Chamstwo w zakrystii

ks. Jacek Stryczek

|

Gość Krakowski 05/2015

Wiem, że ten tekst nie powinien powstać.

Ale jeszcze bardziej nie powinno być chamstwa w zakrystii.

Padło na mnie, ale to nie ma większego znaczenia. Mogło się to zdarzyć komukolwiek. Piszę o sobie, ale myślę o wielu osobach, które czegoś takiego doświadczają.

Byłem po dość długiej modlitwie, w stanie wyciszenia. Wezwano mnie do zakrystii w sprawie podpisania dokumentów do ślubu, przy którym miałem gościnnie asystować.

Już w progu usłyszałem dziwne słowa. Sprowadzały się w skrócie do „opieprzenia” mnie. Znalazł się też powód, choć pozorny, by mnie upokorzyć.

Dużo młodszy ode mnie ksiądz wszedł w fazę „kazania”, dodając, że „zna moją gębę”. Chyba pierwszy raz w życiu ktoś się tak do mnie zwrócił.

Nie zamierzałem tego słuchać. Zapytałem, czy długo jeszcze ma zamiar mnie „opieprzać” i czy się zgadza, abym asystował przy ślubie.

On jednak dalej chciał nauczać. „Żebym wiedział”.

Moją początkową otwartość i rodzaj modlitewnej bezbronności zamieniłem na twardą i asertywna postawę.

Młody ksiądz po jakimś czasie nawet się zorientował, co zrobił (a może przestraszył), bo przyszedł mnie przeprosić.

Ale nie o mnie chodzi.

Chodzi o narastający antyklerykalizm, który prowokują sami księża.

Nie akceptuję chamstwa, tym bardziej w zakrystii.