• facebook
  • rss
  • Naprawdę zaczął od Bacha

    Monika Łącka

    |

    Gość Krakowski 22/2017

    dodane 01.06.2017 00:00

    – Zbyszek był takim człowiekiem, jakich mało jest we współczesnym świecie. Dobroć od niego wręcz biła. Był też takim człowiekiem, który – gdy spotyka się go po raz pierwszy – wydaje się najbliższą osobą na świecie – wspomina Zbigniewa Wodeckiego Anna Dymna.

    Ci, którzy znali zmarłego 22 maja artystę, rodowitego krakowianina, jednym głosem mówią, że był zawsze pogodny i serdeczny. Nigdy też niczego nie odmawiał, zwłaszcza jeśli chodziło o udział w koncertach dobroczynnych.

    „Lubię wracać tam, gdzie byłem”

    – W sercu mam słowa, które kiedyś usłyszałam od Zbyszka: „Pani Jolanto, ja zawsze zagram charytatywnie, żebym tylko nie był w trasie!”. Tym samym potwierdził to, co zrobił nieco wcześniej... – rozpoczyna opowieść Jolanta Janus, organizatorka m.in. koncertów charytatywnych „Kolędy do nieba”. Gdy w styczniu 2015 r. we współpracy z prof. Robertem Kabarą dopinała na ostatni guzik przygotowania do pierwszego koncertu na rzecz Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu, marzyła, aby do grona wokalistów dołączył Zbigniew Wodecki. – Zaprosiliśmy kilkoro świetnych wykonawców: Katarzynę Oleś-Blachę, Ewę Wartę-Śmietanę, Przemysława Firka, Mariusza Pędziałka, Leszka Długosza, Aleksandrę Rytwińską i Agnieszkę Schimscheiner. Cały czas było nam jednak mało. Chcieliśmy dzięki wsparciu piosenkarzy – występujących za darmo! – zebrać jak najwięcej pieniędzy na zakup drogiego i pilnie potrzebnego sprzętu medycznego – mówi J. Janus. W końcu udało jej się zdobyć numer telefonu Z. Wodeckiego, a kiedy muzyk dowiedział się, o jakie przedsięwzięcie chodzi, jęknął do słuchawki, że nie da rady, bo tego dnia o godz. 19 gra koncert w Bielsku-Białej. Po chwili jednak zapytał: „A o której macie ten koncert?”.

    – Odpowiedziałam, że o 13.30. Na to on stwierdził krótko: „No dobra, zobaczę, co się da zrobić”. Oddzwonił za godzinę! Zdecydował się pogodzić oba występy i pojawić się pod Wawelem, u bernardynów, a do współpracy zaprosił też swoich przyjaciół: Alicję Majewską, Włodzimierza Korcza, Olgę Bończyk. Wspólnie zagrali pierwsze 40 minut koncertu. Kościół pękał w szwach. Pamiętam, jak aktorzy z serialu „Na dobre i na złe”, którzy „wpadli” na koncert Zbyszka z Warszawy, stali na ambonie! – śmieje się Jolanta Janus. Jak wspomina, Z. Wodecki postawił tylko jeden warunek: zależało mu na dobrym nagłośnieniu, bo był profesjonalistą w pełnym tego słowa znaczeniu. Nagłośnienie zagwarantował Marek Hajto, a podczas koncertu udało się zebrać ponad 20 tys. zł. – Zbyszek był po prostu kochany! Pełnymi garściami czerpał z życia i równie pełnymi garściami dawał siebie innym, bo miał szlachetne serce. Dlatego on ciągle w nas żyje i żyć będzie – zapewnia J. Janus. Podobnie Wodeckiego wspomina br. Benedykt Pączka OFM Cap, misjonarz, który od września 2013 r. pracuje w Ngaoundaye w Republice Środkowoafrykańskiej, a wcześniej zapalał w mieszkańcach Krakowa miłość do Czarnego Lądu. – Gdy dowiedziałem się, że Zbyszek jest już u Największego Kompozytora, przypomniałem sobie, jak kiedyś organizowałem imprezę na Błoniach. Zadzwoniłem wtedy do niego i zapytałem, czy byłby w stanie zagrać dla Afryki. „Kiedy?” – zapytał. Okazało się, że tego dnia ma już dwa koncerty, ale na jednym wdechu dodał, że jeśli nie będzie to dla nas za późno, to może przyjechać i zagrać o 21.00. I był, zagrał za darmo. Drogi Zbyszku, raz jeszcze dziękuję – mówi br. Benek. Dodaje, że modli się, by dobry Bóg dał Z. Wodeckiemu niebo. Muzyka prosi zaś, by z wysokości pamiętał o kapucynach i o rozwijającej się w RCA szkole muzycznej.

    „Nad wszystko uśmiech twój”

    We wspomnieniach o Zbigniewie Wodeckim pojawia się jeszcze jedna cecha muzyka... – Choć ciągle się spieszył, bo plan dnia miał napięty – a potrafił spieszyć się majestatycznie, nigdy nie chodził szybko – to potrafił się zatrzymać, by chwilę porozmawiać i dostrzec drugiego człowieka – uważa Lidia Jazgar, współzałożyciela i wokalistka zespołu Galicja. Doceniali to wszyscy – zaczynając od znajomych z branży artystycznej, a kończąc na przypadkowo spotkanych ludziach, gdy Z. Wodecki występował np. na festynach w mniejszych lub większych miejscowościach. – Dlatego tak wiele osób jest dziś poruszonych jego śmiercią. Zbyszek był nadzwyczajnym artystą, ale zwyczajnym człowiekiem – dodaje L. Jazgar. Artystę znała jakieś ćwierć wieku. Najpierw był jej Mistrzem, pisanym przez wielkie „M”, a potem – przyjacielem. Wspólnie zagrali niezliczoną liczbę koncertów. – Wydawało się, że on jest obok od zawsze, a to jego „bycie” dawało poczucie bezpieczeństwa – przekonuje pani Lidia, która po Z. Wodeckim ma niezwykłą pamiątkę. Gdy w listopadzie ub. roku świętowała 30-lecie pracy scenicznej, muzyk wyjątkowo nie mógł udziału w uroczystości pogodzić z innymi zobowiązaniami. Później jednak spotkali się i najpierw nagrali piosenkę „Jesień przyszła, ojej!”, a potem, biegając wśród liści na Krzemionkach, nakręcili do niej teledysk. Ta piosenka pojawi się na nowej płycie Lidii Jazgar. – Zbyszek miał też ogromne poczucie humoru i potrafił żartować z samego siebie. Nieraz przekomarzałam się z nim, żeby mi w końcu pożyczył swoją perukę, bo tak mi się podobały jego włosy. Zawsze śmiał się, że jeszcze nie teraz, ale ostatnio mówił, że już niedługo mi pożyczy – wspomina, nie kryjąc wzruszenia, Anna Dymna. Opowiada również, że Z. Wodecki miał świetny kontakt z osobami niepełnosprawnymi, które do niego lgnęły. – Gdy poprosiłam, żeby wystąpił na Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, który organizuje moja fundacja „Mimo wszystko”, zgodził się natychmiast, a z niepełnosprawnymi artystami wręcz się zaprzyjaźnił. Był dla nich i dla nas wszystkich jak promyk słońca. Przy nim każdy się rozpromieniał! – dodaje aktorka. Na zakończenie tegorocznego Festiwalu Zaczarowanej Piosenki (który na Rynku Głównym odbędzie się 3 i 4 czerwca), podczas koncertu „Tylko miłość”, jego uczestnicy w hołdzie Z. Wodeckiemu zaśpiewają mu „Zacznij od Bacha”. Ten utwór będzie swoistą klamrą spinającą twórczość Wodeckiego. „Ja naprawdę zacząłem od Bacha! Grałem go na skrzypcach nie tylko w szkole, ale także później, pod batutami niezapomnianych mistrzów dyrygentury: Kazimierza Korda, Jerzego Maksymiuka i Stanisława Wisłockiego w zawodowych orkiestrach wykonujących repertuar klasyczny. Zacząłem zaś od Bacha, bo w młodości powiedziano mi, że u progu kariery najlepiej związać się z artystą o znanym nazwisku” – żartował kilka lat temu Z. Wodecki.

    „Znajdziesz mnie znowu”

    Andrzej Zarycki, wszechstronny kompozytor oraz wykładowca w Państwowej Szkole Muzycznej II stopnia w Krakowie, zaznacza, że Zbigniew Wodecki był niesamowicie szczerym człowiekiem. – Często dzwonił, zwłaszcza nocą, gdy chciało mu się spać za kierownicą i opowiadał, czym żyje, nad czym pracuje. Mówił też – gdy go przekonywałem, żeby trochę zwolnił tempo życia – że dopóki ludzie chcą go słuchać, to będzie do nich jeździł – wspomina. – Zbyszek był także skromny, niczego nikomu nie zazdrościł, ale spokojnie żył wśród innych artystów. Ewa Warta-Śmietana, znakomita sopranistka, którą Z. Wodecki nazywał „koleżanką od koncertów charytatywnych”, przyznaje, że muzyk nigdy z nikim się nie kłócił ani nie miał celebryckich zachcianek. Akceptował też każdą garderobę, a śpiewał w bardzo różnych warunkach. – W przeciwieństwie do celebrytów, w naturalny sposób nawiązywał również dobry kontakt z publicznością – mówi śpiewaczka. Leszek Długosz, kompozytor, pieśniarz i poeta, opowiada, że Z. Wodecki był bardzo wymagający jeśli chodzi o teksty, które śpiewał. – Przed laty napisałem jednak dla niego trzy piosenki, a od „Opowiadaj mi tak” zaczynał potem koncerty. Wszystkie trzy po odświeżeniu i zdynamizowaniu znalazły się na wydanej w maju 2015 r. ostatniej płycie Zbyszka. Za utwór „Rzuć to wszystko, co złe” dostaliśmy nawet Fryderyka! – mówi L. Długosz. Do dziś jest on właścicielem ślubnego bukietu Krystyny i Zbigniewa Wodeckich. – Moja żona, Basia, przyczyniła się do ich znajomości i potem została „świadkową”. W podziękowaniu dostała bukiet, do którego przez lata dokładałem kolejne kwiaty, i który teraz znajduje się w środku wielkiej konstrukcji z zasuszonych róż, która zdobi mój fortepian – opowiada artysta. Niewiele osób wie też, że Z. Wodecki lubił wypoczywać na nartach, na nowotarskiej Długiej Polanie. Potwierdza to Jan Kanty Pawluśkiewicz, który muzyka poznał jako nastolatka, u Marka Grechuty. Po latach, w 1992 r., Wodecki znalazł się wśród kilku artystów śpiewających w wielkim muzycznym przedsięwzięciu (autorstwa Pawluśkiewicza) pod hasłem „Nieszpory Ludźmierskie”. Religijne inicjatywy też były mu bowiem bliskie. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół