tego wyjść?” napisała: „Reżyser-inscenizator stał się absolutnym Demiurgiem na scenie, a to, jak sobie z nią poczyna, trudno określić inaczej niż »samowolka«”. Patrząc na zmiany personalne w Teatrze im. Słowackiego, stwierdziła: „No i będziemy teraz mieć w Krakowie dwie sceny przerabiające klasyków na mielonkę, widzów – w bezmyślną plazmę”. W kontekście niedawnej premiery „Wyzwolenia” w Słowackim, o której piszemy obok, te słowa okazały się prorocze. E. Morawiec widzi jednak światełko w tunelu w postaci kilku reżyserów, którzy robią spektakle „po Bożemu”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół