Nowy numer 21/2022 Archiwum

Tu nie jest jak w bajce

Madagaskar kojarzy się głównie z pięknymi plażami albo z amerykańskim filmem animowanym dla dzieci i dorosłych. Mało kto wie, że ludzie umierają tam z głodu lub z braku opieki lekarskiej.

Choć biura podróży kuszą wakacyjnymi wyjazdami na Madagaskar, a ci, którzy spędzili tam urlop mówią, że byli w raju na ziemi, rzeczywistość panująca w głębi tej afrykańskiej wyspy z sielanką nie ma nic wspólnego.

– Na Madagaskarze panuje skrajna bieda. Parki narodowe i miejsca turystyczne to może jedna setna jego terenu. Większość ludzi nie pracuje, część w bardzo trudnym klimacie uprawia – cebulę, ryż i maniok. Praktycznie nie mają oni dostępu do lekarza, bo służba zdrowia jest odpłatna i przez to niedostępna dla większości Malgaszów – opowiada dr Lidia Stopyra, ordynator Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii w Szpitalu im. S. Żeromskiego w Krakowie, która w misjach medycznych na Madagaskarze uczestniczyła już kilka razy. Pacjenci z państwowych ośrodków są odsyłani nawet z zagrażającym życiu krwotokiem, a w szpitalu płaci się za wszystko: przyjęcie, receptę, bandaże, strzykawki, rękawiczki...

– Wyruszając do Mampikony (miasto i gmina w środkowo-północnej części wyspy) po raz pierwszy, usłyszałam, że żyjąc tam, trzeba być gotowym na śmierć. To prawda. Nikt z nas, chorując, nie przetrwałby w tym miejscu nawet kilku dni. Brakuje wszystkiego: jedzenia, wody, prądu, leków, a placówki medyczne są przepełnione i trzeba do nich jechać nawet kilkaset kilometrów – opisuje dr Stopyra. Na przykład z Mampikony do najbliższego szpitala jest ponad 200 km, co w warunkach afrykańskich oznacza 7 godzin jazdy, pod warunkiem, że drogi są przejezdne. Wielu chorych (także kobiety potrzebujące cesarskiego cięcia) umiera więc w drodze do szpitala.

Z kolei ludzie chorujący na cholerę, dur brzuszny i inne choroby przenoszone drogą pokarmową często umierają z powodu odwodnienia, podczas gdy można by ich uratować, podając płyny dożylne. – Sporo szczęścia miał Sedi, chłopiec, który z gorączką tyfoidalną i biegunką, boso i w upale, szedł z mamą do pielęgniarki 20 km. Do szpitala mają 50 km, więc dostanie się tam było niemożliwe – opowiada Katarzyna Urban z krakowskiej Polskiej Fundacji dla Afryki, współpracującej z posługującymi w regionie Mampikony misjonarzami duchaczami.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama