Nowy numer 24/2021 Archiwum

Niedoszła Norymberga Wschodu

Okupanci hitlerowscy zrobili wiele, by przedstawić Kraków jak „urdeutsche Stadt” – prastare miasto niemieckie. Znalazło to odbicie także w tworzonej z ich rozkazu architekturze.

Mieszkańcy i turyści dawno się już z nią oswoili. – Pijąc kawę na tarasie zamku w Przegorzałach, przechodząc podcieniami przy ul. Grodzkiej i Krakowskiej, wchodząc na dziedziniec arkadowy Zamku Królewskiego na Wawelu obok masywnego budynku po prawej stronie, spacerując po pełnym zieleni osiedlu w okolicach ul. Królewskiej, zapominamy o pochodzeniu tych budowli z czasów okupacji niemieckiej. Wtopiły się już w krakowską tkankę miasta i są uznawane za swoje – mówi Jarosław Kazubowski, krakowski historyk sztuki i publicysta.

Wymazywanie miasta

Śladów „kłopotliwego dziedzictwa” III Rzeszy w Krakowie jest jednak znacznie więcej. Jego badaniem zajmuje się od wielu lat prof. Jacek Purchla, historyk sztuki, znawca problematyki dziedzictwa, tegoroczny laureat Nagrody im. Józefa Dietla, autor licznych publikacji na ten temat, przygotowujący teraz w Międzynarodowym Centrum Kultury wystawę o niemieckich próbach „odpolszczania” Krakowa w jego przestrzeni publicznej. Owo „wymazywanie miasta” powodowane ideologią narodowo-socjalistyczną to m.in. burzenie polskich pomników, skuwanie godeł i zastępowanie ich elementami, często doraźnymi, oszczędnościowymi, mającymi podkreślać niemieckość. Wśród niemałej liczby takich elementów mających zmieniać wygląd budynków są choćby portal z kamienicy Szołayskich czy obecny wygląd kamienicy Bonerowskiej, powstałe w 1942 roku.

– Operuję terminem „dziedzictwo kłopotliwe” ze znakiem zapytania, gdyż – co tu dużo mówić – można by je określić też terminem „architektura i zbrodnia”. W Krakowie mamy nie tylko zamek w Przegorzałach, budowany jako rezydencja jednego z hitlerowskich bonzów partyjnych, ale także pozostałości obozu koncentracyjnego KL Plaszow. Ewenementem w skali Europy był fakt, że został zlokalizowany w granicach wielkiego miasta. Niemcy u siebie tego nie robili, lokalizując je w „bezpiecznej” odległości od Berlina czy Monachium. Myśmy natomiast mieli miejsce kaźni i zbrodni na miejscu – mówi uczony. O tym, że okupowany przez Niemców Kraków miał również uzyskać nowy kształt architektoniczny, wiedziano od dawna. Przez długi czas nie było to jednak przedmiotem szczegółowych badań. Dokładnym zbadaniem tej sprawy zajął się prof. Purchla. Przekopał dokładnie m.in. archiwa niemieckie. Rezultaty swoich dociekań opublikował m.in. w artykułach „Hubert Ritter i hitlerowskie wizje Krakowa” (2005) oraz „Paradoksy stołeczności” (2005), „Architektura III Rzeszy w Krakowie – kłopotliwe dziedzictwo?” i „»Norymberga Wschodu« Hansa Franka” (2020).

Pycha dygnitarzy

Najśmielszą hitlerowską wizję Krakowa stworzył przybyły tu w 1940 r. znany niemiecki architekt Hubert Ritter. Miał opracować plan generalnej przebudowy miasta jako wizytówki „nowych Niemiec na Wschodzie”. W XIX w. Norymberga i Kraków były zestawiane ze sobą jako dwa niezwykłe miasta w Europie, które tak bardzo żyją historią i przeszłością. Norymberga była w okresie hitleryzmu miejscem dorocznych zjazdów NSDAP w scenerii architektury totalitarnej. Kraków miał w niemieckich zamysłach otrzymać ekwiwalent miejsca tych zjazdów. Określenie „Norymberga Wschodu” zaznaczało, że Kraków miał się stać wzorowym niemieckim miastem na zdobytych terenach. Centrum planu Rittera było stworzenie na krakowskich Dębnikach wielkiej dzielnicy rządowej (Regierungsviertel).

– Obok siedzib rządu, administracji dystryktowej, władz NSDAP, Wehrmachtu, poczty, kolei i innych urzędów Generalnego Gubernatorstwa przewidziano m.in. kantyny i kasyna, tereny rekreacyjne i sportowe. W centralnej części dzielnicy, przy jej głównym placu, stanąć zaś miała monumentalna Festhalle – miejsce wielkich nazistowskich zebrań i uroczystości, główna „świątynia miasta” – wylicza uczony. Śmiała wizja Rittera prowadziła do stworzenia naprzeciw Wawelu rekonstrukcji idealnego miasta antycznego. Nie została jednak zrealizowana, pozostając na etapie planów i makiet. Na przeszkodzie stanęły kłopoty finansowe III Rzeszy, związane z większym wysiłkiem wojennym.

Wizja Rittera nie była zresztą jedynym architektonicznym projektem zniemczenia Krakowa. Według innych planów, znacznie mniej doskonałych artystycznie i na szczęście również niezrealizowanych, nowa dzielnica rządowa miała powstać na zabudowanych Błoniach. Powstały jednak budynki będące przede wszystkim świadectwem pychy ich pomysłodawców. Wielu turystów niemieckich, parkujących na popularnym kempingu Smok w krakowskich Przegorzałach, pytało, skąd się tam wziął typowo nadreński zamek górujący z wapiennej skały nad doliną Wisły. Ów „Schloss Wartenberg” jest – według prof. Purchli – najbardziej czytelnym pomnikiem architektury III Rzeszy w Krakowie. Wybudowano go w latach 1942–1943 na terenie przedwojennej posiadłości znanego architekta krakowskiego Adolfa Szyszko-Bohusza jako letnią rezydencję Ottona von Wächtera, pełniącego od września 1939 r. funkcję gubernatora dystryktu krakowskiego.

– Ten jeden z największych zbrodniarzy hitlerowskich działających na terenie Generalnego Gubernatorstwa zagarnął najpierw na swoje prywatne potrzeby malowniczą willę-basztę Szyszko-Bohusza, zwaną Odyniec. Zmusił także polskiego architekta do zaprojektowania swojej siedziby w stylu zamku nadreńskiego. – W niemiecki kostium bryłę „Schloss Wartenberg” ubrało dwóch austriackich architektów – Richard Pfob i Hans Petermair. Sama idea wzniesienia pomyślanej z takim rozmachem letniej rezydencji stanowi dowód na rozpasanie hitlerowskich dygnitarzy oddelegowanych do Generalnego Gubernatorstwa – przypomina prof. Purchla.

W listopadzie 1943 r. zamek przeznaczono na sanatorium dla esesmanów. Po wojnie to kłopotliwe dziedzictwo zostało oswojone. Teraz działa tam popularna restauracja kurdyjska U Ziyada. Jej goście podziwiają z tarasów piękny widok na dolinę Wisły, nie myśląc o przeszłości. Świadectwem pychy hitlerowskich dygnitarzy była także przebudowa zachodniego skrzydła Zamku Królewskiego na Wawelu na siedzibę kancelarii generalnego gubernatora Hansa Franka. Ów gmach oglądają wszyscy, którzy przed wejściem w bramę wiodącą na dziedziniec arkadowy zamku zwrócą głowę w prawą stronę.

Przywrócić dawny wygląd Feniksa

By zapewnić mieszkania dla napływających do Krakowa okupacyjnych funkcjonariuszy i urzędników, przy obecnej ul. Królewskiej wybudowano nową dzielnicę „nur für Deutsche” – tylko dla Niemców. Składało się na nią 65 budynków przedzielonych pasami zieleni. – Ta dawna dzielnica „nur für Deutsche” jest dzisiaj jednym z najatrakcyjniejszych rejonów mieszkaniowych Krakowa i w żadnym stopniu nie stanowi dla mieszkańców dziedzictwa kłopotliwego – twierdzi prof. Purchla. Kłopotliwe jest natomiast dziedzictwo innej decyzji niemieckich urzędników okupacyjnych. Wielu ze spacerujących po linii A–B Rynku Głównego zwraca uwagę na stojący pod numerem 41, u zbiegu z ul. św. Jana, budynek Feniksa, wybudowany w latach 1928–1932 według projektu A. Szyszko-Bohusza. Nie zdają sobie jednak zazwyczaj sprawy, że widoczna od strony Rynku fasada jest tylko cieniem awangardowego, modernistycznego niegdyś wyglądu tej budowli.

– Nie ulega wątpliwości, że Szyszko-Bohusz stworzył dzieło wybitne. Dom pod Kominami – jak nazywano ten budynek w mieście – stał się jedną z pierwszych architektonicznych ofiar narodowego socjalizmu w Krakowie. Usytuowany w najbardziej prestiżowym miejscu, przy Adolf Hitler-Platz, jak zwano wówczas Rynek Główny, prowokował Niemców swoją ostentacyjnie nowoczesną formą. Szybko został więc przez nich uznany za przykład „zwyrodniałej architektury żydowskiej” – mówi prof. Purchla.

Latem 1941 r. elewacja budynku została przebudowana pod nadzorem Georga Stahla, któremu podlegało budownictwo w okupowanym Krakowie. – W rezultacie fasada została ostatecznie „obklejona” od strony Rynku klasycyzującymi pilastrami, a kominowa attyka zniknęła przykryta mansardowym dachem w niemieckim duchu volkistowskim. Dziś fasada Feniksa od strony Rynku to zaledwie marna scenografia z czasów III Rzeszy, degradująca wartość artystyczną pomnika awangardy krakowskiej II Rzeczypospolitej – mówi prof. Purchla, uważający, że warto byłoby wrócić do dawnego wyglądu Domu pod Kominami.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama