Nowy numer 47/2021 Archiwum

Nie stać mnie, by żyć

– Kiedy płaczę, młodszy syn podaje mi chusteczki i mówi, żebym się nie martwiła, bo lekarze przecież mnie wyleczą – mówi Karolina Wita-Banaszak. Chłoniak mózgu, z którym walczy, to potężny przeciwnik. Na leczenie potrzeba ponad 150 tys. zł rocznie.

Gdy dwa lata temu, jesienią 2019 r., Karolina podejrzanie długo źle się czuła, była przekonana, że dopadło ją zapalenie oskrzeli albo – w najgorszym wypadku – zapalenie płuc. Objawy nie dawały jednak spokoju pani doktor, która skierowała ją na prześwietlenie klatki piersiowej. Wynik nie pozostawiał złudzeń – tej choroby antybiotykiem wyleczyć się nie da... Guz w śródpiersiu musiał rosnąć już od dłuższego czasu, bo na zdjęciu miał aż 17 × 12 × 10 cm. To był dopiero początek dramatu. – Życie po raz pierwszy wywróciło mi się do góry nogami. Niedawno pokonałam inną chorobę – otyłość. Przeszłam operację bariatryczną i zeszczuplałam 50 kg, a teraz musiałam się szykować na wojnę z ogromnym wrogiem – wspomina.

Cios za ciosem

Szybko trafiła do szpitala, gdzie pobrano wycinek guza do badania histopatologicznego. Wynik był drugim ciosem – pierwotny chłoniak śródpiersia rozlany z dużych komórek B. Nie było na co czekać. Chemia musiała rozpocząć się zaraz, już. Pierwszy kurs dostała 14 stycznia 2020 roku. Miała przyjąć 8 cykli, co 2 tygodnie. Niestety, choroba nie dawała za wygraną, bo choć guz się zmniejszał, to nie zniknął, więc konieczna była druga linia leczenia, czyli dużo cięższa chemioterapia R-ESHAP, radioterapia oraz przeszczep szpiku kostnego.

– Po chemii bolało mnie wszystko. Na szczęście naświetlanie przeszłam bez poważniejszych skutków ubocznych. Przeszczep miał być zaś ostatnią prostą i wygraną w tej bitwie – opowiada Karolina. Zabieg miał się odbyć nie w Krakowie, ale w Gliwicach, lecz ostatecznie, ze względu na długie terminy, Karolina zdecydowała się jechać do Kielc. Wcześniej musiała zrobić badanie PET, które pokazało, że guz nie jest aktywny metabolicznie, i że przeszczep może się bezpiecznie odbyć. Radość nie trwała długo.

– Do szpitala w Kielcach przyjechałam 30 grudnia 2020 roku. Tam lekarz zajmujący się oddziałem przeszczepowym zainteresował się moją prawą ręką. Ja już wcześniej zauważyłam, że dzieje się z nią coś dziwnego i 16 grudnia zgłaszałam lekarzowi w Krakowie, że cierpnie i trudno jest mi utrzymać długopis. Ten jednak stwierdził, że to polineuropatia (czyli skutek dotychczasowego leczenia przeciwnowotworowego) i wypisał odpowiednie leki. Jeszcze bardziej niepokoiły mnie skurcze, które w Wigilię 2020 r. pojawiły się w tej ręce – zaznacza K. Wita-Banaszak. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że te skurcze to ataki padaczkowe. Wykazał to dopiero rezonans magnetyczny, który – dla pewności, czy wszystko jest w porządku – zlecił lekarz z Kielc. – Wynik był trzecim nokautem. W moim mózgu znajdowały się dwa guzy. Choroba kolejny raz pokazała, że jest silniejsza. Do dziś nie wiem, jak to możliwe, że w grudniu badanie PET dało mi nadzieję, że będę zdrowa, a miesiąc później okazało się, że muszę podjąć kolejną walkę, jeszcze trudniejszą, bo choroba zaatakowała centralny układ nerwowy i jest to jej najcięższa postać – mówi Karolina. Szybko została wypisana ze szpitala w Kielcach i ponownie przyjęto ją do krakowskiego Instytutu Onkologii, gdzie miała rozpocząć następną chemioterapię.

– To właśnie wtedy usłyszałam, że mam 25 proc. szans, aby żyć. Postanowiłam znowu podnieść się z kolan i rozpocząć walkę – opowiada Karolina. Trzecia linia leczenia nie bez powodu nazywa się Matrix. Ta chemia ma bowiem wyniszczyć układ odpornościowy i niesie za sobą mnóstwo skutków ubocznych. Szpital staje się wtedy dla chorego drugim domem. – To był bardzo trudny czas i dla mnie, i dla mojej rodziny, z którą nie mogłam się widywać ze względu na pandemię. Dokuczały mi też nudności, wymioty, brak apetytu, łuszcząca się skóra i wiele innych dolegliwości – dodaje. Przyjęła trzy dawki chemii. Gdy przyszła na czwarty cykl, w szpitalu dostała ciężkiego, dwugodzinnego ataku padaczkowego. Było jasne, że coś jest nie tak... Lekarze natychmiast zlecili kolejny rezonans, który pokazał, że guzy w mózgu nie zmniejszają się, tylko rosną. – Świat zawalił mi się po raz czwarty – opowiada, nie kryjąc łez, Karolina.

Licytuj i pomagaj

W tym momencie lekarze zmienili strategię leczenia, bo skoro chemia nie działała, trzeba było zastosować radioterapię mózgu i opon mózgowych. Pech chciał, że chwilę później okazało się, że Karolina ma pozytywny wynik testu na covid. – Szczęście w nieszczęściu, że w Tarnowie udało się znaleźć szpital, w którym oddział radioterapeutyczny był wtedy przekształcony w oddział covidowy. Mogłam zostać tam przyjęta. Covid przechodziłam bezobjawowo, a jednocześnie mogło ruszyć wykonywanie specjalnej maski ochronnej na twarz oraz planowanie naświetlania, które rozpoczęło się tak szybko, jak to było możliwe. Podczas chemii nie wypadły mi włosy. Teraz zniknęły co do jednego, ale każdego kolejnego dnia czułam, że to leczenie działa, bo jest poprawa – wspomina Karolina.

Zakończenie radioterapii (pamiątką po niej są problemy z pamięcią czy koncentracją) było zielonym światłem do rozpoczęcia podawania leku ostatniej szansy, czyli immunoterapii hamującej rozwój komórek, z których zbudowany jest nowotwór Karoliny. Sierpniowy rezonans pokazał, że to działa, bo guzy zmniejszyły się o połowę. Problem w tym, że Ibrutynib nie jest refundowany, a roczny koszt leczenia wynosi ponad 150 tys. zł. Karolina, by wygrać z chorobą, powinna go przyjmować nawet przez 3 lata. Potrzebuje więc niemal 0,5 mln zł. – Choćbym sprzedała wszystkie materialne rzeczy, jakie posiadam, nie byłoby mnie stać, żeby zapewnić sobie leczenie – podkreśla. Pierwsze trzy miesiące zostały jej podarowane przez lekarza prowadzącego, który przekazał Karolinie tabletki od innego pacjenta. W tym czasie na portalu zrzutka.pl trwała już zbiórka pieniędzy, która zaledwie w dobę przyniosła aż 60 tys. zł.

– To było niesamowite, że tak dużo osób tak bardzo chciało mi pomóc – mówi Karolina. Obecnie pieniądze są zbierane poprzez Fundację „Licytuję Pomagam” (www.licytuje-pomagam.pl). Na utworzonym przez fundację dla Karoliny profilu na Facebooku cały czas trwają licytacje najróżniejszych fantów przekazywanych przez ludzi dobrej woli. – Dopóki każdego dnia dochód z licytacji będzie wynosił ok. 400–500 zł, damy radę. W tej chwili czekam, aż zbiórka osiągnie pułap 48 tys. zł, bo to będzie oznaczało, że pieniędzy wystarczy na kolejne 4 miesiące leczenia. Jedno opakowanie Ibrutynibu kosztuje 23,8 tys. zł, a dzięki temu, że udało mi się dostać do tzw. programu lekowego, co drugie kupuję za 5 zł – tłumaczy Karolina. Sporo kosztują też inne leki, które musi zażywać, oraz rehabilitacja pomagająca usprawnić zmęczone chorobą i leczeniem ciało, a przede wszystkim prawą rękę.

Cieszę się z małych rzeczy

Sił w tej nierównej walce każdego dnia dodają jej najbliżsi, czyli mąż Michał, synowie – 12-letni Piotr i 4-letni Sebastian – oraz rodzice. Obecnie, choć ręka Karoliny nie jest w pełni sprawna (nie utrzyma w niej łyżki z zupą, a napisanie własnego imienia jest tak wielkim wysiłkiem, że czuje, jak pulsuje jej mózg), w domu stara się robić wszystko. Ze względu na zagrożenie atakami padaczkowymi (których nie ma od 19 kwietnia) nie może jednak prowadzić auta.

– Z jednej strony nie jest łatwo obserwować, w jak wielkim pędzie żyją mąż i rodzice. Bo oni od dwóch lat nie mają czasu na odpoczynek – walczą o mnie, wszystko za mnie załatwiają i robią, co tylko mogą, żeby mi pomóc. Mąż chodzi nawet na wizyty do lekarza (jeśli ja nie muszę), żebym nie ryzykowała infekcji. Z drugiej strony dzięki nim wiem, że mam dla kogo żyć i nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie zabraknąć w ich życiu, a nade wszystko w życiu moich synów. Mam dopiero 30 lat i nadal chcę ich uczyć, jak być dobrymi ludźmi. Dlatego kiedy ktoś pyta, czego mi życzyć, mówię, że tylko zdrowia, bo wszystko inne mam i każdego ranka dziękuję Bogu za to, że otworzyłam oczy – mówi Karolina.

Dodaje, że choroba jest na tyle trudnym doświadczeniem, iż nie da się z nią pogodzić. – Raczej uczę się z nią żyć, jak z chorobą przewlekłą, i zadaję Bogu niełatwe pytania. Boję się tego, jaka będzie Jego decyzja, co się ze mną stanie. Młodszy syn modli się, prosząc: „Boziu, pomóż, żeby mama była zdrowa”, a kiedy płaczę, bo paraliżuje mnie strach o jutro, podaje mi chusteczki i mówi, żebym się nie martwiła, bo przecież lekarze mnie wyleczą. Starszy syn całą tę sytuację przeżywa dużo trudniej, bo rozumie, że jeśli ten lek nie będzie działał, to nie ma innego sposobu, by pokonać chłoniaka – opowiada K. Wita-Banaszak.

Na własnym przykładzie przekonała się również, że nowotwór to specyficzna choroba, która uczy wielu rzeczy. – Ja też kiedyś żyłam w pędzie. Teraz to się zmieniło, dlatego chciałabym, aby moja historia nauczyła innych szukania małych radości i przyjemności. Dziś cieszę się z tego, że mogę pójść z dziećmi na spacer albo usmażyć z nimi naleśniki, że odzywają się do mnie znajomi sprzed lat, którzy dowiedzieli się o mojej chorobie, że umawiamy się na kawę... Nie ma też sensu denerwować się błahymi sprawami. Co z tego, że dziecko znów się pobrudziło? Ubranie się wypierze, a najważniejsze jest to, że syn chce się do mnie przytulić – podkreśla Karolina. Marzy również, by kiedyś wrócić do pracy. Jest pedagogiem specjalnym i wielką radość sprawiało jej pomaganie niepełnosprawnym dzieciom. Dziś sama tej pomocy bardzo potrzebuje. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama