Czerwony żuk przyjechał do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, potem odwiedził Sanktuarium Pasyjno-Maryjne w Kalwarii Zebrzydowskiej, a całą niedzielę spędził przy Bazylice Mariackiej. Jutro rusza w dalszą drogę, by promować hospicjum w Wilnie.
Do celu, czyli do Hospicjum bł. Michała Sopoćki, planują dojechać za tydzień, w niedzielę 13 września, a po drodze zatrzymają się jeszcze w wielu miastach Polski, m.in. w Chęcinach, Kielcach, Warszawie, Działdowie i Łomży. W każdym z nich będą opowiadać o hospicjum prowadzonym przez s. Michaelę, o kosztach utrzymania tego miejsca, o pacjentach, którzy idą już przez most prowadzący do nieba i niebawem spotkają się z Bogiem, oraz o tym, że pomagając hospicjum (czy to poprzez wolontariat, czy wpłacając datek), pomaga się cierpiącemu Chrystusowi.
- Ja tak to właśnie czuję, że posługując w części dziecięcej hospicjum, podaję rękę Chrystusowi, który mnie potrzebuje - przyznaje Daria (ma polskie korzenie, mieszka w Wilnie). To wolontariuszka, która nie tylko spędza czas z bardzo chorymi dziećmi, ale też robi wszystko to, co robi się w domu - prasuje, wiesza firanki, myje podłogi. Gdy dowiedziała się o pomyśle akcji "Żukiem dla życia", nie miała wątpliwości, że chce wybrać się w tę niezwykła podróż i grą na wiolonczeli zachęcać napotykanych ludzi do wspierania hospicjum. - Mój brat gra na klarnecie i muzyka rzeczywiście skłania przechodniów do zatrzymania się i zainteresowania, kim jesteśmy. I to cieszy, bo hospicjum wiele znaczy w życiu mojej rodziny i chcemy dołożyć swoją cegiełkę do uzbierania potrzebnej kwoty - przekonuje. Gdy rozmawiamy, Daria i jej brat grają akurat przebój Anny Jantar "Tyle słońca w całym mieście". Muszą dawać z siebie wszystko, bo wiatr, który bardzo mocno wieje na zacienionym dziedzińcu Bazyliki Mariackiej, tuż obok krakowskiego Rynku Głównego, próbuje wszystko zagłuszyć.
Tyle słońca w całym mieście
- Ja też jestem wolontariuszem, i to mianowanym przez s. Michaelę, jednak nie opiekuję się chorymi, tylko wykonuję różne inne, niezbędne zadania, najczęściej techniczne. Jak trafiłem do tego miejsca? Bożym przypadkiem - potrzebowałem porozmawiać z s. Michaelą, a że akurat szukała kogoś, kto pomoże rozpakować paczki, to poprosiła, abym się tym zajął i stwierdziła, że od tego dnia będę wolontariuszem. Jestem do dziś, podobnie jak i moja żona oraz dwie córki - uśmiecha się Piotr. Prowadzi m.in. projekt "Kalendarz wileński", czyli cegiełkę wspierającą hospicjum, a teraz zaangażował się w akcję "Żukiem dla życia".
- Bardzo się cieszę, że nasz samochód został już zauważony przez media, i że o akcji robi się coraz głośniej. Może dzięki temu uda się uzbierać 350 tys. zł, czyli kwotę pokrywającą miesięczny koszt utrzymania tego jedynego na Litwie hospicjum. W Wilnie jest bowiem tak, że państwo dofinansowuje połowę tych miesięcznych kosztów, a drugą połowę trzeba użebrać, jak mawia s. Michaela. Prosimy więc dobrych ludzi o wsparcie - opowiada Piotr, dodając, że w hospicjum jest miejsce dla każdego potrzebującego, bez względu na wyznanie czy pochodzenie. Co ważne, wśród tych potrzebujących sporo jest osób polskiego pochodzenia.
S. Michaela zachęca do wsparcia akcji i dziękuje za każde dobro.
Archiwum akcji "Żukiem dla życia"
- Warto jeszcze dopowiedzieć ważną rzecz: Hospicjum bł. Michała Sopoćki powstało dokładnie w tym samym miejscu, w którym Eugeniusz Kazimirowski przed laty malował obraz Jezusa Miłosiernego, i w którym widzenia miała św. Faustyna. Dziś to miłosierdzie dzieje się tam w praktyce, gdy s. Michaela i cały sztab jej współpracowników służą chorym - zamyśla się Piotr. - I dlatego w naszą podróż wyruszamy z Krakowa, bo pomiędzy Krakowem a Wilnem znajduje się duchowy most miłosierdzia. To przecież stąd wyszła iskra Bożego miłosierdzia, tutaj Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu miłosierdziu i tutaj znajduje się sanktuarium ze słynącym łaskami obrazem Jezusa Miłosiernego oraz grobem św. Faustyny - wzrusza się Sebastian.
Jego obecność w ekipie czerwonego żuka też nie jest przypadkiem. - Od ponad 12 lat jestem duchowym synem s. Michaeli i nie ma w tym stwierdzeniu grama przypadku. Ona mnie duchowo adoptowała, gdy poznała historię moją, mojej rodziny, mojego syna, który został uzdrowiony z choroby nowotworowej. Gdy s. Michaela poznała Olka, gdy zobaczyła rany na jego plecach, powiedziała, że przecież on tam ma krzyż i zapytała, czy zgodzi się zostać ambasadorem budowy dziecięcej części hospicjum. Olek bardzo się przejął i powiedział, że to jest część jego pomagania Jezusowi w niesieniu krzyża, o czym rozmawiał z moją żoną, gdy wydawało się, że umiera z bólu - wspomina Sebastian i na jednym oddechu streszcza kawał swojego życia. Był bowiem czas, gdy Sebastian żył daleko od Boga i krzywdził wszystkich dookoła, także samego siebie - lista jego "przewinień" przestraszyłaby pewnie wielu spowiedników. Przyszedł jednak taki moment, w którym całe Sebastianowe życie przewróciło się do góry nogami, i kiedy zrozumiał, że tak się dalej nie da. Że coś musi się zmienić.
- Tego dnia, gdy żona powiedziała mi przez telefon, że Olek postanowił poprzez swoją chorobę pomagać Jezusowi nieść krzyż, przyjechałem do szpitala i - leżąc pod łóżkiem syna - zapytałem, jak chce to robić. Odpowiedział, że chce, bym razem z nim zaczął służyć Jezusowi przy ołtarzu. A potem zaczęły się dziać niesamowite rzeczy, aż w końcu Olek wyszedł ze szpitala o własnych siłach i kilka miesięcy później odbył pierwsze lekcje jazdy na snowboardzie. Dziś studiuje psychologię. A ja do dziś służę przy ołtarzu. Nawet dziś, gdy byliśmy z całą ekipą na Mszy św. w Bazylice Mariackiej. Razem z żoną jesteśmy też w Domowym Kościele, który uratował nasze małżeństwo, służę w wielu innych wspólnotach, a wszystkie firmy, które prowadzę, moje są tylko formalnie. Zarządza nimi prawdziwy Szef, czyli Bóg i wszystko działa najlepiej, jak się da - nie kryje łez Sebastian i dodaje, że jadąc żukiem i wspierając hospicjum, jest szczęśliwy, że może coś zrobić dla s. Michaeli.
świetna akcja, sprawa pilna
Czytelników "Gościa" zachęca zaś do wejścia na stronę www.zukiemdlazycia.pl i do wpłacania datków na zrzutkę, którą można tam znaleźć. Każda złotówka jest na wagę złota i będzie służyć chorym.
Do tematu wrócimy w numerze 39. "Gościa Krakowskiego" (na 27 września).