Nowy numer 39/2020 Archiwum

Ferdo idzie do Polski

W testamencie dziękował Bogu za powołanie kapłańskie i za uświadomienie, że jest Polakiem. 50 lat temu w Krakowie zmarł ks. Ferdynand Machay, proboszcz parafii mariackiej, wybitny duszpasterz, działacz społeczny i narodowy.

To postać nietuzinkowa, która wychodzi poza ramy wewnątrzkościelne. Człowiek o ogromnym znaczeniu dla odkrywania tożsamości ludzi zamieszkujących Orawę. Dla niego samego to odkrycie dokonało się przez rozszyfrowanie gwary góralskiej, którą się na co dzień posługiwał. Będąc w Krakowie w 1910 r. na 500. rocznicy bitwy grunwaldzkiej, odkrył, że mówi gwarą polską. Był to dla niego wielki wstrząs. Za tym odkryciem poszedł w zaangażowanie społeczne, quasi-polityczne. Niewątpliwie zasługuje na książkę – mówi bp Grzegorz Ryś.

Kraków był najważniejszy

Mogło być i tak, że ks. Machay umierałby jako wybitny kapłan słowacki lub węgierski. Mały Ferdo (tak w jego rodzinnych stronach zdrabniano imię Ferdynand) urodził się w 1889 r. w rodzinie góralskiej we wsi Jabłonka na Orawie. Ten mieszany narodowo teren u stóp Babiej Góry wchodził w skład Królestwa Węgier. Ferdo do szkół polskich nie chodził, bo ich tam nie było. W domu mówił po góralsku, w szkole i kościele – po słowacku, w seminarium duchownym – po węgiersku. Początkowo uważał się za Słowaka, uznającego – podobnie jak ojciec i dziesięcioro jego rodzeństwa – język węgierski za „pański”. Zaczęło się to zmieniać pod wpływem wizyt w Krakowie i kontaktów z polskimi działaczami narodowymi Julianem Teisseyrem i Janem Bednarskim. Przełom nastąpił w 1910 r., gdy wziął udział w krakowskich obchodach 500. rocznicy bitwy pod Grunwaldem, które stały się wielkim pokazem siły polskiego ducha narodowego. „Grunwald!... Kazanie Teodorowicza, Bandurskiego i liczne przemówienia na zgromadzeniach nakarmiły mą głodną i spragnioną duszę! Tłumy wysłanników z całej Polski napasły moje ciekawe oczy swym widokiem! Nabożeństwo w kościele Marjackim i odśpiewane tam hymny »Boże, coś Polskę« i »Boże Ojcze, Twoje dzieci« rozgrzały moje zimne dotąd serce” – wspominał w swojej książce – spowiedzi narodowej „Moja droga do Polski”. Wszystko to oszołomiło kleryka z Orawy i przekonało do polskości. Od tej pory pracę duszpasterską (w 1912 r. otrzymał święcenia kapłańskie) łączył z pracą narodową i społeczną. Wspierał polskość na rodzinnej Orawie. W 1919 r. jeździł z orawskimi gazdami do Paryża, by zabiegać o przyłączenie do Polski terenów zamieszkiwanych przez górali mówiących na co dzień polską gwarą góralską. Udało się to jednak tylko częściowo. W 1924 r. znalazł się w Krakowie. Redagował m.in. tygodnik „Dzwon Niedzielny”, zaangażował się w działalność Akcji Katolickiej, uzyskał doktorat, działał społecznie m.in. w Związku Górali Spisza i Orawy, wspierał materialnie uczącą się młodzież orawską, występował z projektami rozwiązania palącej kwestii agrarnej drogą radykalnej reformy rolnej. Uznaniem znaczenia pracy społecznej ks. Machaya był wybór do Senatu RP.

Autorytet i pocieszyciel

W 1937 r. został przez abp. Adama Sapiehę mianowany proboszczem parafii Najświętszego Salwatora na krakowskim Zwierzyńcu. Zostawił tu dobrą pamięć o sobie. Cmentarz Salwatorski wybrał też na miejsce wiecznego spoczynku. Ze swoimi parafianami spędził prawie cały okres okupacji niemieckiej. Podnosił ich na duchu, wspomagał materialnie. Ciężko przeżył śmierć ukochanej siostry Józefy Mikowej, nauczycielki zaangażowanej w działalność konspiracyjną i zamordowanej w 1942 r. przez Niemców po długim okresie więzienia i tortur. Dzięki wydawanym przez siebie fałszywym metrykom chrztu ratował osoby pochodzenia żydowskiego. – Urodziłam się na Zwierzyńcu. Jako dziecko znałam dobrze ks. Machaya. W 1942 r. udzielił mi Pierwszej Komunii św. Był postacią numer jeden w naszej rodzinie. Słyszałam w rozmowach rodzinnych, że ks. Machay to wybitny duszpasterz. W tej atmosferze wyrastałam. W czasie wojny był dla nas największym autorytetem i pocieszycielem. Byłam świadkiem jego niezapomnianego kazania w czasie okupacji, w którym zacytował łamiącym się głosem fragment „Inwokacji” z „Pana Tadeusza”: „Litwo, ojczyzno moja, Ty jesteś jak zdrowie. Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił”. Pamiętam nawet tembr głosu i gesty. Wówczas nie było mikrofonów, a jego mocny głos rozbrzmiewał tak donośnie, że wydawało się, iż ściany kościoła drżą. Wspomagał finansowo rodziny osób represjonowanych. Przygarnął też nauczycielską rodzinę Hajnosów, która została wyrzucona z mieszkania przez Niemców – mówi Anna Sikora z d. Banaś, emerytowany chemik z Krakowa. Jej zmarły w 1985 r. ojciec Franciszek Banaś był przedwojennym policjantem na Zwierzyńcu. W policji służył również w czasie okupacji, będąc równocześnie żołnierzem wywiadu Armii Krajowej. Współpracował z ks. Machayem przy ratowaniu Żydów. – Początkowo niewiele o tym wiedziałam. W 1983 r., przeglądając u sióstr sakramentek w Warszawie stare numery „Przewodnika Katolickiego”, przypadkowo natrafiłam na artykuł ks. Machaya „Dzieje Ireny O... .”. Rzuciło mi się w oczy nazwisko ojca. Czytałam i nie mogłam się oderwać. Ks. Machay opisywał sprawę zagrożonej śmiercią Żydówki, którą ochrzcił potajemnie, poznałam przez mojego ojca. Przeżyła wojnę. Więcej szczegółów poznałam dopiero po śmierci taty, z jego pamiętnika opublikowanego później przez Instytut Pamięci Narodowej – wspomina A. Sikora. F. Banaś otrzymał po wojnie tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, m.in. za wyprowadzenie z getta rodziny Tadeusza Jakubowicza, obecnego przewodniczącego krakowskiej Gminy Żydowskiej.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama