Nowy numer 42/2020 Archiwum

Ziuta odeszła

Należała do pierwszego pokolenia redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Była autorytetem dla dziennikarzy, uwielbiali ją czytelnicy. Pozostaje symbolem zaangażowania i wrażliwości, miłości do Kościoła, który może boleć.

Odchodziła powoli, z pokorą przyjmując niedogodności podeszłego wieku. Traciła wzrok, stopniowo opuszczały ją siły, ale nie było to dla niej powodem buntu. „Nie ma na to żadnej rady, poza tą jedną, przyjąć fakt, ale prosić Boga, żebyśmy nie robili z tego problemu” – pisała jeszcze niedawno.

Słowo jest sprawą ważną

Ksiądz Adam Boniecki zwraca uwagę, że Józefa Hennelowa to przedostatni z żyjących redaktorów „Tygodnika Powszechnego” sprzed 56 lat, którzy przyjęli go do swojego grona. „Zostaliśmy dwaj: Stefan Wilkanowicz (lat 96) i ja, młodszy o dziesięć lat od Stefana” – pisze, żegnając ją na łamach pisma, któremu poświęciła całe dorosłe życie. „Pani redaktor, pani posłanka Józefa Hennelowa, pani Ziuta, pani Józefa, a dla mnie i dla wszystkich tu w redakcji Ziuta, niezależnie od różnych wydarzeń – Bliski Człowiek” – wspomina redaktor senior.

Pracę w „Tygodniku” rozpoczęła w 1948 r. i przeszła tam wszystkie stopnie redaktorskiego wtajemniczenia. Była adiustatorką i korektorką, dziennikarką, sekretarzem redakcji i – do 2012 r. – zastępcą redaktora naczelnego. Koledzy po piórze cenili ją za wysoko stawianą poprzeczkę i wierność etosowi dziennikarskiemu. „Czytelników i nas, młodszych redaktorów, uczyła odpowiedzialności za słowo, dystansu wobec patosu, zainteresowania pozornymi drobiazgami codzienności, za którymi zawsze stała wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka” – pisali po jej śmierci.

Ona sama podczas spotkania z okazji swoich 90. urodzin mówiła, że „słowo jest sprawą ważną, precyzyjną i istotną”. „Właśnie w słowie kryje się wyzwanie i odpowiedzialność. Obrona przed spadkiem odpowiedzialności za słowo jest absolutnie kwestią życia i śmierci tego zawodu” – podkreślała. Jej felietony ukazywały się od 1982 r. w cyklach: „Rubryka rodzinna”, „Na co dzień i od święta”, „Widziane z domu”, „Z domu i nie tylko”, „Votum separatum”, „Na marginesie” i „Listy do redakcji”. Opublikowała tomy „Niedowiarstwo moje” oraz „Otwarty, bo powszechny. O Kościele, który może boleć”. Niemal do ostatnich dni życia pisała minifelietony w internetowej rubryce „Tu i teraz”.

Kościół był dla niej domem

Wilno, skąd pochodziła, było dla niej zawsze ważnym i bardzo osobistym tematem. Z czułością wspominała katedrę, uniwersytecki kościół św. Jana, Ostrą Bramę i nabożeństwa majowe w kościele św. Michała, gdzie długi czas duszpasterzem był ks. Michał Sopoćko, kierownik duchowy św. Faustyny. Po latach pisała: „Chciałabym usłyszeć wielkanocne Kyrie i wielkosobotnie Exsultet. I jeszcze początek Litanii do Matki Boskiej śpiewany w Ostrej Bramie w Wilnie, bo tylko tam śpiewają tę melodię tak, jak trzeba”.

W czasie II wojny światowej Józefa, wówczas Golimont, należała do Szarych Szeregów. Brała udział w tajnym nauczaniu, studiowała na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. W roku 1946 wraz z innymi repatriantami pojawiła się w Krakowie, który stał się jej drugą małą ojczyzną. Tu ukończyła studia, tu pracowała. Tu związała się z fizykiem Jackiem Hennelem. Nauk przedślubnych udzielał im ks. Karol Wojtyła, on też błogosławił ich małżeństwo w kościele Bożego Ciała. Przyszły papież chrzcił dzieci Hennelów: Agnieszkę, Teresę i Franciszka. Na 50-lecie małżeństwa napisał list. „Nie było nigdy żadnej wątpliwości, że on stoi bez porównania bliżej Pana Boga niż my. Nawet nie tyle był przewodnikiem, co ułatwiał poczucie bliskości Pana Boga” – mówiła w jednym z wywiadów.

Była zaangażowana społecznie, walczyła piórem o wolną Polskę. W 1989 r. weszła w świat polityki, była posłanką. „Działacz katolicki powinien poszerzać przestrzeń chrześcijańskiego dobra. Nie powinien on jednak czynić tego ani kosztem pluralistycznej wspólnoty, ani drogą obchodzenia obowiązującego prawa. Dobro zakorzeniane nieczystymi metodami przestaje automatycznie być dobrem” – uważała. – Była prawdziwą chrześcijanką, bez fałszywej pobożności i dogmatyzmu – wspomina publicystka Marta Szostkiewicz, która przez ostatnie 4 lata co tydzień odwiedzała J. Hennelową. – Trudno mi się pogodzić, że już nie przyjdę, jak co środę, do niej, że nie przeczytam jej na głos kolejnego tekstu, że nie będziemy rozmawiać o tym, co w polityce, w Kościele, w świecie, w życiu... – dodaje.

– Kościół był dla niej domem, ale równocześnie nie zamykała oczu i bardzo przeżywała wszystkie złe rzeczy, które w Kościele się dzieją, i starała się, na ile mogła, temu zaradzać i szukać dróg wyjścia – wspomina prezes wydawnictwa Znak Henryk Woźniakowski. „Musimy na nowo odczytać misję Dobrej Nowiny w świecie współczesnym, zmieniającym się w sposób tak gruntowny, że nie można dłużej udawać, iż wystarczają nam dotychczasowe odpowiedzi” – pisała pół wieku po Soborze Watykańskim II, podkreślając: „Tu chodzi o próbę innego rodzaju – próbę bycia wewnątrz Kościoła, bycia nim, mimo że to może być Kościół, który boli. Boli, jeśliby prawda nie była przez niego broniona albo tak wymieszana z fałszem, że trudno byłoby je rozróżnić; kiedy by milczał, choć powinien mówić; kiedy by nie nazywał złem tego, co nim jest, a dobra nie uznawałby na czas... Wciąż jednak jest to mój Kościół i czuję się jego częścią”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama