• facebook
  • rss
  • Jakie piekło nosi w sobie człowiek?

    Monika Łącka

    |

    Gość Krakowski 16/2017

    dodane 20.04.2017 00:00

    – Codziennie staję ze swoją biedą, z prawdą o sobie, przed miłosiernym Ojcem, a Jego spojrzenie pomaga mi inaczej patrzeć na siebie, a przede wszystkim na innych ludzi – to prosta recepta br. Piotra Kuczaja OFMCap, Miłosiernego Samarytanina Roku 2016, na to, jak służyć bezdomnym.

    Pokorny kapucyn pomaga tym, których inni często omijają szerokim łukiem, bo są brudni, nieładnie pachną i widać, że choć cały ich dobytek mieści się w reklamówce, to życiowy bagaż jest dużo cięższy. A on nie tylko ich myje, pielęgnuje i przebiera w czyste ubrania, ale też przełamuje początkową nieufność. – Jestem tylko narzędziem w rękach Boga i małym ogniwem w całym przedsięwzięciu, jakim jest Dzieło Pomocy św. o. Pio. Dlatego statuetka Miłosiernego Samarytanina należy się nie tylko mnie, ale wszystkim jego pracownikom i wolontariuszom, bo wspólnie niesiemy ewangelicznego paralityka do Jezusa, a On ten nasz wysiłek dopełnia i uzdrawia chorego – mówi zakonnik.

    Chodzący anioł

    Brata Piotra – serdecznego, całym sercem angażującego się w sprawy swoich podopiecznych – znają i kochają setki krakowskich osób bez domu oraz ci, którzy już wyszli na prostą, a teraz wspominają to, co dla nich zrobił. – To anioł chodzący po ziemi! Jedyny w swoim rodzaju – skutecznie wyciąga ludzi z najbardziej beznadziejnych sytuacji – zapewnia pan Szymon, który dziś ma już pracę, nadzieję na mieszkanie i powoli stawia pierwsze kroki na drodze ku samodzielności. Brata Piotra poznał 3 lata temu, kiedy nie miał nic i żył na ulicy. – Przekonałem się, że to Boży człowiek w najgłębszym tego słowa znaczeniu. Zawsze dobrze doradzi i wierzę, że choć nie jest kapłanem, sam Chrystus mówi przez niego – opowiada i dodaje, że nieraz był świadkiem, jak zakonnik troskliwie zajmował się również tymi bezdomnymi, którzy przychodzili do Dzieła brudni i zawszeni. – Wykonuje naprawdę ciężką pracę i ma w sobie ogromną pogodę ducha. Wiem też, że cały czas modli się za mnie, więc odwdzięczam się tym samym – mówi pan Szymon. Justyna Nosek z Dzieła Pomocy św. o. Pio podkreśla natomiast, że br. Piotr jest człowiekiem, od którego inni mogą się uczyć. – Przede wszystkim tego, jak wzrastać duchowo. On ma w sobie ogromny pokój i jest kimś, do kogo inni się garną. Wszyscy czerpiemy z jego doświadczenia i wciąż musimy sobie przypominać, by nikogo nie oceniać i nie zgadywać, dlaczego ktoś doprowadził się do stanu, w jakim przychodzi do Dzieła. Przecież nie wiemy, jakie małe wielkie piekło nosi w sobie nasz brat – mówi. – Nie umniejszając niczyjej roli w Dziele, można powiedzieć, że to właśnie br. Piotr wykonuje najtrudniejszą pracę, przyjmując w tzw. kabinie interwencyjnej tych, którzy na pierwszy rzut oka nie przyciągają... I świetnie się w tym odnajduje – opowiada J. Nosek, a br. Henryk Cisowski OFM Cap, dyrektor Dzieła, nie ukrywa, że nie jest pewien, czy dałby sobie radę, gdyby musiał wykonywać obowiązki należące do br. Piotra. – Ten, kto nigdy nie widział człowieka z gnijącymi nogami, nie wie, jak potworny jest to zapach. A br. Piotr mówi, że się do tego przyzwyczaił. Ciężką pracą każdego dnia udowadnia, że jest samarytaninem, który dla drugiego człowieka, przychodzącego prosto z ulicy, ma dużo miłości i szacunku – podkreśla szef Dzieła. – Najpiękniejsze jest to, że on sam chciał tu przyjść, by posługiwać ubogim, postarał się o to – dodaje br. Cisowski.

    Kiedy dzieją się cuda

    – To Bóg dał mi najpierw pragnienie, a potem wyobrażenie tego, co dopiero miało nastąpić – uśmiecha się br. Piotr, zapewniając, że w Dziele czuje, iż jest na swoim miejscu, choć trochę czasu minęło, zanim rozeznał, jaka jest jego zakonna droga. Początkowo chciał być kapłanem, ale po III roku studiów poprosił o rok urlopu dziekańskiego, by wszystko przemyśleć i przemodlić. Przez ten czas pracował jako zakrystian w kapucyńskiej parafii w Nowej Soli. To była dobra przestrzeń do poznawania ludzi, spotkań, rozmów, także z tymi, którzy są daleko od Kościoła. – Próbowałem do nich wychodzić i zauważyłem, że aby nawiązać kontakt i zbudować relacje, trzeba czasu. Trzeba też samemu dać się poznać, być i słuchać, a dopiero potem mówić. To uczyło mnie, żeby nie osądzać, ale starać się zobaczyć sytuację konkretnego człowieka, zrozumieć, jak i dlaczego myśli i działa – wspomina. Z Nowej Soli wyjeżdżał ze słowami Ewangelii o paralityku, którego ludzie nieśli do Jezusa. Nie mogąc przejść przez tłum ludzi, znaleźli otwór w płaskim dachu i tą drogą spuścili jego łóżko przed Chrystusa. – Zrozumiałem, że mam prowadzić ludzi do Jezusa – zwłaszcza tych, którzy mają trudności, by do Niego przyjść – ale nie sam, lecz we współpracy z innymi. Ostatecznie rozeznałem swoje powołanie i podjąłem decyzję, że studia skończę, ale nie przyjmę święceń. Później poprosiłem o pracę wśród ubogich. Wierzyłem, że jeśli taki jest Boży plan, to nie muszę się obawiać, co powiedzą przełożeni, bo sam Pan będzie tego bronił. Czułem się więc wolny i spokojny, a gdy pojawiła się pierwsza myśl o posłudze w Dziele, dopiero trwała jego budowa – opowiada. W swojej pracy br. Piotr ceni wiele rzeczy, a jedną z nich jest nieustanne odkrywanie Bożego miłosierdzia i obserwowanie, jak działa ono w drugim człowieku. – Bywa, że przychodzi on chory, bez żadnych dokumentów, a wszystko, co ma, trzeba wyrzucić. Nie ma już wtedy nic do stracenia i to jest moment spotkania z Bogiem, który przyjmuje go z miłością – takiego, jaki jest, i nie wymaga rzeczy, których początkowo nie da się zrobić. Bo ten człowiek nawet sobie jeszcze nie wyobraża, że coś może się zmienić – tłumaczy br. Piotr. – A skoro ktoś zaczyna od zera, łatwiej jest mu zobaczyć, jak na jego oczach dzieją się cuda, gdy po ludzku coś było niewykonalne – tłumaczy. Dodaje, że aby pokazywać innym miłosierdzie, najpierw samemu trzeba się na nie otworzyć. – Codziennie staję więc ze swoją biedą, z prawdą o sobie, na modlitwie przed miłosiernym Ojcem, a gdy się z Nim spotykam, Jego spojrzenie pomaga mi inaczej patrzeć na siebie, a przede wszystkim na tych, którzy tu przychodzą. Potrzebuję też ciągłej formacji i głębokiego życia sakramentalnego oraz braterskiego – opowiada kapucyn. Do przyjęcia sakramentów zachęca też swoich podopiecznych. Nie zawsze jest to łatwe, ale liczy się każdy zrobiony przez nich mały krok. Dlatego br. Piotr prowadzi z nimi duchowe rozmowy (np. podpowiadając, że warto odbudować relacje z rodziną), przygotowuje do rachunku sumienia i prowadzi do braci, którzy są kapłanami i zawsze gotowi do tego, by kogoś wyspowiadać. – A gdy już w sferze duchowej zrobi się lżej, to i przyszłość wydaje się łatwiejsza, bo serce nie jest już samotne, ale trafia w ręce Boga – przekonuje br. Kuczaj.

    Duchowe dzieci

    Cechą charakterystyczną br. Piotra jest też uśmiech, który „działa cuda”. – O apostolstwie uśmiechu pisała już św. Urszula Ledóchowska. Uśmiech nie „przyklejony”, ale pochodzący z serca, skraca drogę do człowieka, otwiera go i zaprasza do rozmowy. Uczy bycia autentycznym, a ludzie poranieni są bardzo wrażliwi, szybko wyczuwają, czy ktoś jest szczery – mówi zakonnik. Doświadczenie nauczyło go także, że dla ludzi bezdomnych zdobycie jedzenia czy ubrań nie jest najważniejsze, bo w Krakowie nie jest to problemem. – Oni są głodni relacji z drugim człowiekiem, dlatego tak bardzo chcą ściskać nam dłonie – tłumaczy. A co, jeśli mijają dni, tygodnie i miesiące, a bezdomny nie chce nic zmienić w sobie na lepsze, tylko wciąż przychodzi z listą życzeń do spełnienia? – Wtedy zostają tylko pokora i cierpliwość. Bo człowiek nie jest maszyną do zaprogramowania. Nie mogę mieć dla niego gotowego planu, tylko znów muszę stanąć przez Bogiem w prawdzie i zobaczyć, że skoro czasem i mnie nie jest łatwo zmienić małej rzeczy, to co dopiero jemu wielkiej rzeczy. A gdy zachęcam, by ktoś w prostych słowach porozmawiał z Bogiem o tym, co boli, w oczach widzę wzruszenie – opowiada br. Piotr. I jeszcze jedno – miłosierny zakonnik nie byłby sobą, gdyby do swoich podopiecznych nie mówił po imieniu: Józiu, Stasiu, Krzysiu... – Pochylając się nad ich biedą, traktuję ich jak swoje duchowe, Boże dzieci, więc imię jest czymś naturalnym. I ważnym, bo po setkach godzin, jakie człowiek spędził w samotności, w pustostanie, bardzo docenia, że pamiętam, kim jest. I przecież Bóg też woła nas po imieniu – zaznacza.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół