Nowy numer 43/2020 Archiwum

Gdy wstawał z kolan, ważny był człowiek obok

– Papież miał świadomość, że cały jest w Bożych rękach, i to było źródłem jego wielkiej pokory. Był zanurzony w Bogu i gdy się modlił, zdawało się, że jest nieobecny, skupiony na rzeczywistości dla nas niedostępnej – opowiada kard. Stanisław Dziwisz, najbliższy współpracownik św. Jana Pawła II, w 100. rocznicę jego urodzin.

Magdalena Dobrzyniak: W niełatwych warunkach przychodzi nam obchodzić papieski jubileusz. Miały być pielgrzymka narodowa, wielkie obchody w Wadowicach i Krakowie, wiele okazji do przypomnienia życia i nauczania Jana Pawła II. Jest Ksiądz Kardynał rozczarowany, że tę historyczną rocznicę wspominamy inaczej, niż planowaliśmy?

kard. Stanisław Dziwisz: To nie rozczarowanie, ale ból serca wynikający z sytuacji, w jakiej się wszyscy znaleźliśmy. Jesteśmy uczestnikami cierpień i lęków, które trudno było sobie wcześniej wyobrazić czy przewidzieć. Doświadczamy niepewności, zachwiało się nasze poczucie bezpieczeństwa. Przyszło nam zmagać się z nieznanym. Widzimy płaczące rodziny, cierpiących chorych, ludzi, którzy z dnia na dzień stracili pracę. To są realne i bardzo trudne sytuacje. Do cierpień bytowych i tych związanych z zagrożeniem zdrowia i życia dochodzą także cierpienia duchowe, wielka tęsknota do wspólnoty Kościoła i pełnego udziału w życiu sakramentalnym. Na naszych oczach świat, jaki dotąd znaliśmy, zmienił się radykalnie. Trudno myśleć o 100. rocznicy urodzin św. Jana Pawła II w oderwaniu od tych okoliczności.

W sytuacjach kryzysowych człowiek zadaje sobie pytania o sens cierpień, o przemijanie, o źródła nadziei. Znajdziemy je u Wojtyły?

Oczywiście. Życie papieża nie było sielanką. Wcześnie stracił najbliższą rodzinę, na jego młodości cieniem położyła się okupacja hitlerowska, później zniewolenie komunistyczne. To były doświadczenia, które niewątpliwie ukształtowały osobowość przyszłego papieża i jego wrażliwość. Warto o tym dziś pamiętać i naśladować go w wytrwałości, wierności Bogu i pogodzie ducha, bo przecież – choć odebrał wiele ciosów od życia – papież miał ogromne poczucie humoru i był człowiekiem radości. W sytuacji pandemii, gdy zmagamy się z czymś, co nas przerasta, trzeba szukać źródeł nadziei. To źródło wskazał sam Jan Pa- weł II, gdy konsekrował nową bazylikę w krakowskich Łagiewnikach. Jest nim Boże miłosierdzie i prosta modlitwa zawierzenia: „Jezu, ufam Tobie!”. „Jak bardzo dzisiejszy świat potrzebuje Bożego miłosierdzia! Na wszystkich kontynentach z głębin ludzkiego cierpienia zdaje się wznosić wołanie o miłosierdzie” – mówił wtedy papież i te słowa nabierają dziś nowej głębi. W miłosierdziu Boga jest nasza nadzieja.

Jubileusz, a także rozpoczęty kilka dni temu proces kanonizacyjny rodziców Karola Wojtyły zwracają naszą uwagę na dom, w jakim wyrastał przyszły papież. Ksiądz Kardynał od kilku lat mówił o pragnieniu, by droga na ołtarze została dla najbliższych papieża otwarta. No i stało się.

To był dla mnie bardzo wzruszający dzień, ważny również dla wszystkich, którzy uważają, że rodzice papieża byli świętymi ludźmi. Takich głosów, przynaglających do otwarcia procesu, było ostatnio wiele. Musimy też pamiętać o wyjątkowości tego procesu, a właściwie dwóch osobnych – dla Emilii i Karola. Nieczęsto się bowiem składa, że kandydatami na ołtarze stają się najbliżsi już kanonizowanych świętych. To nam uświadamia, jak wielki wpływ na osobistą świętość Jana Pa- wła II miał klimat rodzinnego domu. Papież, poprzez swoje pisma i wypowiedzi, będzie zresztą świadkiem w procesach swoich rodziców.

Ojciec Święty mówił kiedykolwiek o możliwym otwarciu drogi na ołtarze dla Emilii i Karola seniora?

Nigdy wprost. Był jednak przekonany o ich świętości. Szczególnie silna duchowa więź łączyła go z ojcem, który, można powiedzieć, był dla niego nauczycielem wiary. To on nauczył go modlitwy do Ducha Świętego, prowadził do Matki Bożej Kalwaryjskiej, nałożył synowi szkaplerz karmelitański. Ważniejsze jednak niż nauka było świadectwo życia Karola seniora. Jego syn często go widział nocą, klęczącego na modlitwie. Sam potem przejął ten zwyczaj. Wielokrotnie byłem świadkiem długich nocnych modlitw papieża. O matce nie mówił wiele, choć pamiętał, jak składała jego dziecięce ręce do pacierza. Zmarła przedwcześnie, i to z pewnością zostawiło bolesny ślad w jego sercu. Miał zawsze przy sobie jej medalion, najcenniejszą pamiątkę, jaka mu po niej została. Na biurku Ojca Świętego stały małe portreciki rodziców, ich zdjęcie ślubne.

Można o nich powiedzieć „święci z sąsiedztwa”?

Niewątpliwie. Byli heroiczni w swojej zwyczajności. Wiedli proste, normalne życie, byli lubiani przez sąsiadów, borykali się ze zwykłymi sprawami wielu polskich rodzin tamtego czasu. W ich historię wpisały się jednak również dramatyczne momenty: śmierć córeczki, trudna ciąża Emilii z Karolem, jej podupadające zdrowie i śmierć w młodym wieku. Potem heroiczna śmierć starszego syna Edmunda. Wobec tylu nieszczęść wiara niejednego pobożnego człowieka mogłaby się załamać i zmienić w złorzeczenie. Ale oni wytrwali, ufając bezgranicznie Bożej opatrzności, szukając w trudnych chwilach pociechy i wsparcia u Matki Bożej, modląc się nieustannie.

Jednym słowem, droga do świętości papieża rozpoczęła się już w Wadowicach?

I można powiedzieć, że jego świętość staje się poniekąd dowodem świętości tej rodziny. Małżeństwo Emilii i Karola musiało być niezwykłe, skoro wychowali dwóch ponadprzeciętnych synów, z których jeden jako lekarz oddał młode życie za chorą pacjentkę, a drugi został wielkim papieżem, którego posługa zmieniła Kościół i w dużej mierze świat.

Ten wielki papież był też jednak zarazem skromnym, serdecznym człowiekiem. Jak udawało mu się godzić wielkość misji, którą pełnił, z tą zwyczajnością, której świadkiem przez wiele lat był Ksiądz Kardynał?

To było zupełnie naturalne. Papież miał świadomość, że cały jest w Bożych rękach, i to było źródłem jego wielkiej pokory. Był zanurzony w Bogu i gdy się modlił, zdawało się, że jest nieobecny, skupiony na rzeczywistości dla nas niedostępnej. Kiedy jednak wstawał z kolan, był skoncentrowany na człowieku, który jest obok niego, poświęcał mu całą swoją uwagę. Przy tym nie tworzył barier. Był jak ojciec, interesował się naszymi prozaicznymi sprawami, pamiętał o naszych rodzinach, troszczył się o nas. To bardzo charakterystyczny rys jego świętości. Człowiek był dla niego ważny.

A czy on sam nadal jest ważny dla człowieka? Pytam o to, czy odpowiednio mierzymy się z jego dziedzictwem?

Przychodzi do mnie wiele osób, dla których św. Jan Pa- weł II jest kimś bliskim, kimś, kto realnie wpłynął na ich życie. Ludzie opowiadają o cudach, jakie dzieją się za jego wstawiennictwem, zwłaszcza o uproszonym potomstwie czy odzyskanym zdrowiu. Jednak jest też wiele dowodów na to, że papież inspiruje do dobra. Powstało sporo inicjatyw, które wyrosły z jego nauczania, są środowiska, nie tylko naukowe, które zajmują się jego dorobkiem. Są fundacje, szkoły, szpitale, uczelnie, parafie i sanktuaria, wspólnoty i instytucje, które obrały go sobie za patrona i podchodzą do tego poważnie, traktując jako życiowe zobowiązanie. Wiele dzieje się w środowiskach parafialnych, małych ojczyznach. To są sprawy, które nie zajmują medialnych nagłówków, ale one naprawdę zmieniają naszą rzeczywistość.

Czy papież daje nam uniwersalną receptę na świętość? Możemy dziś, po stu latach od jego narodzin, wciąż go naśladować?

Uniwersalna recepta na świętość zawarta jest w Ewangelii, a ona jest ponadczasowa. Papież głosił Dobrą Nowinę swoim życiem i niestrudzoną służbą w Kościele Bogu i drugiemu człowiekowi. Drogę do świętości wyznacza miłość, jest więc ona dostępna każdemu, kto nazywa się uczniem Chrystusa. Możemy i powinniśmy naśladować Jana Pawła II w jego wierności Ewangelii, w jego modlitwie, cierpliwym znoszeniu cierpień, a nade wszystko – w bezgranicznym, wręcz dziecięcym zaufaniu Bogu. To najpewniejsza i najskuteczniejsza recepta na świętość.

Co nam powinno zostać po tych nadzwyczajnych obchodach papieskiego jubileuszu?

Jubileusze są ważne, bo dzięki nim doceniamy otrzymane dary i możemy też pytać o to, jak je wykorzystujemy. Bardzo bym chciał, abyśmy właśnie w ten sposób przeżyli 100. rocznicę urodzin Karola Wojtyły. Niech to będzie czas refleksji, może rachunku sumienia? W naszej rzeczywistości wciąż wiele jest do naprawy. Pogłębiające się podziały w społeczeństwie, wyzwania, których dostarcza nam świat – to wszystko wymaga nowego spojrzenia, modlitwy i zaangażowania. Oby czas jubileuszu był też impulsem do sięgania po nauczanie Jana Pawła II, wciąż żywe i aktualne. I oby skłonił nas do wytrwałej modlitwy do Boga za jego pośrednictwem. Doświadczam jej skuteczności, bo papież towarzyszy mi na co dzień. Jemu powierzam wszystkie sprawy Kościoła i Polski, i wiem, że on nas prowadzi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama