W beatyfikacyjnej Mszy św. 9 salezjańskich męczenników II wojny światowej wzięło udział kilka tysięcy osób. Wśród nich było wielu krewnych tych zakonników.
Nie kryli oni wzruszenia faktem, iż Kościół katolicki postanowił wynieść do chwały ołtarzy osoby, o których słyszeli od dzieciństwa i że dane jest im uczestniczyć w tak podniosłym wydarzeniu. Przyznawali także, że już od dawna, obserwując najpierw trwający proces beatyfikacyjny, a później już przygotowania do uroczystości, w swoich rodzinach modlili się (i nadal się modlą) za wstawiennictwem nowych błogosławionych.
- Jestem córką brata ks. Ludwika Mroczka, a więc nowy błogosławiony jest dla mnie wujkiem. Zawsze był mi bliski, a teraz stał się jeszcze bliższy, a że mam już swoje lata, to siedzę tutaj i płaczę - z radości i wzruszenia - mówiła Krystyna Nycz, przekonując, że my, żyjący w XXI wieku, nie tylko możemy, ale nawet powinniśmy iść po śladach nowych błogosławionych, bo to byli dobrzy i szlachetni ludzie. - To, czego doświadczyli w Auschwitz, było straszne i dramatyczne, dlatego trudno nie zadawać sobie pytania, gdzie był Bóg, że na to pozwolił. Jednak On z tego męczeństwa wyprowadził dzisiejszą beatyfikację, wspaniałe święto, które pokazuje, że ci zakonnicy są szczęśliwi w chwale nieba - przekonywała pani Krystyna.
Uwagę zebranych w sanktuarium św. Jana Pawła II na Białych Morzach ciepłym uśmiechem zwracała też starsza pani siedząca na wózku inwalidzkim bardzo blisko ołtarza. Była to cioteczna siostrzenica ks. Włodzimierza Szembeka. Jak opowiadała, w muzeum, jakie obecnie znajduje się na terenie byłego obozu koncentracyjnego Auschwitz, można zobaczyć wiele fotografii więźniów. Na większości z nich widać przerażone twarze, dlatego pośród nich wyróżnia się zdjęcie ks. Szembeka. - Jego trzy fotografie przedstawiają wyraz twarzy generała, który wygrał bitwę. Warto te fotografie pokazać światu - mówiła Zofia Dzieduszycka-Plater, dodając, że jest zadziwiona, a nawet zaskoczona tym, iż dożyła chwili beatyfikacji swojego krewnego. Widocznie tam gdzieś, w niebie, Bóg uznał, aby o ks. Szembeku opowiadała jeszcze wnukom i prawnukom i młodemu pokoleniu.
Pani Zofii towarzyszyli też Melania oraz Mateusz Dzieduszyccy. - Ciocia ks. Szembeka była moją prababcią, dlatego bardzo czujemy to bliskie pokrewieństwo. Powiem więcej - czujemy się spadkobiercami błogosławionego Włodzimierza Szembeka - mówił pan Mateusz. Jak również opowiadał, jego dziadek Włodzimierz Dzieduszycki, pośród swoich potomków miał aż 18 osób konsekrowanych, w tym dwóch błogosławionych - o. Michała Czartoryskiego i teraz także ks. Włodzimierza Szembeka. - To, co nazywamy wychowaniem chrześcijańskim, ma głęboki sens, bo okazuje się, że fundamenty, które przechodzą z pokolenia na pokolenie, potem mogą zaowocować świętością. Ta świętość, ogłoszona dziś przez Kościół, przyciągnęła nas tak licznie do tej świątyni i razem jesteśmy tutaj pod parasolem Bożego błogosławieństwa i miłosierdzia - zauważył Mateusz Dzieduszycki. Jego zdaniem dzisiejszy dzień przypomina nam o gotowości do ponoszenia ofiary oraz o wierności swojemu powołaniu. Pani Melania stwierdziła z kolei, iż przykład ks. Szembeka udowadnia, że nigdy nie jest za późno, żeby pójść za powołaniem i za głosem Pana Boga. - Bardzo późno wstąpił do zakonu i w tym powołaniu się spełnił. Często mówimy o tym naszym dzieciom. Co więcej, można się wychowywać w trudnych warunkach, a potem dojść do świętości i na tę świętość sobie zapracować. Ważne jest tylko, by zaufać Panu Bogu - opowiadała pani Melania. Państwo Dzieduszyccy nie mają także wątpliwości, iż bł. ks. Szembek jest dla nich kimś bardzo ważnym. - Gdy przyszła wiadomość, że szykuje się jego proces beatyfikacyjny, to znając historię jego, jego rodziny, późnego powołania, pomyślałem sobie: to będzie taki mój święty. I jest mój święty! - cieszy się Mateusz Dzieduszycki.
Wzruszenie malowało się też na twarzy Marka Lubowieckiego, który - poprzez swoją żonę - jest spokrewniony z ks. Franciszkiem Miśką. Jak przekonywał, postać tego kapłana może nas inspirować do tego, by żyć odważniej. - Nie żyjemy w czasach wojny i nie musimy podejmować tak dramatycznych decyzji, jak nowi błogosławieni, ale i nasze czasy nie są lekkie, a świat chce zapomnieć o Bogu i o wierze. Salezjańscy męczennicy nie wyrzekli się jej, nie dali się złamać. Wytrwali, aż do końca - zauważył pan Marek.