Nowy numer 48/2020 Archiwum

ŚDM nie urodziły się w Rzymie

O przygotowaniach do Światowych Dni Młodzieży i powtarzających się problemach opowiada Marcello Bedeschi, członek Papieskiej Rady ds. Świeckich.

ŚDM to nie tylko spotkanie z papieżem. To także spotkanie ludzi między sobą. Co my możemy od siebie dać pielgrzymom, którzy przyjadą do Krakowa z niemal wszystkich krajów świata?

Światowe Dni Młodzieży to spotkanie przede wszystkim z Jezusem i tak pokazywali to wszyscy trzej papieże, którzy brali w nich udział. Jeśli chodzi o Polskę, Kraków, to macie tutaj dwa ważne przesłania. Z jednej strony to Boże miłosierdzie, z drugiej – źródło samych Światowych Dni Młodzieży. Jan Paweł II zawsze powtarzał, że ŚDM nie były wymyślone w Rzymie, ale zrodziły się z jego kontaktu z młodymi w Krakowie, czyli tak naprawdę to młodzi wymyślili ŚDM. To trzeba przekazać innym!

O tym można mówić podczas katechez, kazań czy wizyt w krakowskich sanktuariach. Ale co pielgrzymom mogą przekazać np. rodziny, które będą ich gościły w swoich domach?

Moje doświadczenie Polski – od pierwszej wizyty w 1972 roku, aż do dzisiaj – jest takie, że tutaj bardzo żywy jest Kościół „ludowy”. Widać ludzi, którzy naprawdę głęboko wierzą. Nie chodzi mi tylko o księży czy biskupów, ale zwykłych ludzi. Właśnie tym, tą wiarą, którą żyjecie i której jesteście pewni, możecie się podzielić z innymi. Druga rzecz, która mnie zawsze uderzała – zwłaszcza w Krakowie, Małopolsce – to ścisły związek z Europą, którego nie zagubiliście, mimo tak trudnych doświadczeń, jak II wojna światowa, faszyzm czy komunizm.

Nam po Światowych Dniach Młodzieży pozostaną materialne pamiątki – od zdjęć w albumach po pomnik ŚDM w Brzegach, nieopodal Campus Misericordiae. Na tym – miejmy nadzieję – nie koniec.

Mogę się podzielić swoim doświadczeniem z ŚDM w Denver. Kiedy pojechaliśmy tam pierwszy raz, zdaliśmy sobie sprawę, że to miasto nie ma silnych tradycji katolickich. Katolików było tam wtedy zaledwie 22–23 proc. Oprócz tego było sporo protestantów, ale także dużo grup fundamentalistycznych oraz silne środowisko homoseksualistów. Oni wszyscy – włącznie z burmistrzem Denver – byli bardzo przeciwni ŚDM. Blisko miejsca głównego spotkania mieszkała też wspólnota mormonów, negatywnie nastawionych do tego stopnia, że jeden z mężczyzn ze strzelbą pilnował, by nikt nie zbliżył się do ich terenu. Trwało to do soboty. Wtedy zobaczyliśmy, jak ta wioska, która wcześniej przypominała twierdzę, otwarła się na młodych i jak ci przeciwni temu wydarzeniu ludzie przyłączyli się do śpiewających i tańczących pielgrzymów! Miesiąc po Światowych Dniach Młodzieży pojechaliśmy do Denver z delegacją z Watykanu, żeby podomykać niektóre sprawy. Otrzymaliśmy zaproszenie także od burmistrza. Do dziś pamiętam, jak podczas obiadu, ze łzami w oczach, myśląc o uczestnikach ŚDM, powiedział: „Daliście ogromny przykład miastu. Teraz bez was czujemy się samotni”. Widać, że nawet tam, gdzie tak trudno było zorganizować Światowe Dni Młodzieży, ostatecznie przez przykład młodych, którzy spotkali się, by razem się modlić i rozmawiać ze sobą, udało się zasiać coś niesamowicie dobrego.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama