Nowy numer 44/2020 Archiwum

Ostrożnie ze „specjalistami”

– Chaos informacyjny w sprawie epidemii powoduje, że dochodzi do podważania autorytetów – uważa prof. Krzysztof Pyrć, wirusolog i biotechnolog, kierownik Pracowni Wirusologii i Laboratorium Wirusologicznego BSL3 ViroGenetics w Małopolskim Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Monika Łącka: Każdego dnia w Małopolsce potwierdzanych jest od kilkudziesięciu do ponad 100 nowych zachorowań na COVID-19. W sumie w naszym województwie zakażonych jest ponad 9 tys. osób, a wyzdrowiało ponad 7 tys. Równocześnie przybywa tych, którzy podważają istnienie wirusa. Z czego to wynika?

Prof. Krzysztof Pyrć: Trudno mieć pretensje do osób, które – nie mając odpowiedniej wiedzy – myślą w taki sposób. Moim zdaniem, jest kilka przyczyn takiej sytuacji. Po pierwsze, obraz pandemii w okresie letnim zmienił się – śmiertelność na całym świecie spadła, podobnie jak i liczba ciężkich przypadków. Ludzie zaczynają więc mówić (zgodnie z logiką), że mieli tylko gorączkę, gorzej czuli się przez dwa tygodnie i nic ponadto się nie wydarzyło. Po drugie, w mediach pojawia się dużo „specjalistów”, którzy podpierają się tytułami naukowymi czy instytucjami naukowymi, w których pracują, i publicznie wygłaszają swoje teorie. Nie wiem, czy celowo i świadomie kłamią, czy też brakuje im wiedzy i dlatego twierdzą, że wirus zniknął, że jesteśmy naturalnie odporni albo że Polacy są mniej wrażliwi na zakażenie. Zachowanie takich osób wydaje się mocno nieetyczne, a chaos informacyjny powoduje, że dochodzi do podważania autorytetów w danej dziedzinie. Nie dziwię się więc tym, którzy mają wątpliwości w sprawie pandemii i pytają, jak to jest, że jeden profesor ma rację, a inny nie.

Wśród tych „specjalistów” są m.in. dr Zbigniew Martyka z Dąbrowy Tarnowskiej i prof. Ryszarda Chazan z Warszawy, którzy przekonują, że śmiertelność w przypadku COVID-19 wynosi ułamek procenta.

Nie wiem, skąd wzięli oni takie dane, ale jest to tyle samo warte, co teoria, że pandemia jest wtedy, gdy śmiertelność wynosi 12 proc. W Polsce śmiertelność (bez względu na obecność chorób współistniejących u zmarłych) wśród wykrytych przypadków wynosi 2,7 proc., w Małopolsce – 1,8 proc., a na całym świecie – ok. 3 proc. Są też państwa, gdzie sięgała ona kilkunastu procent. Teraz, w okresie letnim, te liczby spadły. Chcę jednak podkreślić, że realną śmiertelność będzie można ocenić dopiero, gdy pandemia się skończy. Teraz jest to ryzykowne, ponieważ dużo osób dopiero zaczyna chorować (choćby tylko w Małopolsce) i nie wiemy, jak to chorowanie się skończy. To, co wiemy na pewno, to to, że śmiertelność będzie większa nawet o kilka rzędów wielkości niż w przypadku grypy.

Choć obraz epidemii zmienił się, to nie ma żadnych przesłanek, aby twierdzić, że w sezonie jesienno-zimowym nie nastąpi ponowna zmiana i nie wróci ciężki przebieg zakażenia?

Wirus SARS-CoV-2 nie jest wirusem sezonowym i nie znika, a zimą nasza odporność jest osłabiona. Dodatkowo na funkcje układu oddechowego działają też wtedy smog czy suche powietrze w ogrzewanych pomieszczeniach. A w czasie, gdy dużo osób gorączkuje i ma objawy zakażenia, odróżnienie na pierwszy rzut oka COVID-19 od grypy będzie fikcją. Dlatego apeluję, by każdy, kto może, zaszczepił się przeciwko grypie. Nie dlatego, że dzięki temu nie zachorujemy na COVID, ale dlatego, że być może nie zachorujemy na grypę lub będzie ona miała łagodny przebieg. A jeśli nałożą się na siebie zakażenia tymi dwoma wirusami, może to mieć bardzo poważne konsekwencje.

Efekty podważania autorytetów widać, gdy np. zorganizowane grupy wchodzą do sklepów (także w Małopolsce) bez maseczek. Z kolei Czytelnicy „Gościa Krakowskiego” po publikacjach na temat SARS-CoV-2 piszą, że podsycamy panikę.

Nikt nie spodziewał się, że choroba zakaźna może sparaliżować nasze życie. Mieliśmy poczucie wszechwładzy, a pojawiły się ograniczenia. Wiosną doprowadziło to do histerii, że to kolejny wirus ebola i wszyscy umrzemy. Teraz wpadliśmy w drugą skrajność, czyli „wirusa nie ma i nigdy nie było”. To niebezpieczne, bo choć SARS-CoV-2 to nie ebola bis, to mamy do czynienia z poważnym zagrożeniem epidemiologicznym. Nie zachowując odpowiednich zasad, narażamy się na kłopoty, które prawdopodobnie zaczną się jesienią.

Naukowców z Małopolskiego Centrum Biotechnologii (MCB) Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie nie trzeba przekonywać, że wirus istnieje. Pana zespół – we współpracy z naukowcami z Warszawy – wyizolował w marcu SARS-CoV-2 z materiału pobranego od pierwszego polskiego pacjenta chorego na COVID-19.

Od tego czasu takich izolatów mamy bardzo dużo i staramy się na bieżąco monitorować to, co się dzieje i jak zmienia się wirus, m.in. przez sekwencjonowanie. Duża część danych na temat sytuacji w naszym kraju, znajdująca się w ogólnopolskiej bazie danych, pochodzi właśnie z krakowskiego laboratorium. Staramy się też na bieżąco poddawać analizie próbki od pacjentów, a więc izolujemy wirusy, żeby sprawdzać, jak zachowują się w laboratorium. Wspólnie z Europejskim Centrum ds. Kontroli Chorób opublikowaliśmy też prace, w których pokazaliśmy, jakie wirusy występują w Europie, w tym w Polsce, i jak one się zmieniają.

Wyniki badań prowadzonych w MCB mają więc wpływ na sytuację w całym kraju. Dodatkowo jest Pan też wicekierownikiem zespołu doradczego Polskiej Akademii Nauk do spraw COVID-19.

Mój zespół w laboratorium MCB pracuje obecnie praktycznie tylko nad SARS-CoV-2. Te prace skupiają się na szukaniu nowych leków, współpracy z różnymi firmami i z innymi jednostkami naukowymi. Próbujemy też wspierać miasto i region w zakresie diagnostyki i analizujemy środowisko, żeby zobaczyć, jak wygląda epidemia (dlaczego wirus powoduje taką chorobę, a nie inną, w jaki sposób dochodzi do zakażenia poszczególnych organów itd.). Wirus atakuje bowiem nie tylko płuca, ale też naczynia krwionośne, układ nerwowy, układ pokarmowy, nerki i nawet nasz układ odpornościowy. Wraz z zespołem badawczym (złożonym z ekspertów z różnych dziedzin) przy prezesie PAN przygotowaliśmy właśnie dokument – kompendium, w którym staramy się pokazać, jaki jest realny obraz epidemii i choroby. Wcześniej przygotowywaliśmy również raporty dla władz dotyczące tego, jak wygląda pandemia w naszych oczach. Opieramy się na liczbach i wynikach badań.

Czym więc różni się SARS-CoV-2 od innych koronawirusów, które istnieją od wielu lat, gdy nikt nikogo nie kierował na kwarantannę ani na testy?

Trudno porównywać koronawirusy, podobnie jak wirus HIV z wirusem żółtaczki. Istnieje całe mnóstwo koronawirusów, zarówno wśród ludzi, jak i wśród zwierząt, jednak koronawirus to nie nazwa gatunku, ale bardzo dużej grupy wirusów. Spektrum chorób wywoływanych przez koronawirusy jest szerokie. U zwierząt niektóre powodują łagodne przeziębienie, ale są też takie, które wywołują w 100 proc. śmiertelne zapalenie otrzewnej u kotów czy poważne zapalenie wątroby u myszy. SARS-CoV-2 jest koronawirusem odzwierzęcym i nie należy go mylić z innymi, które występują u ludzi.

Wracając do Małopolski i Krakowa – ciągle plasujemy się w czołówce zakażeń w skali całej Polski.

Efekty tego, o czym mówimy, realnie możemy zobaczyć za miesiąc albo nawet za dwa miesiące. Choroba COVID-19 trwa bardzo długo. Jeśli jesteśmy zakażeni bezobjawowo, jest szansa, że zarazimy innych, ale zanim powstanie ognisko epidemiczne, minie sporo czasu. Takie ogniska jesienią mogą zaowocować dużą liczbą zgonów. Co stało się teraz w Małopolsce? Ogniska epidemiczne cały czas przenoszą się i rozlewają, a w naszym województwie bardzo popularne były przecież duże imprezy rodzinne (choć nie tylko), które są doskonałym miejscem na przenoszenie się wirusa.

„Zakażony bezobjawowy” – społeczeństwo ma problem z tym określeniem.

Być może dlatego, że funkcjonuje błąd semantyczny, czyli stwierdzenie „chory bezobjawowo”. Chodzi o zakażenie, które nie daje objawów. Nie można być chorym bez objawów, bo jedno zaprzecza drugiemu. Zapominamy jednak, że większość zakażeń układu oddechowego może przebiegać bezobjawowo, ponieważ rozwój choroby jest zawsze grą między patogenem a naszym układem immunologicznym. Nosimy w sobie bardzo wiele bakterii i wirusów, i dopiero kiedy pojawią się dodatkowe czynniki ryzyka, mogą one rozwinąć się i wywołać chorobę. Mamy też mnóstwo wirusów, które nigdy się nie objawiają u osób zdrowych i silnych. Na przykład wirus cytomegalii, którym większość z nas jest zarażona na jakimś etapie życia, ale dopiero gdy ktoś ma dodatkowe obciążenia, może on powodować śmiertelne zapalenie płuc.

Co więc – zdaniem wirusologa – powinniśmy zrobić, by zapobiegać rozwojowi epidemii, a jednocześnie nie wpadać w skrajności?

Zrozumieć, po co mamy przestrzegać zasad. Pojawiające się zakazy nie mają bowiem na celu ograniczenia wolności, ale mają przyczynić się do uniknięcia sytuacji, kiedy będziemy już „pod ścianą”. Jeśli jest dużo zachorowań, to uzasadnione jest noszenie maseczek w miejscach publicznych i utrzymywanie dystansu. Niektórzy protestują przeciwko noszeniu maseczek, twierdząc, że nie ma to sensu. Tak, nie ma to sensu, jeśli chcemy chronić samych siebie. Maseczka pozwala głównie chronić innych, gdy to my jesteśmy chorzy, czyli ograniczać skalę epidemii. Warto też tłumaczyć, dlaczego to nie jest czas na organizację imprez masowych i dużych wydarzeń w zamkniętych pomieszczeniach. Na ten moment ponowny lockdown nie jest potrzebny, bo epidemia ma charakter ogniskowy, ale jeśli jesienią nastąpi wzrost liczby zgonów, możemy wejść w schemat z wiosny.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama