Premierą "Dzwonnika z Notre Dame" Teatr Nasz z Kleczy Dolnej 15 stycznia rozpoczął świętowanie jubileuszu ćwierćwiecza.
Jeśli dzieci i młodzież nie boją się pracy ze scenariuszem napisanym na podstawie tak trudnej powieści, jaką jest dzieło Victora Hugo, i jeśli występując na scenie, potrafią zaczarować publiczność i zaprosić ją do przeżywania kolejnych scen, to znaczy, że już dawno przestali być "zespołem amatorskim" i osiągnęli poziom, jakiego nie powstydziłaby się żadna grupa zawodowo zajmująca się teatrem.
W widowisku "Dzwonnik z Notre Dame" jest bowiem wszystko, co być powinno. Jest wspaniała gra świateł, splatająca się z biciem dzwonów i muzyką budującą klimat tego przedstawienia i pomagającą przenieść się w czasie do średniowiecznej Francji, gdzie trwa odwieczna walka dobra ze złem. Jest fantastyczna scenografia, która zachęca widza, by oczami wyobraźni wszedł do katedry Notre Dame, poczuł majestat tego miejsca, spojrzał z jej szczytu na Paryż, a nawet... by spróbował porozmawiać z kamiennymi gargulcami, które od zawsze strzegą wieży katedry. Jest również historia Quasimodo i Esmeraldy opowiedziana tak, że pośród gości obecnych na premierze nie było nikogo, kto nie ocierałby łzy wzruszenia. Jest i fantastyczna gra młodych aktorów, którzy na próbach spędzili ogromną liczbę godzin, i którzy w odgrywane postacie wkładają kawał swojego serca. Jest w końcu klimat magii, którego nie sposób zbudować, jeśli w grę nie wchodzi się na 100 procent. Młodzi aktorzy dają zaś z siebie wszystko.
"Dzwonnik z Notre Dame" to bardzo barwny musical.
Monika Łącka /Foto Gość
Paweł Jarosz, który 25 lat temu wymyślił Teatr Nasz i od tego momentu co roku reżyseruje kolejne przedstawienia, dobrze wie, że tworząc obsadę kolejnych spektakli, musi tak dobrać aktorów, by nikt nie miał wątpliwości, iż role zostały "uszyte" właśnie dla nich. A potem już pracuje z nimi, dopracowując każdy detal (wokal, dykcję, ruch sceniczny), by efekt końcowy zachwycał, i aby widzowie mogli powiedzieć, że to było profesjonalne. I powiedzieli, choć najpierw, gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki finałowej piosenki, w sali teatralnej Zespołu Szkół Publicznych w Kleczy Dolnej zapadła przejmująca cisza, a potem oklaskom nie było końca.
- Są wieczory zwykłe i niezwykłe, a ten był niezwykły. "Dzwonnik z Notre Dame" w wykonaniu Teatru Naszego zachwyca i wzrusza. 25 lat pracy artystycznej, pasji i konsekwencji pod opieką P. Jarosza zaowocowało spektaklem, który nie tyle się ogląda, co przeżywa. Aktorzy są prawdziwi w każdej emocji. Scenografia i kostiumy są plastyczne, znaczące, mówiące własnym językiem. Światło i dźwięk dopełniają całość. Dziękuję - mówi Bartosz Kaliński, burmistrz Wadowic, który od dawna teatr wspiera i w młodych aktorach widzi duży potencjał.
Marta Bizoń, aktorka krakowskiego Teatru Ludowego, która pod koniec lat 80. XX w. razem z P. Jaroszem stawiała swoje pierwsze kroki na scenie Teatru Logos (założonego przy wadowickiej bazylice przez ks. Ireneusza Okarmusa), a dziś stara się być na każdej premierze w Kleczy Dolnej, mówi krótko: - Ten teatr musi trwać. - Tego, co przez 25 lat stworzył Paweł, nie wolno zmarnować ani zniszczyć żadną złą decyzją. W ten teatr warto inwestować i warto go wspierać, bo jego aktorzy, choć są bardzo młodzi, już teraz wierzą i wiedzą, że wychodzą na scenę, bo mają dla widzów przesłanie. Oni chcą nas wzruszyć, chcą, żeby widz się popłakał i robią to w sposób piękny, z dziecięcą radością, której nam, zawodowym aktorom, czasami brakuje. Widzę rozwój teatru i coraz większą świadomość sceny w aktorach, a za tę opowieść o człowieczeństwie jestem im bardzo wdzięczna - zaznacza M. Bizoń.
Wśród gości premiery słychać też było komentarze, że "Dzwonnik" na zawsze pozostanie w ich sercach i pamięci także dlatego, iż jest to pouczającą opowieść o tym, że prawdziwe piękno człowieka tkwi w jego sercu, a nie w zewnętrznym wyglądzie.
Warto też zauważyć, że Quasimodo po mistrzowsku zagrał zaledwie 12-letni Michał Stańczyk. Po mistrzowsku, ponieważ on tę rolę zrozumiał, przepracował i wszedł w nią nie jako dziecko, którym wciąż jeszcze jest, ale jako początkujący młody aktor, który nie kryje, że marzy o scenicznej przyszłości i chce się w tym kierunku rozwijać. Czy to marzenie się ziści? Czas pokaże, ale już dziś widać, że Michał potrafi odnaleźć w sobie pokłady najróżniejszych emocji, nawiązać kontakt z widzem i grać zarówno z blaskiem radości w oczach, jak i z przeszywającym go smutkiem, gdy Esmeralda umiera.
Piękną Cygankę gra zaś Paulina Zielińska, 18-letnia dziewczyna obdarzona nie tylko urodą, ale też wspaniałym wokalem i talentem scenicznym. Rolę udźwignęła, i to w najdrobniejszych szczegółach. Jak mówi, cieszy się, że to właśnie jej została powierzona postać Esmeraldy, ponieważ fakt przekroczenia progu dorosłości powoduje, iż na wiele spraw patrzy już głębiej, bardziej dojrzale. Ta dojrzałość pomaga jej natomiast przypominać widzom, by zawsze spoglądali w głąb drugiego człowieka.
Ważną postacią w spektaklu jest także Klaudiusz Frollo, którego gra 14-letni Konrad Gołąb. Niesamowita jest praca, jaką ten chłopak włożył i cały czas wkłada w swoją rolę, bo nawet na próbach generalnych mierzył się jeszcze ze stresem i ze staraniami, by lepiej zrozumieć swojego bohatera. Nie było to łatwe zadanie, ponieważ Frollo jest człowiekiem, który nie cofa się przed mordowaniem niewinnych ludzi, i który w imię świętości potrafi wydawać wyroki śmierci. Podczas premiery Konrad zagrał już jednak z lekkością, kreując postać Klaudiusza zarówno głosem, jak i gestami oraz wymowną mimiką.
Konrad Gołąb nad rolą Frolla długo pracował. Ostateczny efekt był wart wysiłku!
Monika Łącka /Foto Gość
- Gdy buduję obsadę, bardzo ważne jest dla mnie to, by tutaj nikt nie czuł się bardziej lub mniej ważny, i aby nikt nigdy nie próbował gwiazdorzyć. Dlatego cieszę się, że ekipa "Dzwonnika" (w sumie to 35 osób) lubi się, lubi spędzać razem czas, i że każdy zrozumiał, iż u nas liczą się wszystkie role, także te drugo- i trzecioplanowe - zaznacza P. Jarosz. Takimi drugoplanowymi rolami są chociażby postacie gargulców - kamiennych rzeźb, które ożywają, niczym w baśni, i towarzyszą Quasimodo, a nawet są jego przyjaciółmi. To właśnie gargulce, wypowiadając dowcipne kwestie, sprawiają, że dramatyzm spektaklu splata się z wątkami komediowymi, i że widz uśmiecha się, choć jeszcze chwilę wcześniej ocierał łzę smutku.
P. Jarosz nie kryje zaś, że o napisaniu scenariusza do "Dzwonnika" w wersji musicalowej (zarówno na podstawie powieści Victora Hugo, jak i inspirując się adaptacją Disneya) marzył od kilku lat, ale widział, że jego aktorzy wciąż nie byli na to gotowi. Musieli więc najpierw zmierzyć się z musicalami "A Christmas Carol 3.0" (ta premiera odbyła się w listopadzie 2023 r.) i "Matyldą" (premiera była w grudniu 2024 r.), a dopiero potem rozpoczęły się pierwsze przymiarki do tego wyzwania. - Dziś mam pewność, że aktorzy, których obsadziłem w głównych rolach, dojrzeli do tego, by je udźwignąć, że stworzyliśmy taką scenografię, z której możemy być dumni, i że każdy szczegół (a zwłaszcza najtrudniejsze partie wokalne) został maksymalnie dopracowany - opowiada P. Jarosz.
A czy zakładając Teatr Nasz, przypuszczał, że z amatorskiego przekształci się on w teatr profesjonalny, na którego deskach w dorosłość będą wchodzić kolejne pokolenia dzieci? - W 2001 r. myślałem, że to będzie jednorazowa przygoda - nie kryje. Stało się inaczej, a kolejne spektakle udowadniały, że rodzi się scena, która pomaga dzieciom rozwijać skrzydła, i która uczy je odpowiedzialności, dostrzegania piękna, odwagi do bycia sobą oraz sięgania po marzenia. Z czasem na castingi zaczęły przychodzić także dzieci spoza szkoły w Kleczy, a nawet z całego powiatu wadowickiego, a decyzję o tym, że tego przedsięwzięcia nie sposób już przerwać, przypieczętowało Ognisko Pracy Pozaszkolnej w Wadowicach, przejmując w 2007 r. finansowanie teatru.
Kolejnym przełomowym momentem był rok 2010, gdy Ewa Filipiak, ówczesna burmistrz Wadowic, zaproponowała, by w szkole stworzyć dla Teatru Naszego salę z prawdziwego zdarzenia. - Wtedy poczuliśmy wiatr wiejący w żagle. Niestety, w 2014 r. wybuchł pożar, a ogień nie miał litości - pochłonął zarówno wystrój sali, jak i sprzęt elektroniczny, a także niektóre stroje oraz eksponaty. Na szczęście dzięki wielu ludziom dobrej woli teatr szybko się odrodził - wspomina jego twórca i dodaje, że ten projekt, który stał się projektem jego życia, rodził się jako "zwykły" teatr, ale czegoś mu w nim brakowało. Dopiero odkąd przekształcił się w teatr piosenki i zaczęły powstawać musicale, Paweł poczuł, że wszystko idzie we właściwym kierunku.
O czym zaś myśli, spoglądając w przyszłość? - Mam kilka pomysłów na kolejne spektakle, ale na razie niech to pozostanie tajemnicą, bo "Dzwonnika" musimy zagrać aż 30 razy (jubileusz zakończymy dopiero w maju!). Potem trzeba odpocząć i pewnie dopiero w wakacje zdecyduję, co dalej - mówi P. Jarosz.
Warto dodać, że przez wszystkie lata istnienia teatru występowało w nim ok. 250 młodych aktorów - ci, którzy już "poszli w świat", zapewniają, że to doświadczenie zostanie w nich na zawsze, a umiejętności, które stąd wynieśli, przydają się im z zwykłej, także zawodowej rzeczywistości. Teatr Nasz ma też na koncie ok. 500 zagranych spektakli.