• facebook
  • rss
  • Każdego traktuję jak ucznia

    Jan Głąbiński

    |

    Gość Krakowski 27/2017

    dodane 06.07.2017 00:00

    W planach było tylko jedno przedstawienie, jednak w ciągu 5 lat powstało już kilka spektakli, a każda premiera kończy się owacją na stojąco. Nic dziwnego, bo za wszystkim stoi krakowski aktor Marcin Kobierski.

    Sztuka „A tu w piątek koniec” to tragikomedia własnego pomysłu, w której o sprawach poważnych staram się mówić w sposób niepoważny, przez śmiech i lekkie słowo – mówi o najnowszej, szóstej już premierze reżyser i szef aktorskiej grupy działającej przy parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Nowym Targu. Sztuka stawia kilka ważnych pytań o to, co by było, gdyby koniec właśnie nadszedł, i czy wszystko mamy pozałatwiane – w sobie oraz między sobą. – Chyba wszyscy mamy dość nadętych, ponurych wizji. Potrzeba nam za to trochę się zrelaksować, a dzięki temu ważne treści będą łatwiejsze w odbiorze – przekonuje M. Kobierski. I można uznać, że za każdym razem jego założenie doskonale sprawdza się wśród aktorów i publiczności.

    Bez oceniania

    Reżyser daleki jest od oceniania, które przedstawienie albo który aktor jest najlepszy, co się udało, a co nie. – Nigdy nie patrzę okiem jurora. To jest za każdym razem najpiękniejsza praca. Każdego w grupie traktuję jak swojego ucznia, jak dziecko. Gdybym oceniał, to byłoby tak, jakby synowi powiedzieć coś w rodzaju: „Wiesz, twoją siostrę kocham mocniej niż ciebie” – porównuje. M. Kobierski ma pod opieką nie tylko grupę w Nowym Targu. Pracuje także z amatorskimi zespołami teatralnymi w Krakowie, Trzebini, Myślenicach, Chrzanowie. – Takich miejsc jest więcej, ale to właśnie tym 5 grupom poświęcam najwięcej czasu i spotykamy się regularnie. Czasami żartuję, że jestem jak wampir, bo przyjeżdżam do miejsc, gdzie jest dużo dobrej energii. To właśnie ona powoduje, że mam siłę, że nam się dobrze współpracuje i razem chce chcieć – podkreśla reżyser. Aktorską grupę w stolicy Podhala tworzą ludzie różnych profesji. Spotykając się raz w roku na trzy miesiące przed premierą, czyli właśnie sporadycznie, stworzyli już 5 inscenizacji. Pierwszą był spektakl „Jasne światło”, o zmarłej na raka kości błogosławionej Chiarze Badano. Kolejne przedstawienia to „Wizyta” (opowiada o przygotowaniach podhalańskiej wioski do przyjazdu papieża), „Kłamstwo” (o wszechobecnej w naszym życiu nieprawdzie i jej skutkach), „Jeden dzień” (o ataku na World Trade Center i cudzie ocalonych) oraz „Pensjonat” (o rozrachunku z przeszłością, którego trzeba dokonać w pewnym punkcie swojej życiowej drogi).

    Rodzina – pilny obserwator

    Wszyscy aktorzy amatorzy zgodnie mówią, że u ich reżysera nie ma miejsca na żadną improwizację. – Marcin ma wszystko rozpisane. Spotykamy się intensywnie przez 3 miesiące w roku i pracujemy nad premierą. Pierwsze spotkanie to zawsze czytanie scenariusza, ogólne uwagi i – co najważniejsze – przydział ról. Szef ma wszystko obmyślone, ułożone w głowie. Nikt z nim nie polemizuje, nie kłóci się o rolę – opowiada Jola Łapsa. W pamięci utkwiła jej zwłaszcza pierwsza rola w przedstawieniu „Jasne światło”. – Kiedy graliśmy ten spektakl, umierała właśnie moja przyjaciółka. Roli towarzyszyło więc podwójnie dużo doświadczeń i emocji – nie kryje wzruszenia Jola. – Ja z kolei grałam zarówno błogosławioną Chiarę Badano, jak i złośliwą kobietę. Cieszę się z różnych moich postaci. I chyba nie jest tak najgorzej, bo jeszcze nikt mi nie uciekł z fotela dentystycznego, szczególnie po jakiejś szalonej roli – śmieje się Małgorzata Wróbel, na co dzień lekarz stomatolog, i dodaje, że pacjenci zawsze pytają ją o kolejną premierę i temat przedstawienia. Na postacie, które są złe, zwraca uwagę również Marta Sadowy-Chorąży. – W spektaklu „A to w piątek koniec” grałam straszną matkę. Musiałam więc wydobyć ze swojego wnętrza wiele emocji. To była trudna rola, a pilnym obserwatorem była moja rodzina. Pewnie odetchnęli z ulgą, że na co dzień taka nie jestem – uśmiecha się Marta, z zawodu nauczycielka, która w wolnych chwilach z powodzeniem prowadzi dla młodzieży zajęcia teatralne, a współtworzenie nowotarskiej trupy traktuje jako świetną lekcję dla siebie. Od reżysera stara się czerpać to, co najlepsze.

    Padło na teatr

    W tym roku „sporadyczna” grupa teatralna z parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa świętuje 5-lecie. – Zespół powstał z okazji 50. rocznicy konsekracji naszej świątyni. Zastanawialiśmy się, jak godnie upamiętnić tamto wydarzenie. Padło na teatr. Miało być jedno przedstawienie, a za nami już kilka premier – cieszy się ks. Józef Urbańczyk, duszpasterz grupy, i przypomina, że zespół swoją tradycją nawiązuje do przedstawień teatralnych, jakie odbywały się w latach 80. XX wieku w domu katechetycznym. Brali w nich udział znani aktorzy, m.in. Paweł Gędłek i Bartłomiej Topa.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół