Nowy numer 43/2020 Archiwum

Ogromna rzeka ludzkiej krzywdy

Sybiracy. – 13 kwietnia 1940 r. przyszło dwóch oficerów NKWD i żołnierze z karabinami i bagnetami. Ta noc była początkiem naszej drogi na Syberię – wspomina Aleksandra Szemioth.

Pani Aleksandra od 1947 r. mieszka pod Wawelem, gdzie obecnie jest prezesem Zarządu Krakowskiego Oddziału Związku Sybiraków. W chwili wywózki miała 4 lata. – Ojciec i brat byli na wojnie, a ja z mamą i trzema siostrami trafiłyśmy do strasznego miejsca. Na zesłaniu spędziłyśmy 6 lat – dodaje. Jej opowieść jest jedną z ponad 600 rozmów zgromadzonych przez działające już 5. rok Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie.

„Wymierający gatunek”

Tegoroczny czerwiec jest dla jego pracowników małym maratonem. Do końca miesiąca, we współpracy ze Związkiem Sybiraków, chcą przeprowadzić 19 wywiadów z sybirakami mieszkającymi w Krakowie (na jedną rozmowę trzeba przeznaczyć co najmniej jeden dzień). 19 czerwca rozpocznie się też kolejna, 7. już misja w Wielkiej Brytanii. W Penrose w Walii historycy spędzą tydzień i zarejestrują co najmniej kilkanaście wywiadów. – Pracować będziemy od rana do nocy – zapewnia dr hab. Hubert Chudzio, twórca i dyrektor centrum, a także pracownik naukowy UP. To właśnie tu, w Instytucie Historii, ponad 10 lat temu rozpoczęła się niezwykła przygoda, o której usłyszał już prawie cały świat. Studenckie koło naukowe historyków, które prowadził wtedy dr Chudzio, nagrywało m.in. wywiady z ludźmi wysiedlonymi ze swoich domów w czasie i po II wojnie światowej czy też inwentaryzowało groby wojenne w Małopolsce. – Spotykaliśmy żywych świadków historii. W końcu zaczęliśmy zastanawiać się, co zrobić z materiałami, które gromadziliśmy – mówią Anna Hejczyk i Mariusz Solarz, młodzi naukowcy pasjonaci, którzy razem z Alicją Śmigielską w pracę centrum wkładają całe serce. Początkowo studenci tworzyli archiwum koła naukowego. Przełomem była wyprawa do Afryki – w 2009 r. pojechali do Tanzanii i Ugandy, by dokumentować i porządkować cmentarze polskich zesłańców. Po tej misji naukowej w Polsce i za granicą spotkali wielu „Sybiraków-Afrykańczyków”, którzy po podpisaniu układu Sikorski–Majski opuścili łagry z Armią Polską gen. Władysława Andersa. – Gdy wróciliśmy, zaczęli do nas dzwonić sybiracy, którzy chcieli podzielić się swoją historią. Pomyślałem, że wojenne groby mogą trochę poczekać, a ludzie czekać nie mogą. Zaproponowałem też ówczesnemu wojewodzie Stanisławowi Kracikowi i rektorowi UP stworzenie instytucji, która to wszystko ogarnie i umożliwi nam dalszą działalność – mówi H. Chudzio. 12 stycznia 2011 r. Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń do życia powołał rektor UP prof. dr hab. Michał Śliwa, a pierwszą siedzibę przy ul. Brackiej 13 udostępnił wojewoda Kracik. Tu centrum działa od 1 marca 2011 r. Z kolei 24 kwietnia 2012 r. wojewoda na potrzeby instytucji oddał przestronny, zabytkowy Fort Skotniki przy ul. Kozielnickiej 24. Od tego momentu 4-osobowy zespół historyków i wolontariusze jeszcze bardziej rozwinęli skrzydła, gromadząc bezcenne rozmowy (w formie nagrań wideo i mp3), dokumenty czy przedmioty przywiezione przez sybiraków z „nieludzkiej ziemi” i kolejnych miejsc pobytu. – Jesteśmy „gatunkiem wymierającym”. Trzeba, by studenci szybko wydobywali z nas maksimum informacji. Bo to, co przeżyliśmy, to była ogromna rzeka ludzkiej krzywdy, zgotowana Polakom przez sowieckiego okupanta. Mamy obowiązek przekazać wspomnienia kolejnym pokoleniom – przekonuje A. Szemioth.

Straszny czas

Pani Aleksandra urodziła się na północno-wschodnich krańcach Wileńszczyzny. Po 17 września 1939 r. wszystkie tereny wokół jej domu zajęci Sowieci. „Weszli też do samego domu. Zamieszkali w nim razem z nami oficerowie. Któregoś dnia zabrali mamę i nianię na przesłuchanie, a my, cztery siostry, zostałyśmy z nimi same. Bałyśmy się bardzo” – opowiada w rozmowie zarejestrowanej przez centrum w lutym 2013 r. Po kilku dniach mama i niania wróciły, ale zaczęły się rewizje i prześladowania. „Sowieci żądali wydania broni, którą tata schował, nim poszedł na wojnę. Zabrali ją i wszystko, co było w domu cennego, a nas przewieźli do domku dla pracowników rolnych (...). 13 kwietnia przyszli w nocy i kazali się pakować. Na saniach – była jeszcze zima – zawieźli nas na stację kolejową” – wspomina. Choć była małym dzieckiem, podróż zapamiętała doskonale. „To było straszne: zewsząd lament, krzyki, strach. Na pociechę śpiewaliśmy też pieśni religijne. W bydlęcych wagonach – było ich 60, a w każdym po 50 osób – jechaliśmy dwa tygodnie. Mieliśmy trochę spakowanego z domu jedzenia, ale nie za dużo. Na postojach dawali nam wiadra z okropną zupą jaglaną i gorącą wodę” – mówi. Na miejscu, w Kazachstanie, Polaków „przywitali” mieszkańcy. „Otoczyli nas i krzyczeli, że jesteśmy wrogami Związku Sowieckiego i już nigdy nie zobaczymy Polski. Ulokowali nas w baraku na zboże. W podróży nikt nie umarł, ale teraz ludzie zaczęli chorować – najczęściej na krwawą biegunkę. Moja siostra zachorowała na żółtaczkę, a dwie pozostałe musiały iść do syzyfowej pracy – w nocy, gdy brony orały ziemię, stały na nich, by patykami czyścić ich zęby z trawy” – opowiada A. Szemioth. Gdy w 1943 r. jej najstarsza siostra odmówiła przyjęcia rosyjskiego obywatelstwa, za karę trafiła do łagru. „To był straszny czas. Ścinała cedry i czyściła górską drogę z lodu. Przeżyła, choć zachorowała na tyfus. A gdy na Wigilię wraz z koleżanką zbierała okruchy chleba, ich nadzorca zauważył to i wszystko im zabrał” – wspomina. Pani Aleksandra do Polski wróciła, mając 10 lat – najpierw przyjechała do Szczecina, a potem do Krakowa.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama