Na granicy polsko-ukraińskiej była już dwa dni po napaści Rosji na Ukrainę. - Tego, co wtedy zobaczyłam, nie zapomnę nigdy - zapewnia Małgorzata Olasińska-Chart, dyrektorka programu pomocy humanitarnej Polskiej Misji Medycznej.
Monika Łącka: Cztery lata temu 24 lutego wypadał w czwartek. W sobotę 26 lutego byłaś już w akcji, bo tylko tyle czasu Polska Misja Medyczna (która swoją siedzibę ma w Krakowie) potrzebowała, by zacząć działać, czyli pomagać zaatakowanej Ukrainie.
Małgorzata Olasińska-Chart: Już w piątek 25 lutego wraz z Polskim Zespołem Humanitarnym i z Grupą GOPR Krynica mieliśmy zapakowane dwa samochody ze sprzętem medycznym. Na granicę pojechaliśmy w sobotę, żeby przekazać go dalej. To, co zobaczyłam wczesnym rankiem, było przerażające - morze ludzi, głównie kobiet z dziećmi, stojących na zimnie, w długiej kolejce. Wszyscy trzymali małe bagaże, bo każdy miał tyle, ile zdążył zabrać do foliowej siatki, uciekając przed bombami. Po drugiej stronie granicy, czyli po stronie polskiej, czekały już stoiska z napojami, wodą, ciepłym jedzeniem, a także punkty medyczne, bo każdy, kto tylko mógł, organizował szeroko zakrojoną pomoc. Różne procedury dopiero były tworzone, a wszystko działo się bardzo szybko. U nas, w Polskiej Misji Medycznej, dramatyzm chwili był jeszcze bardziej odczuwalny, ponieważ dostaliśmy prośbę, aby na granicy przejąć dziecko i ojca - dziecko miało białaczkę, a ojciec miał być dawcą szpiku kostnego. Mieliśmy przewieźć ich do szpitala w Rzeszowie. Okazało się jednak, że Ukraińcy nie chcieli wypuścić ojca tego chłopca, ponieważ był w wieku poborowym. Stojąc więc po stronie polskiej, robiłam, co mogłam, negocjując przez telefon i tłumacząc, że chodzi o życie małego chłopca. W końcu, po kilku godzinach, udało się osiągnąć cel.
Kolejne dni przyniosły jasną sytuację - że ta wojna szybko się nie skończy, i że Polska Misja Medyczna kolejny już raz rusza z pomocą tym, którzy w takich sytuacjach cierpią najbardziej.
Czyli osobom chorym, z niepełnosprawnościami, osobom starszym, kobietom w ciąży, młodym mamom, dzieciom. Taki jest cel i sens działalność Polskiej Misji Medycznej w czasie każdej katastrofy humanitarnej, także konfliktu zbrojnego. Natychmiast zaczęliśmy zbierać informacje (a nasz zespół w kilka tygodni powiększył się czterokrotnie) i prowadzić bazę danych około stu kilkudziesięciu szpitali w Ukrainie - chodziło o to, by ustalić, co jest tam najbardziej potrzebne. Zatrudniliśmy m.in. tłumaczki (czyli Ukrainki, które mieszkały w Polsce, dobrze znały nasz język i potrafiły „ogarnąć” ogrom dokumentów), a potem już zaczęliśmy kupować sprzęt medyczny i przekazywać go na drugą stronę granicy. Nasza pomoc była nakierowana głównie na szpitale z oddziałami noworodkowymi. Dzięki wielkiemu wsparciu, jakie dostaliśmy (zarówno od Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego, jak i od kilku ważnych firm oraz od niezliczonej liczby darczyńców), udało nam się zaopatrzyć ok. 57 oddziałów noworodkowych w całej Ukrainie w sprzęt podtrzymujący życie noworodków - wcześniaków, dzieci z niską wagą urodzeniową i z innymi problemami medycznymi. To była olbrzymia operacja logistyczna, a sprzęt musiał być przewożony korytarzem humanitarnym, który powstał w Korczowej. Tylko w ciągu dwóch pierwszych lat wojny przekazaliśmy do Ukrainy sprzęt medyczny o wartości ok. 12 mln zł.
Równolegle Polska Misja Medyczna utworzyła na pięciu przejściach granicznych punkty pierwszej pomocy medycznej, a później zaczęła działać także w samej Ukrainie.
Te punkty działały przez ok. 8 miesięcy. Wiedzieliśmy też, że musimy poszukać organizacji partnerskich, które tam, na miejscu, będą działać we współpracy z nami. Taką organizacją okazała się Frida Ukraina, której medycy wspaniale podjęli się tego zadania, i dzięki którym można było rozpocząć długofalowy projekt medyczny. Ten projekt ewoluował i obecnie, dzięki funduszom MSZ w ramach programu "Polska Pomoc", realizujemy trzyletni projekt, który polega już nie tylko na wspieraniu oddziałów noworodkowych, ale także na współpracy z 27 szpitalami, w których prowadzimy szkolenia dla lekarzy, położnych i pielęgniarek neonatologicznych. Odbywają się też webinary, które na platformach medycznych są bezpłatnie dostępne dla wszystkich lekarzy w Ukrainie. Chcę także podkreślić, że wiele naszych działań jest możliwych dzięki wielkiej wrażliwości ludzi dobrej woli, którzy rozumieją sytuację i nie przestają nas wspierać. Mając zaś solidne zaplecze finansowe, możemy planować długofalowe projekty. Wszystkim za to dziękujemy i prosimy o dalsze wpłaty, bo tylko tak możemy wspólnie ratować czyjeś życie.
Trudno również nie wspomnieć o projekcie klinik mobilnych, które docierają nawet do miejscowości znajdujących się tuż obok linii frontu.
Jest on realizowany dzięki wsparciu od naszych stałych partnerów, m.in. kilku europejskich organizacji pomocowych, a także dzięki pomocy, jaką dostaliśmy od Stanów Zjednoczonych. Nasze kliniki od samego początku pracują w obwodach charkowskim i sumskim - lekarze różnych specjalizacji każdego dnia docierają do innej miejscowości i wracają do niej co dwa tygodnie. Ich mieszkańcy wiedzą więc, że nie zostali sami, i że nie będą pozbawieni dostępu do pomocy medycznej. Jedna z klinik przez rok pracowała także w rejonie kijowskim, opiekując się kobietami ciężarnymi oraz małymi dziećmi. Co więcej, widzieliśmy, że ludzie bardzo potrzebują wsparcia psychologicznego, dlatego i taki specjalista musiał wejść w skład załogi mobilnych klinik. Trudno się dziwić - mieszkając obok linii frontu, bojąc się o życie swoje i swoich bliskich, nie wiedząc, czy przeżyje się kolejną noc, uciekając przed bombardowaniem, każdy cierpi emocjonalnie i mówimy tu o traumie, której nie da się samodzielnie pokonać.
Od samego początku wojny Rosja atakuje obiekty ukraińskiej służby zdrowia - ostatni taki atak miał miejsce 1 lutego, gdy Sowieci uderzyli w szpital położniczy w Zaporożu. Rannych zostało 6 osób. W styczniu i w lutym, w czasie największych mrozów, atakowane były też obiekty infrastruktury krytycznej, w związku z czym praca szpitali była sparaliżowana.
Dzieje się tak z pogwałceniem prawa międzynarodowego. W ostatnim czasie pacjenci szpitali, które zostały pozbawione prądu, musieli być ewakuowani tam, gdzie ten prąd był utrzymany. W domach mieszkalnych temperatura powietrza wynosiła ok. 5 stopni Celsjusza, podobnie jak w pomieszczeniach klinik mobilnych, gdzie lekarze potrzebowali badać pacjentów. Trzeba też dodać, że WHO potwierdziła, iż w ciągu ostatnich 4 lat odnotowano ponad 2900 ataków na placówki medyczne. Rosja zniszczyła prawie 50 oddziałów położniczych Ukrainy, co spowodowało przeciążenie pozostałych placówek i wzrost liczby przedwczesnych porodów oraz powikłań ciążowych. Brakuje neonatologów, a ich obowiązki często muszą przejmować pediatrzy.