Nowy numer 49/2020 Archiwum

Kapłaństwo przekraczające granice

O formacji księży, którzy przygotowują się do posługi w Stanach Zjednoczonych, opowiada ks. dr Mariusz Gajewski, rektor Wyższego Seminarium Duchownego Świętych Cyryla i Metodego w Krakowie.

Miłosz Kluba: Seminarium, którego jest Ksiądz rektorem, przygotowuje kleryków do kapłaństwa i pracy w Stanach Zjednoczonych. Jak powstało?

ks. dr Mariusz Gajewski: W 1885 r. w Detroit, w stanie Michigan, zostało założone seminarium, w którym mieli się formować kapłani posługujący później w polsko-amerykańskich wspólnotach emigracyjnych. Pierwszym rektorem był ks. Józef Dąbrowski. W 1909 r. seminarium zostało przeniesione do miejscowości Orchard Lake, ok. 45 km od Detroit, i tam mieści się do dzisiaj. W Polsce najpierw działały jego „punkty powołaniowe”, a kilkanaście lat temu udało się stworzyć seminarium. Od początku działa ono w Krakowie – najpierw przy ul. Łanowej, a od nieco ponad dwóch miesięcy – przy sanktuarium św. Jana Pawła II.

Jak wygląda formacja?

W Krakowie klerycy spędzają pierwsze dwa lata. Ten krakowski etap to przede wszystkim czas studiów filozoficznych i rozeznawania powołania – dość specyficznego, bo związanego z posługą daleko od domu rodzinnego, misyjnego. Kandydaci dość często pytają, czy już na zawsze stracą kontakt z rodziną i przyjaciółmi. A ja zawsze powtarzam, że nie. Ameryka, licząc w kilometrach, faktycznie jest daleko, ale świat się „skurczył”, samoloty latają. Lot z Ameryki do Polski zabiera często mniej czasu niż jedzie pociąg z południa Polski do Gdańska. Kolejny ważny etap odbywa się już w USA. Klerycy wyjeżdżają do Stanów Zjednoczonych do – jak to nazywam – seminarium-matki na dalszą część formacji i studiów teologicznych.

Czym jeszcze pobyt w Waszym seminarium różni się na przykład od klasycznego seminarium diecezjalnego w Polsce?

Duża część zajęć, w tym modlitwy i Eucharystia, są w języku angielskim. To dla nas ważna sprawa. Co więcej, staramy się celebrować ważniejsze daty związane z kulturą amerykańską, jak choćby Święto Dziękczynienia.

Dobra znajomość języka angielskiego – nie tylko w wydaniu szkolnym czy akademickim, ale duszpasterskim – otwiera chyba duże możliwości? Nie tylko jeśli chodzi o wyjazd do Ameryki, ale pracę misyjną czy ewangelizację w internecie.

Język zawsze otwiera nowe pokłady możliwości. To jest nowy świat, drugie (albo i trzecie) życie. Wszystko jest wtedy otwarte – komunikacja, nowe kultury, ludzie. Formacja w seminarium przygotowuje alumnów do pracy w wielokulturowych środowiskach. Staramy się patrzeć na Kościół maksymalnie szeroko, tak, aby każdy mógł odnaleźć w nim swój dom i nikt nie czuł się z niego wykluczony. Ja też staram się naszym seminarzystom pokazywać maksymalnie szerokie spojrzenie, mając świadomość, że Kościół jest różnorodny. Nie „inny” – nie lubię tego słowa. Kościół jest jeden, choć przeżywany w różnych perspektywach. Studia teologiczne są dobrym tego przykładem. Gdy studiowałem teologię na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, często zauważaliśmy, że na naszych zajęciach czyta się dużo dokumentów kościelnych, a na egzaminy trzeba było się często uczyć bardzo dokładnie, co znajduje się w danym punkcie wybranego dokumentu. Seminarzyści z Polski są świetni w dogmatyce i liturgii, na które kładzie się silny nacisk podczas tutejszych studiów. W Ameryce natomiast podczas studiów teologicznych, jak zauważa wielu, duży nacisk kładziony jest na kwestie społeczne i kulturowe. To cały czas jedna teologia, ale są różne podejścia do jej studiowania. Powiedziałbym, że to właśnie jest jej bogactwo.

Formują się tutaj kandydaci na kapłanów z całej Polski?

Tak, niezależnie od diecezji, z której pochodzą. W zeszłym roku mieliśmy też dwóch kandydatów polskiego pochodzenia z Niemiec. Do naszego seminarium zgłaszają się również kandydaci z Ukrainy i innych państw.

Seminarium w Orchard Lake też ma taki międzydiecezjalny charakter?

Dokładnie tak, finalnie nasze seminarium daje możliwość aplikacji do właściwie każdej amerykańskiej diecezji. Tak jest zresztą z większością seminariów w USA, które przygotowują kapłanów dla różnych diecezji. Nie ma możliwości, żeby każda z nich miała swoje własne seminarium. Nasi klerycy po roku lub dwóch wybierają, gdzie chcieliby trafić. Wtedy rozpoczynamy procedurę takiego transferu.

Jak to wygląda?

Każda diecezja ma specjalnie delegowanego księdza, tzw. powołaniowca. W jego gestii jest wsparcie procesu afiliacji kleryka do diecezji. Bywa tak, że sam biskup chętnie spotyka się z naszym klerykiem. To jest ważne w Stanach, że biskupi rozmawiają nie tylko z księżmi, ale też z klerykami. W wielu diecezjach, przygotowując księżom aplikaty do parafii, spotykają się oni wcześniej z każdym ze swoich księży. Słyszę często od kleryków lub księży, którzy wyjechali do USA, że są zdziwieni, iż biskup do nich zadzwonił, zaprosił ich na lunch, aby porozmawiać. Po spotkaniu z powołaniowcem i przejściu odpowiedniej procedury kleryk może wyjechać do wybranej diecezji na święta, żeby zobaczyć, jak wyglądają parafie, poznać księży, ludzi. Dzięki temu mogą wejść później w coś, co już znają. Ten ludzki wymiar też jest przecież istotny.

Czym Ameryka zaskakuje kleryków i młodych kapłanów?

W Stanach widzimy silną obecność osób świeckich w Kościele, aktywnie zaangażowanych w życie parafii. Nie mam na myśli tylko rady parafialnej. W parafii w New Jersey, gdzie pracowałem, oprócz rady parafialnej mieliśmy osobne gremium od spraw duszpasterskich – to było kilkanaście osób, osobne od spraw ekonomicznych, inne od spraw edukacji i katechezy. Gdyby policzyć wszystkich zaangażowanych w życie wspólnoty, byłoby kilkaset osób. W tej parafii doliczyliśmy się ponad 60 różnych grup, łącznie z tymi, którzy byli odpowiedzialni za witanie i żegnanie każdego, kto przychodził na Mszę św. w niedzielę. Kiedyś pomyślałem, że jest więcej osób czynnie zaangażowanych w oprawę, przygotowanie i prowadzenie liturgii niedzielnej niż tych, którzy tylko przychodzą i siadają w ławce.

Brzmi dobrze.

Świetnie! W Polsce mamy trochę tak, że ludzie oczekują, iż proboszcz i wikary wszystko zrobią. Ale i to powoli się zmienia.

Z drugiej strony to wymaga też otwartości księży, zdania się w jakiejś części na decyzje świeckich.

Potrzeba też przygotowania. Nie jest tak łatwo zaprosić świeckich do pewnych czynności, jeśli oni nie są do tego przygotowani. Charakterystyczna dla Kościoła amerykańskiego jest też właśnie formacja liderów parafialnych, przygotowywanie ich do posługi. Jeżeli mówimy o katechizacji, to to muszą być osoby, które są do tego merytorycznie przygotowane i dobrze to czują. W grupie odpowiadającej za ekonomiczną stronę życia parafii powinni znaleźć się ludzie znający się na ekonomii, inwestowaniu, którzy wiedzą, jak zarządzać budżetem, aby parafia mogła realizować swoją misję ewangelizacyjną i katechetyczną. Nie można też uogólniać i mówić, że „w całej Ameryce tak jest”. To zbyt duży, różnorodny kraj. Zdarzają się, niestety, również nadużycia związane m.in. ze zbyt aktywną obecnością świeckich i z powierzaniem im bardzo wielu zadań w życiu parafii.

Jaka jest rola księży w parafii, w której tyle rzeczy przejmują świeccy?

W USA świeccy angażują się w życie Kościoła, bo czują, że parafia to oni. Od kapłanów oczekują przede wszystkim sprawowania liturgii i sakramentów, odwiedzin chorych, bycia z osobami, które potrzebują wsparcia duchowego. Bycie z ludźmi jest priorytetem posługi kapłanów, mniej oczekuje się od nich, aby byli budowniczymi, specjalistami od remontów itp.

Co do wspólnot amerykańskich mogą wnieść księża z Polski?

Tym, którzy zastanawiają się nad wstąpieniem do naszego seminarium, mówię, że w USA bardzo potrzeba księży. Amerykanie są bardzo wierzący, ale kapłanów jest mało. Polacy z kolei mają bardzo duże zdolności adaptacyjne, wchodzą w dialog z ludźmi, są tam przez to bardzo cenieni. Mamy również własne, bardzo bogate doświadczenie wiary, parafii, Kościoła, którym możemy się śmiało dzielić. Pamiętam, jak byłem młodym księdzem i wyjeżdżałem do USA. Spotkałem się z kard. Franciszkiem Macharskim, wtedy mieszkał już u sióstr albertynek. Poprosiłem go, żeby powiedział mi coś „na wyjazd”. Po chwili milczenia w swoim stylu, enigmatycznie, powiedział do mnie: „Myśmy tego nie wymyślili”. Zacząłem się zastanawiać, o co chodzi. Po chwili ciszy kardynał kontynuował: „Brat Albert, s. Faustyna, św. Stanisław. To jest nasze dziedzictwo. Niech ksiądz to weźmie ze sobą jako program. Żywi ludzie, prawdziwe historie spotkania człowieka z Bogiem. Nic wymyślonego za zielonym obrusem”. Te słowa bardzo zapadły mi w pamięć. Często, kiedy myślimy o ewangelizacji, staramy się wymyślać jakieś atrakcje dla młodych, szkolenia, warsztaty, nowoczesne projekty z wykorzystaniem mediów i technologii. I to często nie działa albo działa powierzchownie. Tymczasem – jak zrozumiałem kardynała – bogactwem nas, Polaków, jest doświadczenie Kościoła świętych, Kościoła z tysiącletnią tradycją, który wyrósł na doświadczeniu i życiu konkretnych ludzi, a nie w bibliotece. Rekrutacja do Wyższego Seminarium Duchownego Świętych Cyryla i Metodego jeszcze trwa. Wszystkie szczegóły można znaleźć na stronie www.wsd-scm.pl.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama