Nowy numer 17/2018 Archiwum

Smok przerwał recital

Jest takie miejsce, w którym hejnał mariacki słychać aż 7,5 tys. km od Krakowa, a w jego rytmie maszerują nawet jamniki... Z kolei na widok Smoka Wawelskiego niektórzy artyści nie chcą występować.

Chicago i Kraków dzieli kilka godzin lotu samolotem. Bywa i tak, że na pokład w luku bagażowym ludzie zabierają ze sobą krakowskie szopki. – Może kiedyś doczekamy się od przewoźników rabatu na te nasze dzieła sztuki – śmieje się Marek Pieprzyk, rodowity krakus z Podgórza. Od 35 lat mieszka w Stanach Zjednoczonych i należy do Towarzystwa Przyjaciół Krakowa w Chicago.

W jego restauracji o nazwie „Lutnia” znajduje się, poza Grodem Kraka, największa (prawdopodobnie) kolekcja krakowskich szopek – aż 35, a pan Marek zarzeka się, że to jeszcze nie koniec. – Ciekawe są reakcje naszych gości. Polacy, zwłaszcza pochodzący z Małopolski, znają się na rzeczy, ale Amerykanie myślą, że to jakieś chińskie katedry. Dopiero kiedy podejdą bliżej, a my wyjaśnimy szczegóły szopek, nie mogą uwierzyć, że wszystko zostało ręcznie wykonane – opowiada.

Szopki to niejedyna rzecz, która panu Markowi przypomina rodzinny Kraków. Gdy bowiem dzwoni jego telefon, wszyscy wokoło słyszą... hejnał mariacki. – Zmieniałem komórkę wiele razy, ale dzwonka nigdy. Tak już pozostanie na zawsze – mówi dumnie. Co ciekawe, dźwiękiem hejnału zaczyna się każde organizowane w „Lutni” wydarzenie.

Jedyne takie miejsce

TPK nie tylko sprowadza szopki za wielką wodę, ale i zachęca do ich wykonywania na miejscu, w Chicago, organizując konkursy dla dzieci ze szkół polonijnych. – Zawsze mamy od kilku do kilkunastu uczestników. To niedużo, ale trzeba podtrzymywać tę polską i zarazem krakowską tradycję – opowiada Jolanta Grocholska, prezes towarzystwa. – Jedna z dziewczynek, która kiedyś robiła szopkę, z wielkim zaangażowaniem szukała materiałów na ten temat w internecie. A gdy poleciała do Polski, prosiła rodziców, aby od razu odwiedzili Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, bo chciała poznać jeszcze więcej historii o szopkach – dodaje.

Zdarzyło się nawet tak, że kilka lat temu jedna z szopek wykonanych w Stanach pojechała na konkurs do Krakowa i zdobyła nagrodę w corocznym konkursie!

Towarzystwo Przyjaciół Krakowa w Chicago powstało w grudniu 1996 roku. Od początku działa w nim Bogumiła Kosina. Jak wspomina, na różnych wydarzeniach kulturalnych organizowanych przez TPK gościli m.in. Anna Dymna, Jan Nowicki, Anna Treter, Zygmunt Konieczny, Leszek Długosz, Zbigniew Wodecki i wielu innych artystów.

Wśród nich była i pewna pianistka, która nie chciała wystąpić w „Lutni”, bo przeszkadzał jej... Smok Wawelski. – Smok powstał jeszcze w Krakowie. Zrobiła go dla nas pani odpowiedzialna za scenografię w teatrze Bagatela. Gdy chciałem go przywieźć, a było to późnym wieczorem, pierwszy taksówkarz w Krakowie bardzo na mnie nakrzyczał, a drugi zapytał, dlaczego go ukradliśmy. Dopiero trzeci się zlitował, ale długo nie mógł się przestać śmiać. Byli i przechodnie, którzy żartowali: „Idzie dwóch bardzo nietrzeźwych facetów, a ten trzeci to już w ogóle jakiś taki do smoka podobny” – wspomina M. Pieprzyk i zapewnia, że smokowi moc straszenia pozostała aż do dziś.

– Kiedyś odbywał się w „Lutni” podwieczorek muzyczny. Zaproszona przez nas pianistka miała zagrać kilka utworów. Obok fortepianu stał właśnie nasz smok. Patrząc na niego, niemal po każdym utworze robiła długą przerwę. W końcu oznajmiła, że albo zabiorę tego smoka, albo ona wyjdzie. Nie ustąpiłem i do dzisiaj wspominamy, jak to Smok Wawelski zapuścił się aż do Chicago i przerwał recital pianistki – żartuje pan Marek, który planuje... zrobić smoczą jamę i organizować w niej koncerty jazzowe.

Bogumiła Kosina podkreśla z kolei, że pieniądze, które towarzystwo zarabiało na różnych imprezach, przekazywało m.in. na rzecz aktorów emerytów w Krakowie czy też na rzecz młodzieży i studentów. – Teraz nie robimy już takich dużych imprez, bo potrzeba na to dużych pieniędzy, a brakuje zarówno sponsorów, jak i chętnych do udziału w wydarzeniach. Kontynuujemy jednak działalność jako jedyny miejski klub, bo nie ma np. klubu warszawiaków czy poznaniaków – opowiada B. Kosina.

Wawel w drapaczu chmur

Od 15 lat towarzystwo organizuje też Królewską Paradę Jamników – tego samego dnia, co w Grodzie Kraka. Tyle tylko, że psy na ulice Chicago wychodzą kilka godzin później niż pod Wawelem. – Początkowo mieliśmy aż 70–80 jamników przebranych w różne stroje krakowskie. Obecnie w paradzie maszeruje ok. 30–40 psów. Impreza jednak przyjęła się i jest organizowana podczas pikniku, w którym Polonia bardzo chętnie uczestniczy – cieszy się J. Grocholska.

Trzon towarzystwa stanowi około 12 osób. Bywały chwile, że na spotkania do „Lutni” przychodziło nawet 100 osób, jednak obecnie sytuacja bardzo się zmieniła, bo wielu ludzi wyprowadziło się poza miasto.

Od samego początku działalność towarzystwa pokazuje również, że Polonia w Stanach Zjednoczonych jest błędnie kojarzona tylko z pracą zarobkową. Wśród polonusów nie brakuje społeczników. Dobrym przykładem na to są Anna i Leszek Kordylewscy, którzy do Chicago przyjechali z Krakowa w latach 80. XX wieku. To małżeństwo naukowców biologów. Leszek jest synem astronoma Kazimierza Kordylewskiego, który ma nawet swoją ulicę w Krakowie. W Chicago założył Klub Polaków „Gaudeamus”, który zrzesza polskich naukowców przebywających w Wietrznym Mieście. Anna, oprócz zaangażowania w działalność TPK, udziela się także m.in. w Fundacji Kościuszkowskiej. – Cieszy mnie to, że przyciągamy do siebie ludzi z Krakowa i że chcą być z nami, uczestnicząc w imprezach, które są naprawdę wspaniałe. I wydaje mi się, że bez tego nie potrafilibyśmy tu żyć. Bo jesteśmy z Krakowa i Kraków jest w naszych sercach – zapewnia pani Ania.

Część tego „serca” bije nawet w chicagowskim budynku... – W jednym z drapaczy chmur – Tribune Building – znajduje się fragment kolumny z zamku na Wawelu. W konstrukcji chicagowskiego wieżowca są bowiem kamienie z najróżniejszych części świata, także z Krakowa – zdradza pan Leszek. Śmieje się nawet, że ile razy jest na Wawelu, zawsze szuka tej „wyjętej” części, ale jeszcze nie znalazł żadnego brakującego fragmentu.

Nyska z Krakowa

Nieformalnym duszpasterzem Towarzystwa Przyjaciół Krakowa został ks. Mirosław Kulesa, kapłan archidiecezji krakowskiej, od ponad roku pracujący w jednej z amerykańskich parafii w Chicago. – To bardzo ważne, że ci ludzie tworzą wspólnotę. Natomiast tym, co zrobiło na mnie największe wrażenie, jest spotkanie opłatkowe, na które zostałem zaproszony jako ksiądz krakowski. Kiedy zobaczyłem całą restaurację ozdobioną szopkami, poczułem się jak w rodzinnym Krakowie – wspomina ks. Mirek.

Członkowie towarzystwa od niedawna mają jeszcze jeden powód do radości. Odkąd LOT wznowił bezpośrednie połączenie Kraków–Chicago–Kraków, chętnie podróżują w rodzinne strony, odwiedzając Piwnicę pod Baranami, filharmonię, operę czy swoje ulubione zakamarki na Kazimierzu. – Wtedy też mogę posłuchać hejnału na żywo – cieszy się M. Pieprzyk.

Warto też zauważyć, że krakusi mają w Chicago nawet polskie zabytkowe samochody, które są pomalowane w barwy narodowe. Chodzi o nyskę i żuka, które należały do jednej z krakowskich jednostek strażackich. Transport nysy za wielką wodę nie był jednak łatwy. Auto zostało uwięzione na statku. – Kiedy pojechałem odebrać kontener z samochodem, dowiedziałem się, że jest kłopot. Nyska miała iść do kasacji, bo – według Amerykanów – przebywała w ich kraju nielegalnie. Musiałem zapłacić kaucję i opłacać przeglądy oraz postój auta w magazynie bezcłowym. Kiedy samochód osiągnie wiek 25 lat, będę mógł nim w końcu wyjechać na amerykańską ulicę. To już niebawem! – cieszy się pan Marek, który zaprosił małopolskich dziennikarzy na krótką przejażdżkę po amerykańskich ulicach prawdziwą polską nyską!


Tekst powstał przy współpracy Kraków Airport, PLL LOT i Chicagowskiej Organizacji Turystycznej podczas press tour do Stanów Zjednoczonych.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma