Boże miłosierdzie nie potrzebuje paszportu

- Człowiek przemieniony przez miłosierdzie zaczyna zmieniać świat, promieniując nadzieją - mówi ks. Wojciech Kościelniak, kapłan archidiecezji krakowskiej, który od 35 lat pracuje w Tanzanii. Wybudował tam Narodowe Sanktuarium Bożego Miłosierdzia.

Monika Łącka: Gdy 17 sierpnia 2002 r. Jan Paweł II zawierzał świat Bożemu Miłosierdziu, pewnie nie przypuszczał Ksiądz, jaki scenariusz dla Kiabakari napisze Opatrzność i jak wiele ta data zmieni w Księdza życiu?

Ks. Wojciech Kościelniak: To prawda. O dniu 17 sierpnia 2002 r. myślę już inaczej, niż wtedy. Są bowiem w życiu takie wydarzenia, których znaczenie rozumiemy dopiero po latach, w retrospekcji, gdy widzimy, że człowiek był w jakimś miejscu, słuchał jakichś słów, coś przeżywał, ale jeszcze nie wiedział, że Pan Bóg w Miłosierdziu swoim właśnie zapisywał pierwsze zdanie konkretnej historii. I ja zrozumiałem, że ta data ma podwójne znaczenie dla Kiabakari i dla mnie. Rok wcześniej, 17 sierpnia 2001 r., biskup diecezji Musoma, do której należy Kiabakari, ogłosił bowiem (w obecności ówczesnego Nuncjusza Apostolskiego w Tanzanii) nasz parafialny Kościół pw. bł. Piera Giorgia Frassatiego i św. Gemmy Galgani Diecezjalnym Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Dzisiaj, kiedy patrzę na Kiabakari, na Narodowe Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, na Dzwon Nadziei, który otrzymaliśmy z krakowskich Łagiewnik, na „Dzienniczek” św. Faustyny przetłumaczony na język kiswahili (jak Bóg da, przekażemy go Kościołowi Wschodniej Afryki, posługującemu się tym językiem, 11 października podczas Mszy św. kończącej pielgrzymkę czcicieli Miłosierdzia Bożego Wielkich Apostołów Miłosierdzia Bożego), a nade wszystko gdy patrzę na ludzi przychodzących do Jezusa Miłosiernego, odmawiających Koronkę w Godzinę Miłosierdzia, modlących się przed obrazem Jezusa Miłosiernego i przy relikwiach św. Faustyny, św. Jana Pawła II oraz bł. ks. Michała Sopoćki, myślę: "Panie Boże, Ty to wszystko wiedziałeś. Ja nie wiedziałem".

"Iskra z Łagiewnik" nie jest więc dla Księdza tylko pięknym sloganem?

Po latach odkrywam, że „iskra z Łagiewnik” nie jest dla mnie jedynie pięknym obrazem czy historycznym zdaniem wypowiedzianym przez Jana Pawła II. Ona naprawdę dotarła do Afryki, do Tanzanii, do Kiabakari, a ja otrzymałem ogromną łaskę, ale również odpowiedzialność, aby tej iskry nie zatrzymać dla siebie. Mam również świadomość, iż moje spotkanie z Bożym Miłosierdziem dokonało się już podczas I Komunii Świętej, 9 maja 1972 r., w kościele parafialnym w Arce Pana (wtedy jeszcze to była stara kaplica) w Nowej-Hucie-Bieńczycach. Do dziś z czcią przechowuję czarno-biały, mały obrazek Pana Jezusa Miłosiernego z tekstem Koronki do Bożego Miłosierdzia, który wtedy otrzymałem. Przez kolejne lata Koronka towarzyszyła mi i przypominała o orędziu Miłosierdzia Bożego, chociażby w momentach śmierci moich bliskich i przyjaciół, przy których - gdy odchodzili -  odmawiałem tę modlitwę.

A potem przyszła decyzja o kapłaństwie oraz o wyjeździe z Polski i podjęciu pracy misyjnej. W tym też musiał być Boży plan, który zaowocowało wybudowaniem w Tanzanii Sanktuarium Bożego Miłosierdzia? W dodatku zostało ono podniesione do rangi sanktuarium narodowego.

W Tanzanii pracuję od stycznia 1991 r. Gdy dwa miesiące później po raz pierwszy przyjechałem do Kiabakari (które wtedy było jeszcze stacją wyjazdową Misji Zanaki), w jednej chwili otrzymałem w duszy wizję, a może zadanie, czy też informację od Pana Boga, że to niewielkie wzgórze, porośnięte krzakami, bez jednego drzewa, zostało przez Miłosierdzie Boże wybrane jako Wzgórze Miłosierdzia Bożego, gdzie cały człowiek - a więc jego dusza, umysł i ciało - będzie przeniknięty promieniami Miłosierdzia Bożego - w duszy, w umyśle i w ciele. I że stąd ma promieniować Miłosierdzie Boże na całą Tanzanię i Wschodnią Afrykę. Chodziło o to, by człowiek spotkał tutaj Miłosiernego Jezusa, a potem sam stał się miłosierdziem dla drugiego człowieka.

Po ogłoszeniu Kiabakari jako diecezjalnego sanktuarium Miłosierdzia Bożego (17 sierpnia 2001 r.), biskupi Prowincji Jeziora Wiktorii zachęceni przez biskupa diecezji Musoma, wystąpili z petycją do Konferencji Episkopatu Tanzanii by podnieść je do rangi Narodowego Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. I tak się stało. 3 października 2018 r. nuncjusz apostolski w Tanzanii (abp Marek Solczyński) w imieniu Episkopatu Tanzanii ogłosił Kiabakari Narodowym Sanktuarium Miłosierdzia Bożego.

Pomiędzy rokiem 2001, a śmiercią św. Jana Pawła II miał Ksiądz możliwość opowiedzenia mu o tym wielkim dziele, jakie dokonywało się w Tanzanii?

Ostatni raz spotkałem się z Ojcem Świętym na jesieni 2001 r., krótko po ogłoszeniu Kiabakari Diecezjalnym Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Podzieliłem się z Ojcem Świętym tą wiadomością i otrzymałem Jego błogosławieństwo na dalszą drogę rozwoju sanktuarium.

Mieszkańcy Tanzanii przyjęli do serca kult  Bożego Miłosierdzia i chcą żyć w bliskości Jezusa Miłosiernego?

Zdecydowanie tak i to jest dla mnie jednym z największych cudów tych lat. Orędzie Miłosierdzia Bożego przekazane nam przez św. w Faustynę jest najbardziej dynamicznie rozwijającym się ruchem apostolskim, duchowością i nabożeństwem w Tanzanii. Dzięki Radio Maria Tanzania, gdzie od kilku lat prowadzę cotygodniowe audycje o Miłosierdziu Bożym, sanktuarium w Kiabakari jest znane w całej Tanzanii, a orędzie o Miłosierdziu Bożym dociera wszędzie. Efektem tych audycji są pielgrzymki do Kiabakari ze wszystkich stron Tanzanii.

Na początku pewnie można było pomyśleć, że skoro Faustyna była Polką, Jan Paweł II był Polakiem, a Łagiewniki to Kraków, czyli też Polska., to czy to wszystko nie będzie dla Afrykańczyka czymś obcym, europejskim? Okazało się, że nie. Dlaczego?: Ponieważ miłosierdzie nie potrzebuje paszportu, a człowiek tak samo cierpi w Krakowie, Kiabakari, czy w jakimkolwiek innym miejscu. Tak samo potrzebuje też przebaczenia, boi się o swoje dzieci, przeżywa chorobę i śmierć. Tak samo potrzebuje w końcu nadziei, i tak samo chce usłyszeć, że jego grzech, bieda, słabość czy życiowa porażka nie są ostatnim słowem jego historii. Dlatego słowa "Yesu, ninakutumainia" ("Jezu, ufam Tobie") zostały tutaj przyjęte bardzo naturalnie. Ludzie bardzo chętnie odmawiają Koronę, Godzina Miłosierdzia gromadzi wiernych, a obraz Jezusa Miłosiernego jest rozpoznawalny i bliski każdemu. Mieszkańcy Tanzanii przychodzą do Niego ze swoimi bardzo konkretnymi historiami, zaś sakrament pojednania jest chwilą konkretnego doświadczenia Miłosierdzia.

Skoro tak, to równie ważny musi być dla nich "Dzienniczek" przetłumaczony na język kiswahili.

Tak, bo nie chodzi tylko o przetłumaczenie książki z jednego języka na inny. Chodzi o to, by Jezus przemówił zarówno do pojedynczego człowieka językiem jego serca, jak i do całej wspólnoty ok. 200 milionów ludzi, posługujących się kiswahili w krajach Afryki Wschodniej. Kiedy zaś orędzie Miłosierdzia zaczyna być wypowiadane w kiswahili, przestaje być „polskim nabożeństwem przywiezionym przez polskiego misjonarza”. Staje się własnością tutejszego Kościoła. I to jest dla mnie bardzo ważne, ponieważ misjonarz nie powinien uzależniać dzieła od siebie. Powinien doprowadzić do takiego momentu, kiedy ludzie powiedzą: to już jest nasze. Myślę, że to się dzieje z Bożym Miłosierdziem w Tanzanii.

Boże miłosierdzie nie potrzebuje paszportu   Kiedy orędzie Miłosierdzia zaczyna być wypowiadane w języku kiswahili, przestaje być "polskim nabożeństwem przywiezionym przez polskiego misjonarza". Staje się własnością tutejszego Kościoła. Archiwum ks. Wojciecha Kościelniaka

Skoro miłosierdzie pisze scenariusz Księdza życia, trudno nie zapytać, czym ono dla Księdza jest i czy czuje się Ksiądz apostołem Bożego Miłosierdzia w Tanzanii?

Boże Miłosierdzie nie jest dla mnie jednym z tematów duszpasterskich, ani tylko nabożeństwem, które dołączyłem do programu parafii. Boże Miłosierdzie stało się modus vivendi, modus credendi i modus operandi mojego życia, czyli sposobem patrzenia na Boga, na człowieka i na moje własne kapłaństwo, a im jestem starszy, tym bardziej rozumiem, że ostatecznie wszyscy żyjemy z Miłosierdzia. Ani nie z własnej doskonałości, ani nie z sukcesów, ani nie z tego, ile zbudowaliśmy, napisaliśmy czy zorganizowaliśmy. Żyjemy dlatego, że Bóg każdego ranka jeszcze raz mówi człowiekowi: "ufam ci, zaczynamy od nowa".

Dlatego nie chciałem, aby Kiabakari było Sanktuarium Bożego Miłosierdzia tylko z nazwy, bo jeżeli człowiek modli się przed obrazem Jezusa Miłosiernego, a potem wychodzi z kościoła i nie zauważa chorego, głodnego dziecka, samotnego starca, czy rodziny potrzebującej pomocy, czegoś nie zrozumieliśmy. Bardzo bliska jest mi prosta wizja: Miłosierdzie Boże obejmuje całego człowieka, a więc jego duszę, ciało i umysł. Dusza potrzebuje sanktuarium, Eucharystii, sakramentu pojednania, słowa Bożego, adoracji. Ciało potrzebuje lekarza, lekarstwa, rehabilitacji, jedzenia, bezpieczeństwa i ludzkiej godności. Umysł potrzebuje szkoły, książki, wychowania, możliwości rozwoju i nadziei na przyszłość. Dla mnie to wszystko jest jednym wielkim dziełem Miłosierdzia.

I dlatego obok sanktuarium w Kiabakari musiały powstać konkretne dzieła służące człowiekowi, czyli szkoła, ośrodek służby zdrowia…?

Oczywiście, i nie jest to działalność dodatkowa wobec kultu Bożego Miłosierdzia. To jest dalszy ciąg orędzia Miłosierdzia Bożego. Koronkę zaczynamy w kościele, ale jej ostatnie „miej miłosierdzie dla nas i całego świata” powinno być wypowiedziane naszymi rękami. Pytała pani, czy czuję się apostołem Bożego Miłosierdzia w Tanzanii. Chciałbym nim naprawdę być, jednak największym zaszczytem jest i pozostanie dla mnie na zawsze wyznaczenie mnie przez Ojca Świętego Franciszka jako jednego z Misjonarzy Miłosierdzia. Dyplom wybrania na Misjonarza Miłosierdzia mam oprawiony i umieściłem w domowej kaplicy, by codziennie przypominać sobie, jakie jest moje zadanie i kim mam się starać być. Jeżeli przez moje kapłaństwo choć jeden człowiek bardziej zaufał Bogu, ktoś po latach wrócił do spowiedzi, choremu przywróciliśmy nadzieję, dziecko otrzymało możliwość nauki, ktoś samotny odkrył, że nie jest zapomniany, a dzięki "Dzienniczkowi" ktoś w Tanzanii usłyszy Jezusa mówiącego do niego w jego własnym języku, wtedy mogę powiedzieć, że iskra naprawdę płonie.

Dzwon Nadziei, który łączy Kiabakari z Krakowem-Łagiewnikami, ma dla mnie właśnie takie znaczenie. Dzwon nie istnieje po to, żeby milczeć. Ma wołać i tak rozumiem swoją misję. Łagiewniki zapaliły iskrę, a Kiabakari nie może jej zatrzymać. Musi przekazywać ją dalej, bo miłosierdzie, które zatrzymujemy tylko dla siebie, przestaje być miłosierdziem. A czy ono przemienia rzeczywistość Tanzanii? Tak. Ale nie zawsze poprzez wielkie wydarzenia. Najczęściej przemienia ją po cichu: człowiek po człowieku, rodzina po rodzinie, serce po sercu. Rozmowa po rozmowie.

I chyba po tylu latach misji właśnie w to wierzę najmocniej: że Boże Miłosierdzie nie zmienia świata przez wielkie programy. Zmienia serce jednego człowieka. A przemieniony człowiek zaczyna zmieniać świat wokół siebie promieniując nadzieją. Jak mała świeczka, która potrafi oświetlić ciemność wokół siebie.

« 1 »

Funkcja zapisywania artykułów jest dostępna tylko dla zalogowanych użytkowników.