Nowy numer 20/2022 Archiwum

Ułan Wową zwany

Jego wyprostowaną jak struna postać w przedwojennym mundurze kawaleryjskim znają wszyscy krakowianie. Pojawia się na uroczystościach patriotycznych, m.in. 11 listopada, prowadząc pochód konno lub pieszo. Z końmi zżył się już jako dziecko, jeździ od 75 lat. W siodle przejechał do tej pory 35 tys. km.

Do legendy przeszły jego samotne rajdy konne, m.in. ten z 1984 r., gdy ubrany w mundur mjr. Dobrzańskiego z filmu „Hubal” wyruszył na Monte Cassino, by oddać hołd żołnierzom poległym w bitwie sprzed 40 lat. Przez 4 miesiące tej wyprawy przejechał konno lub przeszedł pieszo wraz z kasztanowatą klaczą Kameą 3,5 tys. km. Po drodze był obiektem zainteresowania zwykłych ludzi i mediów. Rzymski dziennik „Il Tempo” poświęcił mu wówczas artykuł pt. „A cavallo da Cracovia a Montecassino per portare fiori sulle tombe polacche” (Konno z Krakowa na Monte Cassino, by zawieźć kwiaty na polskie groby). Gdy było trzeba, ze swoją długą, rozwianą brodą stawał się a to Żydem w filmie „Lista Schindlera” Stevena Spielberga, a to pisarzem wojska zaporoskiego w filmie „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana. „Wyglądasz jak watażka, w pozytywnym sensie tego słowa” – powiedział mu sławny aktor ukraiński Bohdan Stupka.

Wszystko zaś zaczęło się w 1942 r. w osadzie Piłsudski w wołyńskim Uściługu, gdzie Włodzimierz „Wowa” Brodecki przyszedł na świat.

Od dziecka na koniu

Ojciec Stanisław w kampanii wrześniowej 1939 r. jako plutonowy rezerwy był żołnierzem 2 Dywizjonu Artylerii Konnej, wchodzącego w skład Wołyńskiej Brygady Kawalerii. W czasie wojny służył w AK, m.in. w 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty. W 1944 r. rodzina uciekła w obawie przed banderowcami za Bug. Stanisław Brodecki, straciwszy kontakt z AK-owcami, wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, zatajając swoją przynależność AK-owską. Znalazł się w szeregach 1 Warszawskiej Samodzielnej Brygady Kawalerii. Przeszedł szlak walk m.in. na terenie Niemiec. Po powrocie z frontu był kwatermistrzem szpitala garnizonowego w Chełmie.

To ojciec uczył małego Włodka, że jeździec musi być wyprostowany w siodle jak struna. – Na koniach jeździłem, nie mając jeszcze ukończonego 5. roku życia. Były zarówno w miejscu pracy ojca, jak i u wujka w podchełmskiej kolonii Kamień, gdzie był koń frontowy, niski, mongołowaty Gniady. Jako 12-latek prowadziłem konno w Chełmie Żakinadę, korowód młodzieżowy. I tak było potem jeszcze wiele razy. Chodziłem do szkół rolniczych, gdzie też były konie. Zacząłem wreszcie jeździć na samotne rajdy konne. Po raz pierwszy w 1970 r., szlakiem 1 WSBK, na klaczy Dzidzi – wspomina pan Włodzimierz.

W mundurze mjr. Hubala

W stanie wojennym, mieszkając już w Krakowie, wpadł na pomysł konnego rajdu na Monte Cassino w 40. rocznicę bitwy. Szukając konia na wyjazd, wypożyczył od znajomych 6-letnią klacz Kameę. – W maju 1984 r. urządziłem kilka wstępnych pożegnań konnych. Wstępnych, bo wciąż nie miałem paszportu ani wiz. Poszedłem wściekły do wydziału paszportowego, który był po prostu ekspozyturą esbecji i mówię: „Tu wszyscy piszą, że ja już wyjechałem, a wy nie dajecie mi paszportu? Do »Wolnej Europy« to podam!” – wspomina Wowa. Pomogły interwencje w Ministerstwie Sportu i Turystyki.

W trakcie tej wyprawy towarzyszyli mu Adam Brykajło i studentka UJ Anna Bizukojć, znająca dobrze języki obce. Oni jechali maluchem. Wowa jednak cały czas jechał na Kamei lub ją prowadził. – Codziennie przynajmniej 20 km pokonywałem pieszo, przy klaczy. Spałem bardzo często przy niej w boksie w trakcie noclegów, mówiłem do niej – mówi jeździec. Gdy 1 września 1984 r. dotarł na miejsce, przez trzy godziny, ubrany w filmowy mundur mjr.  Hubala, w którym niegdyś występował zmarły niedawno aktor Ryszard Filipski, wspinał się wraz z koniem na wzgórze cassińskie. Na górze salutował grobom żołnierzy, w tym ich dowódcy gen. Władysławowi Andersowi, składał na mogiłach kwiaty. – Kamea, mądry koń, też pochylała głowę. Była bardzo łagodna, delikatna, spokojna, chodziła za mną jak pies, reagowała na mój głos, kładła głowę na ramieniu, tuliła się. Przeżyła 28 lat. Jednym z jej źrebaków był słynny później z osiągnięć sportowych ogier Cassino, który stał się moją własnością. On też żył 28 lat. Na Cassinie zagrałem m.in. w filmie „Trzy pogrzeby Kazimierza Wielkiego” – wspomina Wowa.

Swój wyczyn powtórzył 20 lat później. Tym razem jechał na ogierze Tornado, także synu Kamei. Ten koń został z nim już do końca swojego długiego życia. Był końskim arystokratą najwyższej klasy – prawnukiem słynnego angloaraba Ramzesa, ogłoszonego Koniem Stulecia. Tornado zmarł latem bieżącego roku, także w wieku 28 lat, jak jego matka i brat. – Została mi po nim jego córka Aravella, wnuczka Kamei. Została zaźrebiona, więc ród tych koni będzie trwał – mówi „jeździec pamięci”, bo i tak nazywają Wowę.

Wśród jego samotnych rajdów konnych warto wymienić m.in. wyprawę „Od Jordanowa do Wilhelmshaven” śladami walk żołnierzy gen. Stanisława Maczka. – W trakcie wszystkich moich rajdów związanych z walkami II wojny światowej niekiedy brano mnie za ich uczestnika. „Ale świetnie się pan trzyma!” – mówili – wspomina jeździec.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama