Nowy numer 4/2022 Archiwum

Skały latały, ziemia raziła prądem...

Tymi wypadkami w sierpniu 2019 r. żyła cała Polska. Do dziś wiele osób zastanawia się, jak wyglądały akcje ratunkowe. Prawda jest taka, że ratownicy TOPR zrobili wszystko, co tylko się dało, by pomóc poszkodowanym. Poodejmowali przy tym ogromne ryzyko, kładąc na szali własne życie.

Najpierw pod ziemią, w piekielnie wąskich korytarzach Jaskini Wielkiej Śnieżnej, trwała mordercza walka z czasem, która – jak się później okazało – od początku była skazana na porażkę, bo na uwięzionych tam grotołazów z Wrocławia po prostu „zapadł wyrok”. Żadna ludzka siła nie mogła tego zmienić.

Później, na wysokości 1895 m n.p.m., rozegrały się sceny iście apokaliptyczne, a TOPR-owcy, jako pierwsi na świecie, musieli zmierzyć się ze skutkami masowego wypadku na szczytach gór, w dodatku w ekstremalnych warunkach pogodowych. W jaskini zginęły 2 osoby. Na Giewoncie – 4, a 157 zostało rannych. – W tej książce niewiele jest nadziei, za to wiele pytań, w tym tych najważniejszych: Czy można narażać kilka istnień, ratując jedno życie? Czy można narażać jedno życie, ratując wiele? Jak daleko powinni posuwać się ratownicy i kiedy mają prawo powiedzieć „dość”? – mówi Beata Sabała-Zielińska, dziennikarka i pisarka rodem z Kościeliska, autorka książki „TOPR 2. Nie każdy wróci”, będącej kontynuacją bestselleru „TOPR 1. Żeby inni mogli przeżyć”.

Cienka granica

Początkowo nic nie wskazywało, że rozpoczyna się właśnie jedna z najtrudniejszych, najniebezpieczniejszych i najdłużej trwających akcji w historii TOPR. 17 sierpnia 2019 r. Piotr Konopka, dyżurny ratownik TOPR, odebrał zgłoszenie, że w Przemkowych Partiach Jaskini Wielkiej Śnieżnej woda odcięła dwóm grotołazom (Józkowi i Danielowi) drogę powrotu. Założenie było więc takie, że skoro z chłopakami jest kontakt (jak się później okazało: był kilkanaście godzin wcześniej), wystarczy poczekać, aż woda opadnie, i potem pomóc im wyjść na powierzchnię. Niestety, z każdą kolejną godziną stawało się jasne, że sytuacja jest nawet nie tyle trudna, co dramatyczna, i że szanse uczestników wyprawy na przeżycie będą tylko malały. Chyba że wydarzy się cud.

– Speleolodzy, przeciskając się ciasnymi przesmykami jaskini (pół na pół metra!), musieli niechcący naruszyć równowagę pomiędzy dopływem a odpływem wody, przez co korytarz został całkowicie zalany – tłumaczy Sebastian Szadkowski, szef grupy jaskiniowej TOPR. Towarzysze Józka i Daniela wezwali pomoc 22 godziny po ich uwięzieniu i 15 godzin po ostatnim kontakcie głosowym. Do miejsca, gdzie ta komunikacja się odbywała, ratownicy dotarli 6,5 godziny później. Grotołazi nie odpowiadali już na nawoływania. Słychać było jedynie niepokojące (agonalne) odgłosy: chrapanie i rzężenie. Stanisław Krzeptowski, ratownik medyczny, doliczył się 6 oddechów na minutę. TOPR-owcy mieli więc świadomość (przypuszczenia były konsultowane z dr. Sylweriuszem Kosińskim, anestezjologiem z zakopiańskiego Szpitala im. Chałubińskiego, specjalistą od hipotermii), że chłopcy są nieprzytomni i prawdopodobnie umierają z powodu głębokiej hipotermii (potwierdziła to później sekcja zwłok). Cztery godziny później nic już nie było słychać. Nie skłoniło to jednak ratowników do przerwania akcji. Przeciwnie. Przez kolejne dwie doby walczyli, by dokonać niemożliwego i dotrzeć do Daniela i Józka. Cały czas zadawali też sobie dramatyczne pytanie, jak daleko mogą się posunąć i jak wiele powinni ryzykować, by potwierdzić zgon. Zagrożenie dla zdrowia i życia ratowników było bowiem ogromne, a granica była bardzo cienka. Był taki moment, że oksymetry piszczały, pokazując, iż poziom tlenu spadł do 16 proc., a stężenie trujących gazów może być zabójcze. Był i taki, że doszło do obrywu skalnego (na szczęście nikomu nic się nie stało), bo kamienie (kilkanaście ton!) zaczęły spadać pomiędzy zejściem a wyjściem dwóch grup ratowników, którzy nie mieliby szans, gdyby wisieli wtedy na linach. Co więcej, gdyby ratownicy – tuż po opadnięciu wody – weszli do jaskini tym samym korytarzem, co Daniel i Józek... wpadliby w tę samą śmiertelną pułapkę, bo woda przybrałaby w ekspresowym tempie, a opadałaby 5 dni. Ofiar byłoby dużo więcej.

TOPR-owcy o pomoc prosili wielu specjalistów (m.in. policję, straż pożarną, GOPR), lecz pomóc nie wszyscy umieli. Widząc, jak wygląda sytuacja, ratownicy górniczy kręcili tylko głowami i wycofywali się. Wycofali się także Słowacy z Horskiej Zachrannej Służby, którzy uznali, że nie będą narażać swoich ludzi. TOPR tymczasem wciąż próbował iść do przodu, poszerzając korytarze jaskini (używając do tego ładunków wybuchowych wielkości papierosa) i pokonując własne zmęczenie. Ostatecznie ciała Daniela i Józka zostały wydobyte na powierzchnię 5 września, a cała akcja (która praktycznie nie została ani na moment przerwana) zakończyła się 17 września, bo jaskinię trzeba było jeszcze przecież posprzątać.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama