Monika Łącka: 30 kwietnia przedstawiciele Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego przyjechali, by podziękować Księdzu Kardynałowi za akcję, w którą w styczniu zaangażowała się archidiecezja krakowska. Gdy wydawało się, że cały świat bezradnie patrzy, jak Kijów zamarza na skutek rosyjskich ataków, podjęcie decyzji, że pomagamy, było dla Księdza Kardynała sprawą oczywistą? Apel o przekazanie składki z jednej niedzieli na rzecz Ukrainy nie wszystkim się spodobał…
Kard. Grzegorz Ryś: Wiem, że od wybuchu wojny archidiecezja krakowska w piękny sposób pomagała Ukrainie. Podobnie było też w Łodzi, gdzie spędziłem ostatnich osiem lat - nie tylko przyjmowaliśmy tam tysiące uchodźców, ale też wybudowaliśmy cztery domy dla ukraińskich rodzin. Decyzja, którą podjąłem w styczniu, była więc kontynuacją tego, co już się działo w obu diecezjach, i odpowiedzią na wiadomość od abp. Światosława Szewczuka. Była odruchem serca i gestem solidarności. Wydaje mi się, że w Polsce wciąż zbyt wiele osób nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, z którą zimą mierzyła się Ukraina. Tam naprawdę trwała walka o życie, zwłaszcza najbardziej bezbronnych ludzi. Powiem więcej - ta walka nie jest skończona, bo choć Ukrainie udało się przetrwać zimę, to otwartym pozostaje pytanie, czy przetrwa kolejną. I nie chodzi o to, że wojna może się jeszcze nie skończyć, tylko o to, kto odbuduje wszystko, co zostało tam zniszczone na skutek ataków Rosji. Myślę o całej infrastrukturze, bez której znów nie będzie prądu, ciepłej wody, ogrzewania. Tego nie da się zrobić w ciągu jednego czy dwóch miesięcy, dlatego wydaje mi się, że pomoc, jaką zaproponowaliśmy, nie może być jednorazowa, tylko musi być systematyczna. Zależy mi, aby wszyscy zrozumieli, iż bardzo nieuczciwe jest mówienie, że na pomocy Ukrainie tracą organizacje charytatywne w naszej diecezji. Zapewniam, że nie tracą, a pomoc niesiona tam, gdzie toczy się wojna, jest sprawdzianem naszego człowieczeństwa.
Jeśli więc będzie taka potrzeba, to nasza diecezja znów będzie uczyła się wrażliwości na dramat sąsiadów, a miniatura generatora prądu, którą dostał Ksiądz Kardynał w prezencie od Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, będzie przypominała, iż warto zachować się "jak trzeba"?
Generatory prądu oraz inne rzeczy, jakie podarowaliśmy Ukrainie, były odpowiedzią na konkretne prośby. Strona ukraińska właśnie dlatego dziękuje za otrzymane wsparcie (np. w tak symboliczny sposób, jakim jest ta miniatura), bo wie, iż to jest sprzęt, który ma służyć też za rok i później. Pomoc żywnościowa, którą również przekazaliśmy, była ważna, ale generatory prądu, magazyny energii, czy przenośne stacje zasilania były wsparciem, od którego zależała i zależy przyszłość. Wiadomo, że pomagaliśmy nie po to, by teraz przyjmować podziękowania i prezenty. I nie nagłaśniamy podziękowań dla swojej chwały, ale po to, by zrównoważyć zafałszowany obraz Ukrainy, który często pojawia się w mediach, i po to, by pokazać inną, dobrą twarz naszych sąsiadów. Bo Ukraina jest wdzięczna za pomoc otrzymywaną z Polski. Wdzięczność wiele razy w ostatnich miesiącach wyrażał chociażby były już konsul Ukrainy w Polsce Wiaczesław Wojnarowśkyj, który bardzo doceniał zimową akcję pomocy dla Kijowa i innych miast.
Jedną z pierwszych i bardzo ważnych decyzji Księdza Kardynała jako metropolity krakowskiego, obok akcji pomocy dla Ukrainy, było otwarcie archiwum krakowskiej kurii. Ten temat mocno rezonował w mediach, jednak wciąż nie wszyscy rozumieją, iż to otwarcie nie oznacza, że teraz każdy może przyjść tam „z ulicy” i dostać wszystko, co zechce.
Uważam, że archiwum powinno być otwarte, ponieważ jest ono miejscem pracy naukowej i poznawania historii. Nie da się opisywać historii bez dostępu do źródeł. Dlatego pierwszymi osobami witanymi w archiwum z otwartymi ramionami są historycy, samodzielni pracownicy nauki, magistrowie i doktorzy historii czy innej pokrewnej dziedziny wiedzy. Archiwum jest też otwarte dla studentów, jednak muszą oni przynieść opinię i polecenie od swojego promotora. Tak było, tak jest i tak będzie. Warto też pamiętać, że praca historyczna ma swoje ograniczenia, wynikające z regulaminów archiwalnych. Takim ograniczeniem jest przede wszystkim tzw. tajemnica archiwalna, która co do zasady wynosi 50 lat, a w archiwach watykańskich aż 70. Te standardy służą ochronie dobrego imienia ludzi, którzy pojawiają się w źródłach, a czasem także chodzi o ich najbliższą rodzinę. Niestety, dziś coraz mniej szanuje się to dobre imię, a efekt jest taki, że są osoby, które przychodzą do archiwum i uważają, że wszystko się im należy i to od ręki. Odpowiadam krótko: nie ma na to zgody. Chcę, by archiwum było otwarte, nie chowam przed badaczami żadnych archiwaliów, ale prace archiwalne muszą odbywać się według ogólnie przyjętych zasad. Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, proponuję, by poszedł np. do Archiwum Miasta Krakowa - okaże się, że i tam dostęp do informacji ogranicza tajemnica archiwalna.
Wydaje się też, iż sporo osób zapomina, że w archiwach nie wszystko można znaleźć i że zgłębiając źródła trzeba zachować dużą ostrożność w formułowaniu wniosków. Myślę chociażby o sytuacjach, które nie zostały utrwalone w postaci dokumentów - gdy np. kard. Karol Wojtyła prosił swojego kierowcę o zawiezienie do parafii, o której wiedział, że potrzebna jest tam interwencja, ale nie zostawiał po tym śladów na piśmie, by informacja nie została wykorzystana przez władze komunistyczne.
To sprawa oczywista, podobnie jak i fakt, że nie wszystko, co znajduje się w archiwach, jest prawdziwe. Są przecież akta, które zostały spreparowane przez bezpiekę, albo przez szeroko rozumiany aparat państwowy i właśnie dlatego ten, kto bada archiwa, musi robić to z wielką odpowiedzialnością i z odpowiednią dawką krytycyzmu. To oznacza, że badacz musi weryfikować dane.
A co z pracami niezależnej komisji, która ma powstać po to, by zbadać zjawisko wykorzystania seksualnego w polskim Kościele?
Ta komisja, która będzie miała charakter historyczny, a nie śledczy, przeanalizuje nie tylko archiwa jawne, ogólnodostępne badaczom (mam na myśli dokumenty obejmujące okres od 1945 do 1976 r.), ale otrzyma również dostęp do zasobów niejawnych. Raport końcowy publikujący wyniki jej prac nie będzie jednak zawierał imion i nazwisk, ale zanonimizowaną wiedzę. W pracy takiej komisji nie chodzi o rozliczanie poszczególnych osób, bo to jest zadaniem sądów, ale o naukowe zbadanie i rzetelne opisanie zjawiska, w oparciu o świadectwa i dokumenty. Ma to służyć Kościołowi w tym, by można było wyciągnąć wnioski na przyszłość i ustrzec się podobnych sytuacji. Musimy wiedzieć, co się stało i dlaczego, jaki był rozmiar dramatu pokrzywdzonych osób, a także na co zwrócić szczególną uwagę, by nie popełniać już tych samych błędów.
Z kolei każde nowe zawiadomienia, które nie były wcześniej ujawnione lub zgłoszone, komisja - zgodnie z prawem - będzie przekazywała właściwej jednostce prokuratury oraz biskupowi danej diecezji, aby były wyjaśniane tak w świetle prawa państwowego, jak i kościelnego.
50 lat minęło także od pierwszego w historii archidiecezji krakowskiej synodu zwołanego przez ówczesnego metropolitę, kard. Karola Wojtyłę. Drugi synod zapowiedział Ksiądz Kardynał już podczas ingresu, a jego otwarcie nastąpiło 14 marca. Owocem synodu, który trwał w latach 1972-1979 było m.in. powstanie Towarzystwa Przyjaciół Chorych Hospicjum św. Łazarza, rozkwit duszpasterstw młodzieżowych, powstanie kursów dla narzeczonych, powołanie duszpasterskich rad parafialnych. Jakich owoców aktualnego wydarzenia spodziewa się Ksiądz Kardynał, idąc po śladach swego wielkiego poprzednika?
Pierwszy synod służył przełożeniu Soboru Watykańskiego II na język lokalny i to się udało. Jego owocem była wówczas m.in. popularność Ruchu Światło–Życie, czy Domowego Kościoła. Jan Paweł II mówił nawet, że oaza to Sobór Watykański II przełożony na język kościelnego ruchu. Po obecnym synodzie spodziewam się więc przede wszystkim owoców lokalnych, a najbardziej zależy mi, by w każdej parafii pojawiło się grono osób, które chcą nie tylko "gadać", ale nade wszystko potrafią zdiagnozować stan swojej wspólnoty, zaangażować się i szukać sposobów do jej rozwoju. Na refleksji lokalnej będziemy potem budować szerszą refleksję, a pierwsze syntezy parafialne poznamy już 20 czerwca. Resztę pozostawmy więc Duchowi Świętemu, bo to On podpowie, jakie powinny być owoce synodu.
Synod, w zamyśle Księdza Kardynała, powinien być w takim razie narzędziem do zdiagnozowania tego, w jaki sposób działają poszczególne parafie i co można zrobić, by działały lepiej?
Myślę, że nade wszystko chodzi o to, by i księża pracujący w poszczególnych parafiach i ludzie, którzy te parafie tworzą, poczuli się prawdziwie siostrami i braćmi w wierze. Czasem bywa bowiem tak, że świeccy mają wiele pomysłów i inicjatyw, które bez wątpienia podsuwa Duch Święty, ale zderzają się oni z brakiem otwartości ze strony kapłanów. Warto coś w tym temacie zmienić i zacząć współtworzyć rzeczywistość parafialną. Nie bez powodu parafialne zespoły synodalne pracują, opierając się na dokumencie końcowym synodu o synodalności - ten dokument wyrósł z pracy lokalnych wspólnot całego Kościoła powszechnego, więc zapisane tam wnioski nie są oderwane od rzeczywistości. Można się do nich odnieść w kontekście tego, co dzieje się w parafiach archidiecezji krakowskiej.
W archidiecezji łódzkiej, gdzie również ogłosił Ksiądz Kardynał synod, ten pomysł się sprawdził? Można było dostrzec konkretne efekty tego wydarzenia?
Jak najbardziej. Przy całym smutku, jaki towarzyszył mi w związku z pożegnaniem z tą archidiecezją, czułem też radość i satysfakcję. Widziałem bowiem, że zostawiam Kościół, który stał się podmiotowy i to jest właśnie owoc kilku lat trwania synodu. Tego, co udało się wypracować, życzę każdemu biskupowi. Powiem więcej: czas, który spędziłem w Łodzi, był dla mnie bardzo ważny - patrzę na te lata i na wszystkie decyzje, jakie tam podejmowałem z wiarą, że to Pan Bóg mnie tam postawił, a ja tylko próbowałem podołać zadaniu.
Od ingresu do katedry na Wawelu minęło 5 miesięcy. Poczuł już Ksiądz Kardynał, że na nowo jest u siebie? Że choć Łódź była ważna, to jednak Kraków jest domem, do którego się wróciło?
Myślę, że uczciwie będzie powiedzieć, że proces mojego wchodzenia w diecezję wciąż trwa - nie mogę zapewnić, że mam już ogląd wszystkiego, ani nawet, że udało się rozwiązać najważniejsze sprawy, które były do rozwiązania. Na pewno bardzo się staram - każdego dnia przyjmuję od 20 do 30 osób, bywam też w wielu miejscach i każdy dzień jest wypełniony poznawaniem rzeczywistości. Doba ma jednak tylko 24 godziny i jest zbyt dużo sytuacji, które wciąż mnie zaskakują i które wymagają czasu. Dlatego chcę mocno podkreślić, że nawet, jeśli są osoby, które mają poczucie, że ich sprawa zbyt wolno idzie do przodu, to proszę, by uwierzyły, że szybciej się nie da. Proszę o cierpliwość - mam w pamięci wszystko, co zostało mi zgłoszone.
Wracając do tematu synodu - może efektem ożywienia w parafiach archidiecezji krakowskiej będą nowe powołania? 22 maja świętował Ksiądz Kardynał 38. rocznicę przyjęcia święceń. Wtedy cały rocznik liczył aż 66 nowych kapłanów. Za kilka dni - 30 maja - święcenia przyjmie tylko 4 nowych kapłanów archidiecezji krakowskiej, a w tym roku i w przyszłym na emeryturę przejdzie aż 32 księży. Mamy dziurę, którą trudno będzie załatać…
Powołanie zawsze rodzi się w kontekście wiary, dlatego kluczowe jest pytanie o wiarę młodych (i nie tylko) ludzi oraz o jakość życia wspólnotowego, które im proponujemy. Musimy zrobić wszystko, by być blisko młodych i żeby ta nasza propozycja nie kończyła się na lekcji religii w szkole; żeby młodzi mieli przestrzeń w Kościele, za którą będą czuć się odpowiedzialni. W naszej diecezji dużo dzieje się w tym temacie, więc może wystarczy to zintensyfikować i otwarcie mówić, że potrzebujemy nowych kapłanów i nowych osób życia konsekrowanego. Jestem przekonany, że Pan Bóg nie przestał powoływać. To raczej my nie dajemy mu właściwych narzędzi dotarcia do serc młodego pokolenia…
Przed laty takie roczniki, jak ten Księdza Kardynała, spowodowały, że seminarium pękało w szwach i pewnie w tym zjawisku miał swój udział wybór Karola Wojtyły na papieża. A co stało się dziś, że w krakowskim seminarium jest tak pusto? Można pokusić się o próbę diagnozy sytuacji?
Gdy byłem klerykiem, w seminarium na wszystkich rocznikach było nas ponad 400 alumnów. Gdy w 2007 r. zostałem rektorem krakowskiego seminarium, kleryków było w sumie 170 i nadal mówiło się, że seminarium pęka w szwach. Co zaś stało w ciągu ostatnich 20 lat? Przyczyna na pewno nie jest tylko jedna.
Na moim roczniku ok. 80 proc. z nas było związanych z Ruchem Światło–Życie, a 30 proc. było animatorami. Oazowa formacja nie zmienia się, dlatego trudno nie zapytać, co powoduje, że młodzi mężczyźni należący dziś do Ruchu nie wstępują do seminarium. Z kolei gdy byłem rektorem, zdarzało się, że na pierwszy rok przychodziło nawet kilku chłopców, którzy uczyli się w tej samej klasie w szkole średniej. Można więc przypuszczać, że na ich wybór drogi życiowej mocno wpłynął katecheta, którego spotkali. Pamiętajmy też, że seminarium jest czasem dochodzenia do decyzji o kapłaństwie i bywa, że inne są przyczyny, dla których przychodzi się do seminarium, a inne dla których finalnie zostaje się księdzem.
Jedną z przyczyn kryzysu powołań mogą być również wszystkie smutne sytuacje w Kościele, o których tak dużo mówi się w mediach, oraz ataki na Jana Pawła, które próbują podważać jego świętość i autorytet.
Na trudne rzeczy inaczej patrzy człowiek, a inaczej Pan Bóg, który z tego, co złe potrafi wyciągnąć dobro. Pamiętam taki rok, w którym z zakonu dominikanów odeszło wielu braci, także tych bardzo znanych. Efekt był taki, że dominikanie mieli wtedy największą liczbę chętnych do wstąpienia do zakonu, bo ta krytyczna sytuacja sprowokowała młodych mężczyzn do reakcji. Oni w dojrzały sposób spojrzeli na swoją relację z Jezusem i zdecydowali, że nie chcą zrażać się do Kościoła tylko dlatego, że odszedł z niego ktoś uważany za "gwiazdę kapłaństwa". Oni postanowili, że chcą iść za Jezusem i że kryzys mobilizuje ich do skoku na głęboką wodę.
Wiele osób zadaje sobie dziś także pytanie o przyczynę masowych nawróceń we Francji i w Wielkiej Brytanii. To jest rzeczywistość łaski, którą po ludzku trudno zrozumieć - wiarę odkrywają tam przecież młodzi ludzie, którzy nigdy wcześniej wiarą nie żyli, bo ona nie miała im nic do zaproponowania. A nagle tysiące osób przyjmują chrzest.
Pozostaje mieć nadzieję, że i krakowskie seminarium znów będzie pękać w szwach.
Od momentu objęcia urzędu metropolity krakowskiego często powtarza Ksiądz Kardynał, iż chce być "Franciszkowy", czyli wypełniać to, czego uczył nas papież Franciszek. Otwierając synod, powiedział Ksiądz Kardynał także, iż bycie następcą tak wielkiego człowieka, jakim był kard. Karol Wojtyła, oraz próba pójścia po jego śladach w roli metropolity, to wielkie zobowiązanie. Kim więc on był i jest dla Księdza Kardynała?
Mam głębokie przekonanie, że wszyscy ostatni papieże, zaczynając przynajmniej od Jana XXIII, szli po śladach swojego poprzednika, robiąc to „po swojemu”, bo każdy z nich był wielką osobowością. Jan Paweł II był natomiast pierwszym papieżem, którego świadomie słuchałem, będąc uczniem szkoły średniej. Będąc już księdzem czytałem wszystko, co napisał i dziś wiele tekstów Ojca Świętego znam na pamięć. Gdy więc mówię, że chodzę po śladach Franciszka, to dlatego, że za czasów Franciszka byłem biskupem, choć mianował mnie nim jeszcze Benedykt XVI. Idę także po śladach Leona XIV, bo to on jest obecnie Piotrem, a za aktualnym Piotrem powinien iść każdy, kto jest wierzący. Z tego powodu nigdy nie rozumiałem, jak można przeciwstawiać jednego papieża drugiemu. Tak nie wolno.
Warto też dodać, w kontekście ataków na Jana Pawła II, że świętość nie oznacza ani bezgrzeszności, ani tego, że człowiek jest nieomylny. Człowiek jest uznany za świętego, ponieważ tak zdecydował Kościół, analizując i badając całe jego życie, jednak do świętości ów święty rozwijał się przez całe życie. I trudno wymagać od człowieka, który żył wiele lat temu, by na różne sprawy patrzył wówczas tak, jak my je dziś widzimy i oceniamy, i aby nie popełniał błędów.
Za nieco ponad dwa miesiące rozpocznie się 46. Piesza Pielgrzymka Krakowska. Słyszałam, że planuje Ksiądz Kardynał wrócić na pątniczy szlak i nie chodzi tylko o to, by odwiedzać maszerujące wspólnoty?
To prawda. 6 sierpnia wychodzę z Krakowa ze Wspólnotą Śródmiejską, a potem każdego dnia będę szedł z inną wspólnotą. Chcę tę pielgrzymkę przejść, tak, jak przed laty chodziłem na Jasną Górę, bo nie wiem, co miałbym w tym czasie robić innego jako biskup. Siedząc w kurii, na pewno nie spotkam tylu ludzi, którzy przez sześć dni chcą się modlić, słuchać Ducha Świętego, spowiadać się, uczestniczyć w Eucharystii, rozmawiać z kapłanem… Pielgrzymka jest pięknym wydarzeniem lokalnego Kościoła i nie chcę tego przegapić. Jest też pięknym obrazem współodpowiedzialności świeckich za Kościół - spróbujmy przenieść potem to doświadczenie na rzeczywistość parafialną.








