• facebook
  • rss
  • Miejska bacówka

    Paulina Smoroń

    |

    Gość Krakowski 37/2017

    dodane 14.09.2017 00:00

    Już po raz 7. na krakowskich Błoniach zadomowiły się podhalańskie owce. Sprowadził je tutaj Wojciech Czabanowski, doktorant filozofii, a od niedawna również profesjonalny juhas.

    Choć zwierzęta mieszkały w Krakowie zaledwie tydzień, zdążyły zainteresować sobą wiele osób. Klementynka, Beatka czy Mlecia bardzo chętnie „przytulały się” do odwiedzających je gości. Co więcej, owieczki były nie tylko atrakcją dla mieszkańców miasta, którzy na co dzień nie mają okazji z nimi przebywać, ale też w pewnym sensie powrotem do przeszłości. – Dawniej na Błoniach odbywał się bowiem wypas zwierząt – zaznacza W. Czabanowski.

    Sam z ich hodowlą jeszcze do niedawna nie miał zbyt wiele wspólnego. Choć jest prawdziwym krakusem, zakochał się w Podhalu i nie chciał pozostać jedynie „ceprem”. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wziął udział w kursie pasterskim, finansowanym przez Urząd Marszałkowski, i został profesjonalnym juhasem. – To wyglądało trochę jak studia niestacjonarne. Na pierwszych zjazdach były zajęcia teoretyczne, a po nich trafiłem na praktyki do bacówki na Baligówce. Umiem już prawie wszystko – zapewnia.

    Od 3 do 10 września opiekował się w Krakowie 27 owieczkami, by promować podhalańskie zwyczaje. Jak zauważył, wypas na Błoniach był nieco łatwiejszy niż na tradycyjnej hali, ponieważ w swoim stadku miał jedynie jarki [młode owce – przyp. aut.], jagnięta i barana. – Nie ma tu aż tyle roboty, bo nie muszę tych zwierzaków doić. Głównym zajęciem jest wypas, a trzeba przyznać, że krakowska trawa owcom bardzo smakuje – jest świeża, rośnie tu dużo mleczy i szczawiu. Pasą się tu z rozkoszą – opowiadał w rozmowie z dziennikarzami. Przekonywał jednak, że jego nowy zawód, mimo iż niełatwy fizycznie, jest piękny i daje wiele psychicznego odpoczynku. Nie każdy też wie, że dziś juhasi w górach to pracownicy deficytowi, a zarazem bardzo cenni. – To ciężka praca, która wymaga wielu wyrzeczeń, w tym spania w budzie przy owcach. Zdarza się, że jakiś baca porywa juhasa. Mnie też jeden z nich już próbował przekonać do pracy u siebie – opowiada. Zapotrzebowaniu na pracowników zaradzić mogą m.in. kursy, które wykształcą nowych juhasów. – Niektórzy górale wybierają inną pracę, ponieważ nie wszyscy chcą spędzić na hali pół roku, bez życia towarzyskiego, w dodatku niewiele zarabiając – przyznaje W. Czabanowski. Mimo to zachęca każdego, zwłaszcza mieszkańców miast, by spróbowali prawdziwego góralskiego życia. – Wyzwania są zupełnie inne niż w mieście, być może z pewnych względów nawet łatwiejsze. Polecam szczególnie tym, którzy mają stresującą pracę – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół