Trwa zbiórka koców, które zostaną przekazane mieszkańcom Kijowa

Do udziału w akcji "Ciepły koc od miliona serc" zachęca jej pomysłodawca, Bartłomiej Szczoczarz, który dopiero co zawiózł do Kijowa tonę polskiego żurku.

Akcja trwa do 18 lutego, a później Bartek znów pojedzie do Ukrainy, by odebrać rozbitego Dobrobusa i przywieźć go do Krakowa, a przy okazji zrobić kolejny dobry uczynek. - Po wielu rozmowach z mieszkańcami Kijowa, gdzie tysiące mieszkań wciąż nie ma ogrzewania, prądu, wody i gdzie nadal panuje solidny mróz, podjąłem decyzję, że kolejną inicjatywą będzie zbiórka koców. Są one bardzo potrzebne, bo można nimi okryć dzieci, zabezpieczyć okna lub drzwi - tłumaczy.

Koce można przynosić do restauracji Tawerna La Capitana (ul. Topolowa 3) - nie muszą one być nowe, ale ważne, by nie były zniszczone. Jeśli ktoś nie ma możliwości, by osobiście przywieźć tam swój dar serca, można też wesprzeć założoną na ten cel zrzutkę (kliknij TUTAJ). - Zróbmy to nie jutro, ale dziś, jak najszybciej, a ja obiecuję, że wszystkie koce, które zdołam zabrać, trafią do namiotów niezłomności w Kijowie, gdzie zostaną rozdane potrzebującym - zapewnia i słów na wiatr nie rzuca.

Trwa zbiórka koców, które zostaną przekazane mieszkańcom Kijowa   Akcja trwa do 18 lutego. Materiały organizatorów

O co zaś chodzi z rozbitym Dobrobusem? W drugiej połowie stycznia wszystkie media pokazywały dramatyczne relacje z Kijowa, kiedy to Rosja atakowała stolicę Ukrainy uderzając i niszcząc nie tylko bloki mieszkalne i obiekty cywilne, ale także infrastrukturę krytyczną, czyli przede wszystkim elektrownie. To działanie było zaplanowane z premedytacją - panował siarczysty mróz, więc Rosja robiła wszystko, by Kijów zamarzał, pozbawiony prądu, ogrzewania i ciepłej wody. Z pomocą, jako jedna z pierwszych, ruszyła wtedy archidiecezja krakowska - kard. Grzegorz Ryś ogłosił zbiórkę, w efekcie której zakupione zostały i przekazane m.in. agregaty prądotwórcze oraz nagrzewacze. W tym samym czasie, słuchając informacji płynących z Kijowa, Bartłomiej Szczoczarz poczuł, że też musi zacząć działać, że trzeba zrobić coś, by ci ludzie wiedzieli, że nie są sami. A skoro od ok. 10 lat angażuje się on w różne dobroczynne akcje, przygotowując posiłki dla najbardziej potrzebujących, to było jasne, że i teraz musi zabrać się za gotowanie, a potem nakarmić mieszkańców Kijowa.

O swoich planach Bartek nie opowiadał w mediach - napisał jedynie post na prywatnym profilu na Facebooku, i choć przeciwników pomysłu nie brakowało, to jednak dobro zwyciężyło i dzięki wsparciu oraz zaangażowaniu potężnej armii ludzi 1000 litrów żurku, czyli 4 tys. porcji tej zupy, mogło pojechać do Kijowa.

- Wyruszyliśmy tam w kilkanaście osób i w kilka samochodów. Po dotarciu do celu widziałem pogrążone w ciemnościach miasto, widziałem dziecko idące ulicą w tych ciemnościach, widziałem bloki mieszkalne i stacje benzynowe, jak również punkty niezłomności podpięte do agregatów podarowanych przez Polskę. Słyszałem również, jak w ciemnościach zaczyna wyć alarm przeciwlotniczy i jak nad Kijów nadlatuje rój dronów, które wojsko zestrzeliwało przez długie godziny. My spędziliśmy je w schronie - wspomina Bartek Szczoczarz. Nalot dość mocno skomplikował przygotowania do wydania żurku, ponieważ w drodze do Kijowa spora jego część zamarzła, a na miejscu okazało się nawet, że jest problem z dostaniem się do samochodu. Na szczęście wszystkie przeciwności udało się pokonać, a następnego dnia, we współpracy z ukraińską Caritas, służbami mera Witalija Kliczki i wolontariuszami, przy zachowaniu wszelkich zasad bezpieczeństwa, rozdany został cały żurek. Emocji, które towarzyszyły finałowi akcji, nie da się opisać żadnymi słowami. - W kolejce po posiłek mógł ustawić się każdy, kto tego potrzebował, a ja widziałem w tych ludziach radość, że jesteśmy, że Polska się budzi i znów się jednoczy, by pomagać. Ktoś mi nawet potem powiedział, że rozwaliłem system, bo nikt się nie spodziewał, iż z Krakowa przyjedzie zwykły przedsiębiorca, przywiezie ze sobą serca Polaków i - ryzykując własne życie - wyzwoli w Ukraińcach tak dużo dobrej energii - wzrusza się Bartek. - Dziękuję każdej osobie, która do akcji dołożyła swoją cegiełkę, a szczególnie dziękuję tym, którzy ze mną pojechali. Dziękuję też za wsparcie mojej żonie Joannie, Sebastianowi Miklaszewskiemu, który zmieniał się ze mną za kierownicą, a także Łukaszowi Wantuchowi, który zgodził się zrobić wszystko, by zapewnić nam bezpieczeństwo, a był to jego setny wyjazd do wojennej Ukrainy - podkreśla B. Szczoczarz.

W drodze powrotnej do Polski zdarzył się jednak wypadek, którego nikt nie był w stanie przewidzieć - na oblodzonej drodze, 160 km od Lwowa, Dobrobus zderzył się z tirem. Nie ma najmniejszych wątpliwości, iż to Opatrzność sprawiła, że Bartek i Sebastian wyszli z tego z lekkimi potłuczeniami, bo mogło być dużo, dużo gorzej. I właśnie dlatego auto musiało zostać we Lwowie, a jego pasażerowie po opatrzeniu przez Medyków Bojowych Avangarda i Zakon Kawalerów Maltańskich, spędzili we Lwowie kilka dodatkowych godzin. Dopiero później, dzięki wsparciu wielu osób, dotarli do domu. Za realizację tego pomysłu całej grupie podziękował później konsul generalny Ambasady Ukraińskiej w Krakowie Wiaczesław Wojnarowski.

- Teraz więc znowu jedziemy do Lwowa, by Dobrobus mógł wrócić do Krakowa, przejść remont i nadal służyć podczas akcji dobroczynnych. Jednak nie chcemy po niego jechać z pustymi rękami, tylko z kocami, które dają ciepło - mówi Bartek.

Dobrobus swoją służbę potrzebującym zaczął podczas ŚDM Kraków 2016 r., czyli blisko 10 lat temu, ponieważ Bartek zaangażował się wtedy w żywienie pielgrzymów. Później było też wiele innych akcji - były Wigilie dla Ubogich i Potrzebujących organizowane przez Jana Kościuszkę, były mniejsze, bo lokalne przedsięwzięcia (które jednak zawsze niosły mnóstwo dobra i dawały obdarowywanym radość) i była powódź, która na Śląsku siała zniszczenie jesienią 2024 r. - Nie mogło mnie wtedy nie być w Stroniu Śląskim. Najpierw z mojego Gospodarstwa Rybackiego Dolina Będkowska zawiozłem tam 500 litrów zupy pomidorowej. Jechaliśmy blisko 10 godzin, widząc po drodze pozrywane mosty, zniszczone drogi. Totalne bole bitwy, dzieło wielkiej wody. Sytuacja, którą tam zastaliśmy, spowodowała więc, że posiłki woziliśmy tam przez dwa tygodnie - opowiada i podkreśla, że ta akcja też nie mogłaby się odbyć, gdyby nie morze ludzi dobrej woli, którzy przynosili produkty na posiłki i wszystko, co było potrzebne, by pomóc powodzianom. - Sam niczego bym nie zrobił - zastrzega. Ponad dwa lata wcześniej z Doliny Będkowskiej dla uchodźców z Ukrainy, którzy do Polski uciekali zaraz po wybuchu wojny, Bartłomiej Szczoczarz i jego ekipa przygotowali z kolei… 150 tys. porcji posiłków. Gospodarstwo zamieniło się wtedy w wielką kuchnię polową, która działała w zasadzie przez całą dobę i wydawała żywność, która trafiała zarówno do uchodźców, którzy jeszcze byli na granicy polsko-ukraińskiej, jak i do tych, którzy już znaleźli schronienie w Krakowie i okolicznych miejscowościach. Tak było przez wiele tygodni.

- Wszystko, co do tej pory robiłem, udowadnia, że ludzi dobrej woli jest więcej. Wierzę więc, że teraz do Ukrainy zawiozę naprawdę dużo koców - mówi i dodaje, że pomagania nauczyli go rodzice, a teraz on chce tego uczyć swoją trójkę dzieci. Efekty już widać, bo gdy na początku wojny Bartek i Joanna przyjęli pod swój dach dwie mamy i trójkę dzieci, to najstarsza córka na dzień dobry powiedziała, że oddaje na ten cel swój pokój. Bo tak trzeba.

« 1 »