• facebook
  • rss
  • Bóg coś nam przez babcię mówi

    Monika Łącka

    |

    Gość Krakowski 37/2017

    dodane 14.09.2017 00:00

    Do dziewięćdziesiątki książki wręcz pochłaniała, a odkąd zaczęły się problemy ze wzrokiem, chętniej słucha poważnej muzyki lub śpiewu ptaków. Irena Weiner, najstarsza lekarka w Polsce, skończyła niedawno 105 lat, a energią mogłaby się podzielić z niejednym młodzieniaszkiem.

    Dobrą formę pomaga jej zachować wrodzony optymizm, dzięki któremu pani Irena ze spokojem patrzy w przyszłość, a opowiadając o przeszłości, woli skupiać się nie na smutnych, lecz na pozytywnych zdarzeniach. Łatwego życia jednak nie miała – przeżyła dwie wojny i Syberię, gdzie spędziła 6 lat. Mając dobre serce i ogromną wrażliwość na drugiego człowieka, również tam leczyła i pomagała komu tylko mogła. – Największy sentyment miałam do Czeczenów. Gdy stamtąd wyjeżdżałam, kobiety ze wsi płakały z żalu – wspomina I. Weiner. Już po powrocie do Polski, gdy osiadła w Krakowie, chciała jakoś się do nich odezwać. Listu jednak nigdy nie wysłała, bo bała się, że gdy komuniści dowiedzą się, iż miejscowi mają „kontakty” w Polsce, będą mieć przez nią problemy.

    Tyle pan dostanie!

    – Podczas pobytu na Syberii o siebie mama tak się nie bała. Rosjanie z NKWD wiedzieli o tym i... mieli dla niej pełny szacunek. Także dlatego, że była lekarką – mówi Wanda Weinerowa, synowa pani Ireny. – Mama miała w sobie odwagę i potrafiła się im postawić. Kiedyś np. pojechała z felczerem do powiatu po pieniądze dla szpitala, w którym pracowała, ale okazało się, że dostanie je dopiero następnego dnia. Musieli więc zostać w tej miejscowości na noc, ale pojawił się problem – nie mieli siana dla konia, bo dłuższego postoju nie przewidzieli – opowiada W. Weinerowa. Gdy pani Irena zauważyła siano obok jakiegoś domu, poszła o nie poprosić. Drzwi otworzył oficer NKWD, który na dzień dobry chciał wiedzieć, skąd jest – czy z kołchozu, czy z sowchozu. Odpowiedź nie spodobała mu się, więc odmówił wydania siana, nie spodziewając się ostrej reakcji kobiety. „Pamięta pan, jak był pan u nas i bolała pana głowa? Pomogły wtedy proszki ode mnie?” – zapytała I. Weiner. Gdy potwierdził, pokazała mu zaciśniętą pięść, mówiąc: „To na drugi raz tyle pan dostanie!”. W głąb Kazachstanu pani Irena została wywieziona poniekąd przypadkiem. Urodziła się 26 sierpnia 1912 r. w Warszawie i tam spędziła całą młodość. Gdy wyszła za mąż, wyjechała do Poznania, gdzie była wolontariuszką w szpitalu pediatrycznym, a potem do Leszna, bo jej mąż był lekarzem w 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich, który tam stacjonował. – Gdy wojsko mówiło, że będzie wojna, mąż wysłał mnie do Słonima, który obecnie leży na Białorusi, bo tam mieszkała moja siostra i wszyscy myśleli, że na Wschodzie będzie bezpieczniej – mówi. I rzeczywiście – do wiosny 1940 r. nic jej nie groziło i najpierw pracowała jako lekarz wiejski, a potem szkolny. Owego feralnego dnia, gdy NKWD zjawiło się w Słonimie, do domu jej siostry (w którym zamieszkały z dwuletnią córką i mamą) przybiegła koleżanka, krzycząc: „Wywożą!”. – I ja, i mama mówiłyśmy siostrze, żeby nie wychodziła na zewnątrz, ale ona zawsze lubiła wszystko wiedzieć. Poszła do znajomych, których akurat pakowano i enkawudzista zapytał, gdzie mieszka. Przyszedł razem z nią, choć wtedy szukano przede wszystkim żon oficerów Wojska Polskiego... Ale jeśli nie wtedy, to i tak by nas później wywieźli albo stałoby się coś gorszego – uważa pani Irena. – Planowałam, że dojdę do granicy z Polską i wrócę do Warszawy, a przecież tam byli Niemcy. Podczas ulicznej łapanki aresztowali mojego brata, a potem go rozstrzelali – dodaje 105-latka.

    Jak sobie dam radę?

    Podróż na Syberię w zimnym, zatłoczonym wagonie trwała 6 tygodni. Wszyscy przymierali w nim głodem, dostając tylko czasem wrzątek albo kawałek razowego chleba i słoniny. – Po dotarciu na miejsce nie wiedziałam, jak ja, słaba i delikatna kobieta, dam sobie tam radę i ciągle w myślach pytałam męża, czemu go przy mnie nie ma. A on większość wojny spędził w oflagu, czyli w niemieckim obozie jenieckim dla oficerów WP – wspomina I. Weiner. Sposobem na przetrwanie na mroźnym, pełnym wilków stepie okazała się dla niej praca lekarza, dzięki której uniknęła prześladowań i wielkiego głodu. A gdy kiedyś brakowało już jedzenia, jakaś kobieta przyniosła pani Irenie wiaderko ziemniaków – z wdzięczności za okazaną jej pomoc. Żeby łatwiej było diagnozować różne dolegliwości, zaradna lekarka uczyła się kazachskich słów. Sił dodawała jej też wiara w powrót do Polski. – Dlatego nie przyjęłam sowieckiego paszportu. Wtedy pewnie nie puściliby mnie już, a ja cały czas mówiłam, że jestem Polką. I dużo się modliłam – podkreśla.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół