Nowy numer 16/2018 Archiwum

3800 km małych cudów

Mateusz Marek nie kryje, że nad jego podróżą czuwała Opatrzność. – Wciąż trudno mi uwierzyć w pewne rzeczy, które wydarzyły się na szlaku – począwszy od pierwszej nocy, którą spędziłem w trzygwiazdkowym hotelu... bez płacenia. Zapytałem wtedy tylko, czy mógłbym obejrzeć mecz, który akurat rozgrywała nasza reprezentacja, a właściciel zaproponował gościnę – opowiada 20-latek. Gdy leżał już w wygodnym łóżku, nad miejscowością przeszła mocna burza. Ostatniego dnia chłopak dostał natomiast buty – w prezencie od sprzedawcy na targu w Santiago. Zobaczywszy te, w których Mateusz przyszedł z Krakowa, złapał się za głowę i pozwolił mu wybrać nowe. – Doświadczanie takich małych cudów było dla mnie dowodem na to, że Drogą św. Jakuba nie szedłem sam. Szedł ze mną Pan Bóg. Za łaskę wiary, którą we mnie wzmocnił, jestem Mu bardzo wdzięczny – zapewnia.

On szedł, a oni go pchali

Z Zakrzowa k. Niepołomic Mateusz wyruszył 1 września zeszłego roku. Myślał, że wróci dopiero przed Bożym Narodzeniem. Do Santiago doszedł jednak w zaledwie 75 dni – 13 dni spędził w Polsce, 18 – w Niemczech, 25 – we Francji i 19 – w Hiszpanii. W domu zameldował się już 22 listopada (wracał autostopem). – Przy grobie św. Jakuba uklęknąłem 11 listopada, a gdy kilka chwil wcześniej ze wzruszeniem wpatrywałem się w majestatyczną, XII-wieczną katedrę, usłyszałem słowa... piosenki „My, pierwsza brygada”. Obok mnie przechodziła wycieczka z Polski – opowiada. Na to, by uporządkować wszystkie przeżycia i podzielić się świadectwem, Mateusz potrzebował jednak kilku chwil. Zwłaszcza, że szedł w konkretnym celu, łącząc pasję (długodystansowe wędrówki) z pragnieniem dotknięcia sacrum i chęcią pomocy komuś potrzebującemu. Tym kimś była 12-letnia Julia Kołodziej, mieszkająca w Podłężu (1,5 km od domu Mateusza), chorująca na zapalenie mózgu Rasmussena (pisaliśmy o niej m.in. w numerze 40/2017 „Gościa Krakowskiego”). Idąc przez Polskę, Niemcy, Francję i Hiszpanię, chłopak opowiadał więc o dziewczynce napotkanym osobom, mówiąc, że bardzo potrzebuje ona kosztownej rehabilitacji, bo dwa lata temu musiała przejść ciężką operację odcięcia lewej półkuli mózgu. Rozdawał też ulotki z numerem subkonta Julki i z nazwą profilu na Facebooku (Pieszo dla Fundacji „Bariera”), gdzie każdego dnia zamieszczał relację z wędrówki. W ten sposób udało mu się zebrać 2550 zł (zbiórka prowadzona była w złotówkach i funtach). W porozumieniu z władzami fundacji Mateusz przekazał Julce całą kwotę dwa dni przed Wigilią Bożego Narodzenia. Takiego prezentu pod choinkę ani ona, ani jej rodzice się nie spodziewali. – Kibicowaliśmy Mateuszowi, gdy szedł do Santiago, i cieszyliśmy się, że dzięki niemu ktoś usłyszy o Julce, ale nie sądziliśmy, że podczas drogi uda mu się zebrać jakiekolwiek pieniądze. Dla nas każda złotówka ma ogromną wartość, bo Julka musi być rehabilitowana przez całe życie. Z serca więc dziękujemy – mówi Katarzyna Kołodziej, mama dziewczynki. – I ja dziękuję wszystkim za każdą wpłatę, a Bogu za to, że dał mi poznać tak wiele wspaniałych osób. Bo gdy przemierza się samotnie 3800 km, kontakt z drugim człowiekiem jest na wagę złota, a zwykłe gesty uprzejmości, choćby tylko szczery uśmiech, potrafią dodać mnóstwo energii na kolejne dni – podkreśla M. Marek i dodaje, że on tylko szedł, a do przodu pchali go wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób zaangażowali się w to przedsięwzięcie.

To ty jesteś z Polski?!

Najwięcej aniołów w ludzkiej postaci spotkał w Niemczech. Pewnego dnia szedł wieczorem przez małą miejscowość i szukał miejsca na nocleg. Wtedy zobaczył grupkę osób. Podszedł, pytając tylko, czy może podładować baterię w telefonie, a został zaproszony na kolację i dostał nocleg. A kiedy już spał, co chwilę budziły go czyjeś kroki – nowo poznani przyjaciele podrzucali mu bowiem coś na dalszą drogę. Rano zobaczył więc pokaźną liczbę czekolad i ciasteczek. Innego wieczoru wszedł natomiast do małego pensjonatu, gdzie nocleg kosztuje 30 euro. Nieśmiało zapytał, czy pielgrzym z Polski może liczyć na zniżkę i opowiedział o przeżyciach ostatnich kilku dni. Efekt był taki, że dostał pokój za „Bóg zapłać”. – Noclegu szukałem też, zaglądając do pizzerii w miasteczku Schrozberg. Pewien mężczyzna bez namysłu zadzwonił do pastora i chwilę później byłem już w domu parafialnym. Mogłem wziąć prysznic, wyprać ubrania i wziąć z kuchni wszystko, na co tylko miałem ochotę – opowiada. Również w Niemczech, gdy już zbliżał się do granicy z Francją i chciał jeszcze podbić legitymację pielgrzyma, poznał sympatyczną kobietę. Mówiła, że zazwyczaj chodzi do innego kościoła, a tego dnia, nie wiedzieć czemu, przyszła do tego, w którym Mateusz szukał księdza. Pomogła mu go znaleźć, a gdy tłumaczył, jak umiał, że idzie z okolic Krakowa, krzyknęła z radością po polsku: „To ty jesteś z Polski?!”. – Pani Grażyna zaprosiła mnie do siebie, ugotowała pyszny obiad i zaproponowała nocleg. A najpiękniejsze było to, że jeszcze wspólnie się modliliśmy. Jestem pewny, że po ciężkim dniu było mi to dane z nieba – zapewnia Mateusz.

W rytmie modlitwy

Żeby jednak nie było zbyt różowo, niektóre noce chłopak musiał spędzić pod chmurką: na ławce w parku („lepsze to niż bezsenna noc”), na półce pod mostem („to dobre strategicznie miejsce, bo osłania przed wiatrem”), w opuszczonym domu albo na łące („uważając na dzikie zwierzęta”). – Kiedyś tuż obok mojego posłania przebiegło stado dzików. Jeden spojrzał mi nawet głęboko w oczy – śmieje się Mateusz. Nie mając innego wyboru, jednej nocy spał też na twardym boisku piłkarskim. – Rano zostało mi to wynagrodzone. Gdy spakowałem się, ktoś zapytał, czy dobrze mi się spało i dokąd idę. Zaskoczony odpowiedzią, nie dowierzał, że do Santiago chcę dotrzeć sam, pieszo i po chwili zaprosił mnie na herbatę i śniadanie. Na drogę dostałem bułki i zapas rybnych konserw. Dzień nie mógł zacząć się lepiej – zapewnia pielgrzym. Dzięki takim podarunkom Mateusz nie wydał zbyt wiele pieniędzy, choć do drogi przygotowywał się przez wiele miesięcy, pracując w kilku miejscach. Do plecaka spakował natomiast tylko to, co najbardziej potrzebne (nie brał nawet namiotu – wystarczyć musiał sam śpiwór), bo im lżejszy jest bagaż, tym szybciej można iść. Najtrudniejsze były pierwsze dwa tygodnie, ale później, gdy nogi przyzwyczaiły się do mocnego tempa, dziennie pokonywał nawet 50 km. – Do dalszej drogi motywowałem się, wyznaczając sobie małe cele i dzieląc dystans na mniejsze odcinki – mówi M. Marek.

Do wysiłku najmocniej zagrzewały go jednak niesione w sercu intencje – własne, jak również powierzone mu przez rodzinę i przyjaciół, oraz przez spotkanych na szlaku ludzi. Rytm każdego dnia wyznaczała więc modlitwa różańcowa. – Rozmawiałem z Bogiem, prosząc Go o wiele spraw i dziękując za wszystko, co mi daje – także za euro znalezione chwilę po tym, jak za taką właśnie cenę mogłem kupić mały kubek kawy – opowiada pielgrzym. – Wolnego czasu miałem pod dostatkiem, więc starałem się lepiej zrozumieć samego siebie i znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Zależało mi też na tym, by nawiązać bliższą relację z Bogiem. Mam nadzieję, że choć trochę mi się to udało – uśmiecha się Mateusz. Jednym z takich przemyśleń było odkrycie, że dojście do Santiago to nie koniec drogi, tylko otwarcie nowego rozdziału w życiu. Na dobry początek pielgrzym poszedł więc dalej, kolejne trzy dni. Najpierw dotarł na Przylądek Fisterra, czyli do miejsca, które uważane było kiedyś za koniec świata. Zgodnie z wielowiekową tradycją, po dotarciu do tego skalistego wybrzeża pątnik powinien zanurzyć się w wodach Atlantyku, aby do domu wrócić obmyty z grzechów. Później dotarł też do miasteczka Muxía. Legenda głosi, że Matka Boska ukazała się tu św. Jakubowi, przypływając na kamiennej łodzi. Na wiosnę Mateusz planuje wyruszyć w kolejną podróż, jednak na razie nie chce zdradzać szczegółów. Jedno jest pewne – będzie ona dłuższa niż ta do Santiago, poza Europę. Mateusz podkreśla, że musi się do niej bardzo dobrze przygotować, także duchowo, dlatego prosi naszych czytelników o modlitewne wsparcie.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma