Nowy numer 48/2020 Archiwum

Otwarte drzwi i serca

Światowe Dni Młodzieży. Opinie wielu uczestników poprzednich ŚDM są zgodne – nie ma lepszego zakwaterowania niż kawałek podłogi u miejscowej rodziny.

– Kiedy mnie – człowiekowi, któremu ostatnio zdarzało się przez parę miesięcy nie chodzić do kościoła – powiedzieli, że codziennie jest Msza, i to w pracy, i nie wypada się nie pojawić, pomyślałam: „gdzie ja jestem?” – opowiada Ola. Postanowiła jednak pójść do kaplicy – małej, niespecjalnie ładnej, z której przez oszklone drzwi widać stołówkę. – Ludzie zaczęli śpiewać jakąś portugalską pieśń, a ja zaczęłam płakać. Po raz pierwszy od wielu lat – opowiada. Właśnie wtedy poczuła, że choć na razie tego nie rozumie, powinna być dokładnie w tym miejscu i z tymi ludźmi. Kolejne miesiące były odkrywaniem Boga, wiary, siebie – także poprzez wielogodzinne rozmowy z Janete. – Nigdy w życiu tyle nie pracowałam, ale jednocześnie to był taki mój „inkubator wiary” – mówi dzisiaj.

Dziewczyny z miasta papieża

Pielgrzymi, którzy przyjadą do Krakowa w 2016 roku, by podczas Światowych Dni Młodzieży spotkać się z papieżem, będą rozmieszczeni w domach w niemal całej archidiecezji krakowskiej (na południe strefa zakwaterowania będzie sięgała do Rabki), a także na obrzeżach diecezji sąsiednich – kieleckiej, katowickiej, tarnowskiej. Daleki dojazd? Korki? O tym, że takie utrudnienia są sprawą drugorzędną może zaświadczyć Weronika Griszel, która podczas ŚDM w 2013 roku w Rio de Janeiro została – wraz z dwiema koleżankami ze wspólnoty „Chrystus w Starym Mieście” – zakwaterowana w faweli, czyli w okalającej miasto dzielnicy nędzy. – Po przekroczeniu granicy faweli musiałyśmy przesiąść się z autobusu do busa wjeżdżającego na jej teren. Podróż zdecydowanie nas przestraszyła – część trasy przejechałyśmy z otwartymi drzwiami, a żeby bus się zatrzymał, trzeba było w odpowiednim momencie zapukać pięścią w dach. Przez większość trasy głównym widokiem za oknem były rozrzucone śmieci. Bałyśmy się oczywiście, tym bardziej że wcześniej uprzedzano nas, żebyśmy do takich busów w żadnym wypadku nie wsiadały, bo to bardzo niebezpieczne – wspomina Weronika. Postanowiły jednak zaufać odprowadzającym ich wolontariuszom, wyznaczonym przez tamtejszą parafię.

W skromnym domu powitały ich transparenty z imionami, rozwieszona na ścianie polska flaga i niewielki, ale otoczony przez domowników wielkim szacunkiem obraz „Jezu, ufam Tobie”. Przez kolejne dni musiały zapamiętać drogę (co nie było łatwe – nawet miejscowy taksówkarz nie mógł trafić pod właściwy adres) i przełamać barierę strachu. – Zaczęłyśmy się uśmiechać do mijanych ludzi. Nie chodziłyśmy już z wzrokiem wbitym w ziemię – mówi Weronika Griszel. Trzy dni później fawelę obiegła pogłoska, że mieszkają tu trzy dziewczyny z Polski, z miasta Jana Pawła II. Każdego dnia więcej osób chciało się z nimi przywitać, dotknąć ich. – Dla nich to, że jesteśmy z Krakowa oznaczało, że chodzimy po tych samych ścieżkach co papież, po tej samej ziemi. Oni przez nas chcieli dotknąć świętości Jana Pawła II – wyjaśnia Weronika. – To świadectwo pokazało nam, jaki mamy tutaj skarb. Mieszkając w Krakowie, czasem tego nie doceniamy – dodaje. Warunki, w których przebywały, były bardzo skromne. Mieszkanie było tak małe, że córka gospodarzy, w której pokoju nocowali goście z Polski, musiała spać na podłodze w korytarzu, byle tylko ich przyjąć. Miały jednak poczucie, że ciągle ktoś na nie czeka.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama