GN 42/2020 Archiwum

Krzysztof B. - ofiara przypadkowa

Przez lata był kluczową postacią medialnej nagonki na Kościół. Gdy dzień przed Wigilią sąd ogłaszał jego niewinność, na sali nie było ani jednego dziennikarza

Krzysztof Bartuś jest jednym z najbardziej znanych rzeczoznawców majątkowych w Krakowie. Od 20 lat pełni funkcje biegłego sądowego, kierował Instytutem Analiz Monitor Rynku Nieruchomości, który regularnie publikuje szacunki dotyczące tego, ile obecnie wart jest Kraków - powierzchnie biurowe, grunty, mieszkania, a nawet zabytki. Ale Polska zna go głównie jako Krzysztofa B., zwanego także „nadwornym rzeczoznawcą Kościoła”.

Był oskarżonym w dwóch głośnych procesach, stał się (anty)bohaterem licznych publikacji, a nawet godzinnego dokumentu przygotowanego przez TVN.

Media wydały na niego zaocznie wyrok. Majątek odebrany Kościołowi przez komunistów miał jakoby wyceniać maksymalnie wysoko, a nieruchomości zastępcze tak nisko, jak się da.

Jego sprawa skończyła się dla wielu dziennikarzy w momencie postawienia przez prokuraturę takich właśnie zarzutów. Tyle, że sąd rozprawił się z nimi bezlitośnie, a człowiek żyjący przez lata z głośnym medialnym wyrokiem został uniewinniony.

Gdy dzień przez Wigilią Bożego Narodzenia 2014 roku Krzysztof Bartuś usłyszał to, co dla niego było jasne od początku, na sali krakowskiego sądu nie było jednak żadnego dziennikarza. Ani „Gazeta Wyborcza”, ani „Rzeczpospolita”, ani TVN - dla których Krzysztof B. przez lata był zwyczajnym przestępcą - nie podały informacji o uwolnieniu go od zarzutów.

W 2011 roku Krzysztof Bartuś został oczyszczony w sprawie operatu dotyczącego gruntów w Białołęce. Tym razem w sprawie wyceny nieruchomości w podkrakowskiej Rząsce, zleconej przez siostry albertynki. Sprawy nie można jeszcze uznać za zamkniętą, bo wyrok nie jest prawomocny.

Krzysztof Bartuś liczy się z apelacją, dlatego nie chce mówić o szczegółach procesu. Pragnie jedynie podziękować tym, którzy w niego nie zwątpili, zarówno w środowisku rzeczoznawców, jak i poza nim.

- Miałem wielkie wsparcie duchowe ze strony przyjaciół, rodziny, Kościoła. Siostry albertynki cały czas modliły się za mnie i ja to czułem - zapewnia. Dlatego tak łatwo było rzucić na niego podejrzenia.

 - Trafiło na Krzysztofa, mogło trafić na każdego z nas. Myślę, że stał się on przypadkową ofiarą, bo w gruncie rzeczy nie chodziło o niego, ale o Kościół. Stał się tylko elementem większej rozgrywki - ocenia Robert Zygmunt, przewodniczący Komisji Opiniującej Małopolskiego Stowarzyszenia Rzeczoznawców Majątkowych.

Historia Krzysztofa Bartusia już w najbliższym wydaniu „Gościa Niedzielnego”

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama