Nie podsycajcie tego płomienia!

Bogdan Gancarz Bogdan Gancarz

Desperacka próba samospalenia, dokonana wczoraj w Warszawie przez mężczyznę z małopolskich Niepołomic, zmusza do kolejnego postawienia pytania o granice temperatury sporu politycznego w Polsce.

Spór polityczny jest czymś naturalnym. Dzięki niemu opozycja może ostro punktować słabe punkty rządzących, zaś rządzący mogą nie tylko odpierać zarzuty, lecz również, czując na karku oddech opozycji, dokonywać korekty swoich decyzji. Niedobrze jednak, gdy ów spór rozgrzewa się do czerwoności, rozszerzając się przy tym na kolejne, niepolityczne dotąd sfery życia. Owo rozgrzanie może bowiem doprowadzić do wybuchu płomienia, i w sensie metaforycznym, gdy pobudzony sporem Ryszard Cyba zamordował w 2010 r. pracownika łódzkiego biura europosła PiS Janusza Wojciechowskiego, i w sensie dosłownym, gdy desperat z Niepołomic podpalił się przed warszawskim Pałacem Kultury i Nauki.

54-letni mężczyzna zostawił list wyjaśniający polityczne motywy swojego czynu - wyraz radykalnego sprzeciwu wobec obecnie rządzących. "Ja, zwykły szary człowiek, taki jak wy, wzywam was wszystkich - nie czekajcie dłużej! Trzeba zmienić tę władzę jak najszybciej, zanim doszczętnie zniszczy nasz kraj, zanim całkowicie pozbawi nas wolności. A ja wolność kocham ponad wszystko. Dlatego postanowiłem dokonać samospalenia i mam nadzieję, że moja śmierć wstrząśnie sumieniami wielu osób, że społeczeństwo się obudzi i że nie będziecie czekać, aż wszystko zrobią za was politycy - bo nie zrobią" - napisano m.in. w liście. Wyliczono 15 powodów do protestu, jakby żywcem przepisanych z haseł KOD.

Desperat, który z ciężkimi poparzeniami trafił do szpitala, ponoć leczył się na przypadłości depresyjne. W takich przypadkach świat z natury widzi się na czarno. Cóż mówić o tym, gdy taka osoba jest bombardowana również przesadnie alarmistycznymi ocenami dotyczącymi sytuacji w kraju, formułowanymi nie tylko przez polityków. Tezę o tym, że w Polsce mamy już dyktaturę, postawił na przykład niedawno na spotkaniu w Jaworznie jeden z emerytowanych biskupów.

Dlatego warto zaapelować, by nie podwyższać jeszcze bardziej temperatury sporu politycznego, by nie podsycać tego płomienia, który zapłonął w Warszawie. Jest to możliwe, choć łatwe nie będzie. Na wieść o warszawskim samopodpaleniu już bowiem zareagował krakowski filozof Jan Hartman, związany niegdyś z Ruchem Palikota. "Jeśli ten człowiek umrze, nasza niemrawa i nierówna walka z reżimem PiS będzie miała nowy symbol i nowego bohatera. Stanie się odtąd poważniejsza - bo w polityce powaga jest następstwem czyjejś śmierci. I za to - niezależnie od tego, czy samobójca przeżyje, czy nie - chciałbym mu już dziś z uszanowaniem podziękować" - napisał Hartman we wpisie zatytułowanym "Podziękowania dla samobójcy", opublikowanym na blogu umieszczonym na stronie internetowej tygodnika "Polityka". Trudno pojąć, że takie słowa padły ze strony filozofa, którego specjalnością jest etyka.