• facebook
  • rss
  • 9-tygodniowa runda za oceanem

    Monika Łącka

    |

    Gość Krakowski 08/2017

    dodane 23.02.2017 00:00

    Historia 6-letniego Patryka z podkrakowskich Dobczyc poruszyła tak wielu ludzi, że w kilka tygodni udało się zebrać ponad milion złotych! Dzięki temu chłopiec jest już w USA, gdzie protonoterapia ma uratować mu życie.

    Stał się cud – przekonuje Paweł Piwowarczyk, dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Dobczycach, jeden z organizatorów pomocy dla Patryka. – Ten mały chłopiec połączył morze ludzi i wyzwolił w nich ogromne pokłady dobra. Jesteśmy bardzo szczęśliwi i wdzięczni każdemu, kto włączył się w akcję. Nie sądziliśmy, że uda się zebrać tak dużą kwotę, ale nierealne stało się realne – dodaje Agnieszka Stasik, wychowawczyni Patryka Galii z Przedszkola Samorządowego nr 1 w Dobczycach oraz współzałożycielka komitetu społecznego, który w dalszym ciągu wspiera chłopca.

    Nieproszony gość

    Na pierwszy rzut oka trudno się zorientować, że Patryk jest ciężko chory. Przed wylotem do USA nie leżał w łóżku, tylko biegał po domu, a nawet... tańczył zumbę. Chwilami tylko uśmiech znikał z jego buzi. Patryk zamyślał się wtedy, a z mądrego spojrzenia przebijała dojrzałość dorosłego człowieka. Chłopiec dużo już bowiem przeszedł – w ostatnich dwóch latach zdarzało mu się nawet pytać rodziców, czy będzie żył, a od lekarzy oczekiwał konkretnych wyjaśnień tego, co się z nim dzieje. Na szczęście 6-latek ma w sobie ogromną wolę walki i cieszy się, że dostał szansę. Wie też, że musi być dzielny i wierzy, że gdy zmierzy się z przeciwnikiem, wróci do domu ze zdrową główką. W przyszłość, w której będzie mógł chodzić do zerówki i skakać na trampolinie, Patryk patrzy na razie tylko prawym okiem. Na lewe od dwóch lat nie widzi, bo bardzo trudny w leczeniu glejak uciska nerw wzrokowy. Kilka miesięcy temu lekarze z USA dali jednak chłopcu 90 proc. szans na to, że nieproszonego gościa uda się raz na zawsze usunąć z głowy, a pomóc ma w tym protonoterapia, którą mały wojownik rozpoczął 20 lutego. Za ocean poleciał z tatą Pawłem, a mama Iwona została w domu z młodszym synem – 3-letnim Kamilem. Przez najbliższe 9 tygodni połową serca będzie więc w Dobczycach, a połową – w Oklahoma City.

    Tykająca bomba

    Wiadomość o tym, że Patryk ma raka, spadła na rodzinę jak grom z jasnego nieba. Chłopiec zawsze był pełen energii i nigdy nie skarżył się, by cokolwiek go bolało. Prawym okiem widział świetnie, więc w dziecięcym świecie dobrze radził sobie bez lewego, które z każdym dniem robiło się coraz słabsze. Dopiero rutynowe badania – tzw. bilans zdrowia czterolatka – pokazały, że coś jest nie tak. Pielęgniarka zasłoniła wtedy Patrykowi prawe oko. Okazało się, że lewym nie jest w stanie poradzić sobie z rozpoznaniem obrazka. Chłopiec szybko trafił do okulisty, który po badaniach skierował go do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach. Tam padła diagnoza, że to glejak, złośliwy nowotwór, i że guz ma już 9 centymetrów! Lekarze nie ukrywali przerażenia jego wielkością i nie wiedzieli, jak to możliwe, że Patryk wygląda jak okaz zdrowia. To, że żył z intruzem w głowie, uznali za cud, bo już 2-centymetrowy guz jest poważnym zagrożeniem. U Patryka nowotwór był cztery razy większy, a chłopiec, jak gdyby nigdy nic, potrafił skakać, fikać koziołki i bawić się jak na kilkulatka przystało. – Guz był jak tykająca bomba i tak naprawdę każdy najmniejszy wstrząs mógł zakończyć się nagłą śmiercią Patryka. Cudem jest, że tak się nie stało i że choroba została wykryta – opowiada Iwona Galia.

    Niestety, podczas pierwszej operacji w marcu 2015 r. nie udało się wyciąć w całości nowotworu, który zajmował ogromną powierzchnię mózgu. Glejak wkrótce zaczął więc odrastać i w kwietniu 2016 r. chłopiec przeszedł drugą operację. I tym razem pełne usunięcie guza nie było możliwe. Jesienią okazało się, że znowu odrasta. Lekarze powiedzieli wtedy, że kolejna operacja nie wchodzi już w grę, bo grozi okaleczeniem dziecka, a i ryzyko związane z otwarciem czaszki po raz trzeci jest zbyt duże. Zostaje więc tylko chemia. Na to rodzice Patryka zgodzić się nie chcieli, bo było jasne, że agresywna terapia wyniszczy organizm dziecka, nie dając gwarancji na powrót do zdrowia. Postanowili na własną rękę poszukać ratunku i ktoś powiedział im o protonoterapii, czyli nowoczesnej, celowanej w ognisko guza metodzie, która nie niszczy zdrowych tkanek. Na horyzoncie pojawiła się więc nadzieja na kolejny cud, a państwo Galiowie nawiązali kontakt z doktorem Andrew L. Changiem, który po przestudiowaniu dokumentacji medycznej Patryka napisał, że nie wszystko jeszcze jest stracone. Co prawda, guz jest nietypowy i niepodobny do innych, ale do pokonania. „Przyjeżdżajcie. 20 lutego” – zaprosił. Doktor Chang pracuje w dwóch klinikach – w Kalifornii i w Oklahoma City. Początkowo Patryk miał lecieć do tej pierwszej, jednak ostateczny wybór lekarza padł na drugą, specjalizującą się w leczeniu z wykorzystaniem protonoterapii najtrudniejszych przypadków raka, także u dzieci. Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy rodzice chłopca dostali kosztorys leczenia – 271 tys. USD, czyli w przeliczeniu prawie 1,2 mln zł, a połowa tej kwoty musiała znaleźć się na koncie kliniki do 15 lutego. Cud na chwilę się oddalił...

    «« | « | 1 | 2 | » | »»

    oceń artykuł

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół