Nowy numer 2/2021 Archiwum

Miłość jak respirator

Nieuleczalna choroba odebrała im normalne życie. Ale Marysia i Ania, siostry z zespołem Leigha, są jak światło.

Historia Magdy i Marcina

Czy można się pogodzić z perspektywą odejścia dziecka? – Z Jezusem można być szczęśliwym, nawet jeśli jest się najbardziej nieszczęśliwym na świecie – pada po długim milczeniu odpowiedź Magdy. Marcin dodaje: – Gdy się przeżywa ból z Bogiem, to człowiek, choć to po ludzku trudne, jest wypełniony radością.

Nie skupiają się jednak na cierpieniu. Jak sami mówią, koncentrują się na miłości i na tym, że Jezus zmartwychwstał i pokonał śmierć. – Co my byśmy zrobili bez Niego? Wszystko w naszym życiu byłoby bez sensu – przekonują. Nie jest kolorowo, nie żyją euforią religijną ani sentymentami, bo doświadczenie choroby dzieci, trudów związanych z nieustanną opieką nad nimi przytłacza. – Bunty w ludzkiej sferze się rodzą. Jest zmęczenie, jest frustracja. Zawsze jednak staramy się wydobyć z siebie to, co najlepsze. Są gorycz i smutek, ale łaska Boża sprawia, że to miłość jest najważniejsza – precyzuje Marcin.

– Otaczają nas dobrzy ludzie. W szkole Marysi są wspaniałe nauczycielki, wspierają nas pani doktor, pielęgniarka, opiekunka dziewczynek. Czujemy się „zaopiekowani” przez sąsiadów i gminę – wymienia Magda. Wspierają ich proboszcz z Mogilan i cała wspólnota. Rodzina czuje się przygarnięta przez nich i otoczona miłością. – Dla nas to tak, jak respirator dla dziecka. Pomaga nabrać trochę oddechu – dodaje Marcin.

Nie myślą o przyszłości. – Skupiamy się na dniu, który jest. Staramy się dać dzieciom jak najwięcej miłości, żeby nie myślały o chorobie i czuły się szczęśliwe – wyjaśniają. Czasem myślą, że ich dzieci przyszły na świat po to, by przez nie objawiały się dzieła Boże. I opowiadają o policjancie, który kiedyś zatrzymał ich, gdy przekroczyli prędkość, i na widok Marysi, jej respiratora, całego sprzętu do intensywnej terapii w samochodzie wzruszył się i, biorąc dziewczynkę za rękę, opowiedział historię swojego poplątanego życia. Albo o mężczyźnie, który przyszedł z żoną na niedzielną Mszę św. i wciąż bluźnił. Stał tak blisko, że Marysia słyszała jego słowa. Gdy doszło do przekazania znaku pokoju, podjechała do niego na wózku i wyciągnęła dłoń. Przytulił ją i zaczął płakać. Jej rodzice wiedzą, że Marysia coś w ludziach otwiera. – W całej trudnej historii naszego życia Jezus wciąż pokazuje, że jest obecny. On przyszedł na świat do takich jak my – podsumowuje Magda.•

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama