• facebook
  • rss
  • Stąd biorą siły, by trzymać za rękę

    Monika Łącka

    |

    Gość Krakowski 09/2017

    dodane 02.03.2017 00:00

    Od października 2015 r. do końca grudnia 2016 r. rodziny skorzystały z 12 687 noclegów w Domu Ronalda McDonalda, a najdłuższy, szczęśliwie zakończony pobyt wynosił aż 278 dni.

    W tym czasie w domu gościło 140 rodzin, a kolejne cały czas się pojawiają. Do tej pory jedna rodzina spędziła tu średnio niespełna 19 dni, a specyfika miejsca polega na tym, że czasem ktoś rano pije jeszcze w kuchni kawę, a w południe dowiaduje się, że dziecko dostało wypis ze szpitala. Niekoniecznie na stałe – bywa, że tylko na kilka dni albo tygodni i potem znów trzeba wrócić na kolejne dawki chemio- czy radioterapii. Rodzice ponownie meldują się wtedy w Domu Ronalda McDonalda. Jedna z rodzin wracała tak aż... 14 razy!

    – Całkowita wartość pomocy dla naszych rodzin do końca ub. roku wyniosła ponad 835 tys. zł – tyle w przybliżeniu musiałyby one zapłacić za pobyt w hotelach, by być w pobliżu dziecka podczas jego leczenia. Żaden hotel nie mieści się jednak tak blisko Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu jak nasz dom, który jest z nim po sąsiedzku i w którym pobyt nic nie kosztuje – wyjaśnia Katarzyna Nowakowska, dyrektor wykonawcza domu, która w jego powstanie włożyła całe serce i nieustannie jest jego dobrym duchem.

    W USD leczą się dzieci z Krakowa czy Małopolski, ale także z różnych stron Polski i nie tylko. Pobyt w domu doceniają więc szczególnie ci, którzy do Prokocimia mają najdalej i codzienne podróże do szpitala i z powrotem nie wchodzą w grę. Wie coś o tym rodzina z Koszalina, która – by dojechać do Krakowa – musiała pokonać 691 km. – My mamy nieco bliżej, bo nasza córka w swoim łóżku będzie jeszcze dziś, za ok. 3,5 godziny – przyznają Krystyna i Jurij, rodzice małej Ani walczącej z neuroblastomą. Mieszkają na Ukrainie, niedaleko granicy, a w Prokocimiu po raz pierwszy zjawili się 4 grudnia 2015 r. Kilka dni później byli już zameldowani w domu i pobyt w nim bardzo chwalą. – Na szczęście lekarze mówią, że Ania wraca do zdrowia i teraz przyjeżdżamy już tylko co kilka tygodni na kolejne cykle leczenia – opowiadają. Jak dodają, takich miejsc powinno być dużo więcej, bo w każdym szpitalu są rodzice, którzy potrzebują wsparcia i dachu nad głową, by odpocząć od szpitalnej rzeczywistości, która przewraca życie do góry nogami.

    – Ja do Prokocimia mam niedaleko, bo w Tarnowie mogę być za godzinę z okładem, ale i tak codzienne podróże byłyby męczące – mówi pani Anna. Jej córka od kilku tygodni choruje na nowotwór. – Mieszkając w Domu Ronalda McDonalda, mogę być z nią cały czas, także w nocy. Wczoraj spędziłam przy jej łóżku całą dobę – trzymałam za rękę podczas bolesnej punkcji, towarzyszyłam podczas innych badań i po prostu byłam. A potem miałam gdzie przyjść, odświeżyć się, wyspać i ugotować obiad. Jestem pod ogromnym wrażeniem domu oraz dobroci ludzi, których tu spotkałam – zarówno pracowników i wolontariuszy, jak i innych rodziców, z którymi tworzymy jedną, wielką rodzinę – dodaje, uśmiechając się promiennie. Jak tłumaczy, wczoraj tak dobrze nie wyglądała, ale to właśnie dzięki atmosferze domu nabiera sił do tego, by z pozytywną energią wrócić do szpitala i swoim optymizmem zarażać córkę. Tak przecież łatwiej pokonać chorobę, o czym przekonują wszyscy lekarze.

    Dawniej w szpitalach nie było to takie oczywiste – rodzice nie mogli spędzać czasu przy łóżku dziecka, przychodzili tylko w odwiedziny. Z czasem system opieki zdrowotnej zaczął się zmieniać, a obecność rodziców, którzy solidną dawką miłości osładzają nawet najbardziej bolesne zabiegi, została doceniona. Niestety, musieli oni koczować, śpiąc na podłodze albo na niewygodnym krześle i nie mając się gdzie umyć. Od niedawna szpitale próbują zmieniać się w bardziej przyjazne, ale dopiero powstanie pierwszego w Polsce (a jednego z ok. 400 działających w 42 krajach świata) Domu Ronalda McDonalda stało się dla rodziców małych pacjentów z krakowskiego USD błogosławieństwem.

    W domu znajduje się 20 apartamentów z łazienkami (w tym dwa przystosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych), pralnia, biblioteka, bawialnia oraz przestronna kuchnia z jadalnią. Wszyscy zaangażowani w działalność tego wyjątkowego „domu poza domem” od prawie 1,5 roku robią, co mogą, by rodzina w trudnym czasie była razem i by pomóc rodzicom odpocząć psychicznie od spraw związanych z chorobą dziecka. Jednym z ostatnich pomysłów jest projekt „Bez granic”, łączący warsztaty kulinarne z poznawaniem kultury różnych krajów. Niedawno Chrześcijańskie Stowarzyszenie Przyjaźni i Współpracy Polsko-Libańskiej „Polanda” zaprosiło wszystkich na prawdziwą bliskowschodnią ucztę.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół