Nowy numer 3/2021 Archiwum

Ulica daje dużo swobody

O śpiewaniu Wodeckiego, Młynarskiego i Demarczyk po francusku opowiada François Martineau.

Miłosz Kluba: Jak trafił Pan do Krakowa?

François Martineau: W 2011 r. przyjechałem na studia. Pomysł był taki, żeby nauczyć się polskiego i zostać tłumaczem.

Dlaczego akurat polskiego?

To był totalny przypadek. Kiedy byłem w Senegalu na misjach z katolicką akcją humanitarną „Domy Serca”, odkryłem swoje zdolności językowe. Trudno byłoby jednak wykorzystać w pracy dialekt „wolof”, którego tam się nauczyłem. Wtedy postanowiłem, że chcę wyjechać do jakiegoś kraju, nauczyć się tam języka i zostać tłumaczem. Na chybił trafił wskazałem widelcem miejsce na mapie Europy. Padło na Polskę. Potem to się potwierdziło w różnych rozmowach.

W 2016 r. był Pan tłumaczem podczas Światowych Dni Młodzieży. Jak wspomina Pan to wydarzenie?

Sama obecność w tym tłumie, wspólna modlitwa to było duże przeżycie. Byłem zachwycony, zwłaszcza widząc młodszych ode mnie Francuzów, którzy przyjechali wtedy do Krakowa. Czuję, że ta chrześcijańska młodzież jeszcze rozpali świat – mają w sobie siłę, dojrzałość, wiedzą, czego chcą i dlaczego są chrześcijanami. Kiedy byłem we Francji, czegoś mi brakowało – pewne słowa były tabu. Nie mówiło się otwarcie o zbawieniu, grzechu, spowiedzi, śmierci, znaczeniu cierpienia. Trudno mi było to przyjąć. W Polsce jest inaczej. Tutaj się o tym rozmawia. Nastolatek nie musi się tłumaczyć przed kolegami, że idzie do kościoła. To wynika z tradycji, ale wtedy nie jest łatwo pogłębiać wiarę. We Francji mało młodych chodzi do kościoła i oni muszą się tłumaczyć. Muszą też sami wiedzieć, dlaczego to robią. Dzięki temu jest w tej młodzieży pewna dojrzałość. Przy okazji Światowych Dni Młodzieży było widać, że te różne sposoby przeżywania chrześcijaństwa jednak mają wspólny mianownik.

W 2017 r. znów przyjechał Pan do Polski, do Krakowa. Tutaj Pan mieszka, pracuje, występuje. Kraków to była miłość od pierwszego wejrzenia?

Tak, to od początku był Kraków – ze względu na studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, perspektywy pracy związanej z językiem francuskim, np. w korporacjach. Byłem też w kontakcie ze światem artystycznym. Między innymi bardzo pomagało mi Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Francuskiej w Krakowie w pierwszych latach. Dzięki ich prezesowi – śp. Leszkowi Poznańskiemu – miałem kilka występów i poznałem ważne miejsca, jak Piwnica pod Baranami czy Loch Camelot, i kluczowych artystów. Wtedy zostałem też artystą ulicznym, bo prawie od samego początku występowałem na Rynku Głównym.

Jak krakowianie przyjęli pierwsze występy?

Zaczynałem w zimie. Byłem bardzo niepewny siebie, występowałem tylko z gitarą, bez wzmacniacza. Nie wiedziałem za bardzo, w jaki sposób należy śpiewać na ulicy. Zacząłem mierzyć, czy występ jest udany, liczbą monet w moim futerale na gitarę! Dzięki temu szybko zacząłem się też orientować, czy to dobre miejsce, odpowiednia pora, trafiony repertuar. Ulica daje bardzo dużo swobody w śpiewaniu. To jest całkowita wolność – dla słuchaczy też. Wiem, że ludzie, którzy są przede mną, lubią to, co robię – jeżeli przestanie im się podobać, to po prostu idą dalej. Nie jest jak na koncertach, gdzie każdy płaci za swoje miejsce i siedzi do końca.

W 2018 r. występował Pan też w programie „Mam talent!”. Po pojawieniu się w telewizji przybyło słuchaczy?

Widać było większe zainteresowanie, więcej osób podchodziło, prosili o tę piosenkę, którą śpiewałem w „Mam talent!”, robili sobie zdjęcia. Nie zdążyłem jednak za bardzo zakosztować tej popularności, bo miesiąc po emisji występu miasto wprowadziło zakaz grania na Rynku ze wzmacniaczem i musiałem zmienić miejsce. Wtedy również zacząłem odpowiadać na większą liczbę zleceń koncertowych, tworząc zespół z akordeonistą i pianistą Mateuszem Gurgulem oraz wokalistką Adrianną Kućmierz.

Kolejną zmianę miejsca przyniosła pandemia – wiosną zaczął Pan występować na… swoim balkonie.

Czułem w sobie ogromną frustrację. Wszyscy siedzieliśmy w domach, nie mogliśmy nigdzie wyjść, występy były odwołane. Zacząłem od zagrania kilku nut na gitarze na swoim balkonie. Zobaczyłem, że sąsiedzi wychodzą, słuchają, klaszczą, czekają na kolejne utwory. To była zupełnie nowa perspektywa. Wpadłem na pomysł „Kwarantanny po francusku”, czyli codziennych krótkich, 15-minutowych występów, które jednocześnie transmituję online na moim Facebooku. Później, kiedy już można było wyjść na ulicę, zmieniłem nazwę na „Spacer po francusku” i tak trwa to nadal.

Równocześnie pracuje Pan nad wydaniem płyty. Co się na niej znajdzie?

Będą to tłumaczenia polskich utworów na język francuski. Nie wszystkie mogę zdradzić, bo część jeszcze czeka na zatwierdzenie przez właścicieli praw autorskich. Na pewno znajdzie się tam francuska wersja „Lubię wracać tam, gdzie byłem” Zbigniewa Wodeckiego. Tekst napisałem wspólnie z moim tatą, który jest poetą. Nową aranżację przygotował Paweł Piątek, który współpracował z Markiem Grechutą czy Grzegorzem Turnauem i który będzie aranżować całą płytę. Ta piosenka już jest gotowa, w tym miesiącu na YouTubie pojawi się teledysk. Na płycie będą też francuskie wersje klasyków – „Nie ma jak u mamy” Wojciecha Młynarskiego oraz „Uciekaj, moje serce” Seweryna Krajewskiego.

Jak od kuchni wygląda praca nad takim tłumaczeniem, oprócz tego, że trzeba zadbać o prawa autorskie?

Od zawsze uważam, że najlepszymi tłumaczami tekstów poetyckich nie są zawodowi tłumacze, ale poeci. Tłumacz często skupia się na takiej technicznej warstwie, na tym, żeby słowa oznaczały dokładnie to samo. A od tekstu poetyckiego oczekuje się czegoś więcej. Dlatego ja współpracuję z poetami. Wysyłam im dosłowne tłumaczenie i na tej podstawie oni przygotowują swoją adaptację. Czasem nie da się uniknąć odejścia od oryginału, ale staramy się być jak najbardziej wierni intencji autora.

Jednym z tych poetów jest Pana tata Roger Martineau. Z kolei w jednym z nagrań występuje Pan wspólnie z bratem.

W naszej rodzinie muzyka jest wszechobecna. Mój tata jest autorem, kompozytorem i wykonawcą. Ze swoim bratem występował na scenie przez ponad 30 lat. To on przekazał nam miłość do piosenki francuskiej – do twórców takich, jak Jacques Brel, Georges Brassens, Charles Aznavour, Édith Piaf. Moi kuzyni są profesjonalnymi muzykami, moi bracia też piszą teksty. Na przykład francuską wersję „Nie ma jak u mamy” napisałem razem ze starszym bratem.

Jak oni zareagowali na polskie piosenki. Znali je wcześniej?

Nie, i to właśnie jest wielki brak! Strasznie mnie denerwuje myśl, że większość Francuzów nie ma nawet pojęcia o gigantach takich jak Wojciech Młynarski, Jacek Kaczmarski czy nazywana „polską Édith Piaf” Ewa Demarczyk. Chcę ich pokazać francuskiej publiczności. Taka jest idea płyty, która będzie zatytułowana „Vis-à-vis” – ten francuski wyraz bardzo mi się podoba, bo jest też używany w języku polskim. W tym słowie mieści się obraz dwóch kultur, którą stoją naprzeciwko, patrzą na siebie, czerpią od siebie wzajemnie. Przez wiele lat tak dużo rzeczy z francuskiej kultury – m.in. tekstów piosenek kabaretowych – przeszło do Polski, a w drugą stronę tak mało, że pora to zrekompensować.


Gdzie słuchać François?

Wydanie płyty „Vis-à-vis” jest planowane na maj 2021 roku. Muzyka można odnaleźć na jego oficjalnej stronie www.francois.pl, słuchać codziennie na żywo na Facebooku (@Francois.muzyk) oraz w serwisie YouTube. To tam w ostatnim tygodniu listopada ma się pojawić teledysk do francuskiego wykonania „Lubię wracać tam, gdzie byłem” Zbigniewa Wodeckiego.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama