Szlachetni ludzie często działają po cichu, bo tak podpowiada im serce. A gdy ktoś chce im za tę dobroć podziękować, są zawstydzeni i mówią, że nie trzeba, że przecież ktoś potrzebuje ich pomocy i nie potrafią przejść obok tego faktu obojętnie. I właśnie dlatego ponad 20 lat temu w głowie o. Stanisława Wysockiego O. Carm. zrodził się pomysł, by zacząć szukać tych, którzy mają piękne serca. Najpierw chodziło tylko o pracowników Szpitala im. Dietla w Krakowie, później o pracowników służby zdrowia ze wszystkich krakowskich szpitali, a jeszcze później - z całej Polski. Z czasem pojawiła się też druga kategoria plebiscytu nagradzająca osoby, które nie są związane z medycyną, i które bezinteresownie pomagają innym - na wszelkie możliwe sposoby.
Plebiscyt na Miłosiernych Samarytan Roku 2025 jak zawsze odbywa się w dwóch kategoriach, a głosowanie trwa do końca kwietnia. W pierwszej kategorii, wraz z Wolontariatem św. Eliasza (redakcja "Gościa Krakowskiego" od lat mocno wspiera plebiscyt) nagradzamy medyków (lekarzy, pielęgniarki, salowych, pracowników systemu ratownictwa medycznego), którzy swoją pracę traktują jako powołanie i wykonują ją z pełnym zaangażowaniem dla pacjenta, często robiąc dla niego "coś więcej", niż zrobiliby inni. W drugiej wyróżniamy ludzi wrażliwych na cudze nieszczęście, którzy zatrzymują się, niczym ewangeliczny Samarytanin i chcą działać. Aby wskazać swojego kandydata do tytułu Miłosiernego Samarytanina, należy podać imię i nazwisko nominowanej osoby, jej numer telefonu lub adres mailowy (kontaktowy) oraz koniecznie trzeba napisać kilka zdań uzasadnienia (nominacje bez uzasadnienia nie są brane pod uwagę). Można napisać tradycyjny list (Wolontariat św. Eliasza, 30-608 Kraków, ul. por. Wąchały 5), list elektroniczny (milosierny.samarytanin.krakow@gmail.com,), wypełnić formularz na stronie www.eliasz.org.pl lub zadzwonić (885 512 500 lub 12/ 263 61 56, od poniedziałku do piątku od godz. 16 do 18). Uroczysta gala podczas której poznamy nagrodzonych odbędzie się 25 maja w Teatrze STU.
Kto tym razem dołączy do grona Samarytan? By zachęcić do zgłaszania kolejnych kandydatur, opowiadamy o tych, którzy już dostali Oscara Dobra. W ubiegłym roku za to, iż nie wahał się jechać do najbardziej niebezpiecznych zakątków świata, by przywracać ludziom nadzieję oraz godność, laureatem został Bartosz Rutkowski, założyciel Fundacji Orla Straż.
Przez 22 lata był zawodowym żołnierzem Wojska Polskiego. Gdy pewnego dnia przeczytał artykuł o torturowaniu i ukrzyżowaniu przez terrorystów z ISIS 12-letniego chłopca (za to, że był chrześcijaninem!), pomyślał o swoich synach - starszy był wówczas rówieśnikiem zamordowanego. Od razu zadał sobie pytanie, czy coś można zrobić, aby uratować choć jedno dziecko przed takim dramatem i… postanowił działać. Odszedł z wojska, a w lutym 2016 r. wyjechał do Iraku. - Musiałem na własne oczy przekonać się, jak wygląda sytuacja i jakie są potrzeby osób poszkodowanych w zamachach - tłumaczy. Przez 18 dni mieszkał z uchodźcami (m.in. w Kurdystanie), którzy opowiedzieli mu o koszmarze, jaki przeżyli. Rozmawiał z kobietami, które były niewolnicami terrorystów, oraz z rodzinami, które straciły bliskich i musiały uciekać, by przeżyć. Wkrótce Opatrzność postawiła na jego ścieżkach Dawida Czyża, który także wiedział, iż nie może spokojnie patrzeć na zbrodnie popełniane przez ISIS. Dawid dołączył do Orlej Straży, która powoli przyciągała kolejne osoby chcące zaangażować się w pomoc humanitarną niesioną tym, którzy przeżyli piekło. Początkowo chodziło głównie o zakup żywności, leków, namiotów, finansowanie pomocy medycznej czy wsparcie żołnierzy walczących z ISIS.
- Nie byłoby dla mnie usprawiedliwienia, gdyby Orla Straż nagle przestała działać. Będę niósł pomoc, dopóki starczy mi sił - obiecuje Bartosz (na zdjęciu obok bp. Antoniego Długosza).
Monika Łącka /Foto Gość
- Naszą zasadą było konsekwentne pytanie, czego ktoś najbardziej potrzebuje i ustalanie tego, jak możemy na to odpowiedzieć. Do dziś tego się trzymamy - wyjaśnia. Bartosz i jego ekipa zaczęli więc pomagać w odbudowaniu zniszczonych domów, spalonych sklepów i zakładów pracy, by ludzie mogli wracać do zwykłej codzienności. Orla Straż rozwijała też skrzydła i swoim działaniem obejmowała kolejne kraje, w których źle się działo - m.in. Egipt, Kongo, Nigerię, Strefę Gazy, Jordanię, Syrię, a ostatnio także Ukrainę. - Gdybym próbował działać sam, nie dałbym rady, dlatego cieszę się, że po 10 latach fundację tworzy sześć osób, i że mamy też kilkunastu wiernych wolontariuszy oraz dziesiątki osób, które nas wspierają. Ja w tej działalności emerytury nie planuję, bo miejsc na mapie świata, gdzie cierpienia nie brakuje, jest wiele. Dlatego nie byłoby dla mnie usprawiedliwienia, gdyby Orla Straż nagle przestała działać, a ja będę niósł pomoc, dopóki starczy mi sił. Potrzebujemy jednak ludzi, dzięki którym możemy planować realizację długofalowych projektów, bo chcąc prowadzić sierociniec, muszę mieć pewność, że nie zabraknie mi pieniędzy na posiłki dla dzieciaków - mówi B. Rutkowski. Te pieniądze są zaś zbierane m.in. w parafiach, od Bałtyku aż po Tatry, a także poza granicami Polski (np. w Wielkiej Brytanii i Norwegii). Wszędzie, gdzie pojawiają się wolontariusze Orlej Straży opowiadający o ofiarach różnych wojen, kruszą się serca nawet najtwardszych słuchaczy. Już za nieco ponad tydzień, w niedzielę 26 kwietnia, Bartosz będzie gościł w parafii Matki Bożej Różańcowej na Piaskach Nowych.
W ubiegłym roku do grona Miłosiernych dołączyły również Halina Matwijiszyn oraz s. Adolorata Powroźnik. Pani Halina to emerytowana już pielęgniarka Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu, która pracy dla dzieci z poważnymi chorobami serc oddała ponad 50 lat życia i… kilka swoich serc. Tak właśnie napisali wszyscy, którzy podpisali się pod listem zgłaszającym jej kandydaturę. Czytając go kapituła konkursu nie miała wątpliwości, że to postać nietuzinkowa. H. Matwijiszyn od zawsze chore maluchy kochała jak własne dzieci. Nigdy też nie liczyła czasu spędzanego przy ich łóżkach. - Pracę zaczynałam, gdy kończyła się budowa szpitala, więc medycyna nie była tak rozwinięta, jak dziś. A na oddziale mieliśmy dzieci z najcięższymi wadami serca - nie zawsze można było je operować… One cierpiały i czekały, by z nimi porozmawiać, a człowiek nie miał sumienia, by je opuścić. Dlatego zostawałam po godzinach i po prostu z nimi byłam, żeby osłodzić im czas. Lekarze też to doceniali - wzrusza się pani Halina i dodaje, że dla tych dzieci była ciocią, do której mogły się przytulić tęskniąc za rodzicami, bo wówczas nie mogli oni spędzać w szpitalu tyle czasu, co obecnie. - Zdarzały się sytuacje, że dla kogoś nie było ratunku. Moje serce wtedy pękało. Nawet inne pielęgniarki mówiły, że nie można aż tak przeżywać śmierci pacjenta, ale ja nie umiałam inaczej - zamyśla się H. Matwijszyn.
- Dla chorych dzieci byłam ciocią, do której mogły się przytulić tęskniąc za rodzicami - wspomina pani Halina.
Monika Łącka /Foto Gość
Siostra Adolorata należy natomiast do zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego i od 4 lat służy osobom chorym, starszym i samotnym z parafii Mariackiej w Krakowie. Oprócz pomagania im w zwykłej codzienności (zakupy, pielęgnacja chorego, sprzątanie mieszkania, wizyty u lekarzy, załatwianie spraw urzędowych), czasem mierzy się także z sytuacjami ekstremalnymi. „To siostra zauważyła mnie, gdy nikt inny już mnie nie widział. Uratowała mnie - za coś takiego samo słowo »Dziękuję« to za mało” - takie słowa do Wolontariatu św. Eliasza napisał ktoś, kto s. Adoloracie sporo zawdzięcza. - Być może był to pan, który - jak się okazało - od trzech dni leżał na podłodze w swoim mieszkaniu i nie miał siły zadzwonić po pomoc. Nie dawało mi spokoju, że nie odbiera telefonu i że nikt go nie widział. Zaalarmowałam więc, kogo się dało, aż w końcu weszła tam straż pożarna. Lekarze powiedzieli, że jeszcze chwila, a nie dałoby się już nic zrobić - zamyśla się s. Adolorata. Głos drży jej też, gdy wspomina drugą podobną sytuację. - Z pewną panią byłyśmy umówione, że jeśli nie będzie chciała otworzyć mi drzwi (długo nie chciała przyjąć żadnej opieki), to zostawiam jej zakupy przy drzwiach i idę dalej. Kiedyś jednak nie zabrała siatek, a ja czułam, że dzieje się coś złego. Znów postawiłam więc na nogi wszelkie służby i znów było to w ostatniej chwili. Ta pani też leżała na podłodze i nie miała siły, by wstać i zadzwonić po pomoc - mówi s. A. Powroźnik. Świadomość, że przyczyniła się do ocalenia czyjegoś życia, jest dla niej wielkim przeżyciem. - To, co robię, traktuję jako skarb i łaskę daną mi od Boga. Bez Jego pomocy nie udźwignęłabym tego - zapewnia.
29 kwietnia minie już rok od śmierci o. Stanisława Wysockiego. Tegoroczny plebiscyt ma więc szczególny charakter, a gala samarytan będzie też sposobem na upamiętnienie zakonnika, któremu tak bardzo zależało, by znajdując szlachetnych ludzi i dziękując im za dobre serce budować żywy pomnik św. Jana Pawła II. O. Stanisław święcenia kapłańskie przyjął bowiem z rąk papieża Polaka, w Rzymie, a potem pracując w Wiecznym Mieście jako kapelan szpitala obserwował, iż służba najsłabszym i najbardziej bezbronnym miała dla Ojca Świętego ogromne znaczenie.
- Padre - jak w Wolontariacie św. Eliasza nazywaliśmy o. Stanisława - nie ma już z nami fizycznie, ale wierzymy, że jest już w niebie, a skoro tak, to jest pośród nas w inny sposób. Tegoroczna edycja plebiscytu nie mogła się więc nie odbyć, bo wielkie byłyby jego rozczarowanie i dramat, gdybyśmy zapomnieli o tym wydarzeniu. Wujek (jestem jego siostrzenicą) co roku zmagał się z problemami finansowymi związanymi z organizacją plebiscytu i gali finansowej, a jednak to było dla niego tak ważne, iż był gotów pukać od drzwi do drzwi szukając instytucji chcących wesprzeć to dzieło. Dlaczego? Ponieważ widział wielką wartość w budowaniu świata na fundamencie ludzkiej dobroci. Jesteśmy bombardowani złymi informacjami, wciąż słyszymy o wojnach i ludzkich tragediach, a przeciwwagą do tego są ludzie, którzy dają innym dobro - bez rozgłosu, bez newsów na pierwszych stronach gazetach. Oni nawet często są onieśmieleni faktem, że by chcemy im za dobro podziękować - komentuje Roksana Pilch, sekretarz Wolontariatu i koordynatorka plebiscytu zachęcając do wzięcia udziału w głosowaniu. Nawet na ostatniej prostej każdy głos się liczy i może nawet ostatniego dnia, czyli 30 kwietnia, pojawi się zgłoszenie kogoś, kto bardzo zasługuje na tytuł Miłosiernego Samarytanina Roku?
Szczegółowe informacje o plebiscycie można też znaleźć TUTAJ.








