Jak dotrzeć do Dobrych Portów?

Paulina Smoroń

|

Gość Krakowski 46/2015

publikacja 12.11.2015 00:00

Z Krakowa do Taizé. O podróży pełnej Bożych znaków i o tygodniu wyciszenia ze studentkami dziennikarstwa UPJPII Barbarą Rozmus i Eweliną Słomką rozmawia Paulina Smoroń

 – Ta podróż nas przemieniła – zapewniają Basia (po lewej) i Ewelina – Ta podróż nas przemieniła – zapewniają Basia (po lewej) i Ewelina
Paulina Smoroń /Foto Gość

Paulina Smoroń: Na przełomie września i października byłyście w Taizé, na południu Francji. Drogę postanowiłyście pokonać autostopem. Nie bałyście się?

Barbara Rozmus: Oczywiście, gdzieś w głębi duszy trochę się obawiałyśmy, jednak przygoda z autostopem w tle już od dawna się nam marzyła... Ewelina Słomka: Basiu! Trzeba powiedzieć szczerze – nie miałyśmy pieniędzy, żeby tam inaczej dojechać. Wyruszyłyśmy, mając w portfelu po ok. 100 euro, ale tyle nam wystarczyło, a nawet jeszcze zostało.

A dlaczego akurat Taizé?

B.R.: To przeze mnie. (śmiech) Na spotkania europejskie (Pielgrzymkę Zaufania przez Ziemię) organizowane przez wspólnotę Taizé już dawno chciałam się wybrać. Niedawno mój znajomy zamieścił na Facebooku post o wiosce w Taizé. Wtedy marzenie odżyło. Zapytałam Ewelinę, czy chciałaby się tam wybrać razem ze mną. Miesiąc później byłyśmy na miejscu. W Taizé zafascynowało mnie, że ludzie, którzy się tam spotykają, są ponad wszelkimi podziałami i że łączy ich jedno – Jezus Chrystus.

E.S.: A ja czułam, że jest coś pociągającego w tym miejscu. Taizé znałam tylko z muzyki, która mnie zachwyciła.

W końcu wyszłyście z domu, z ogromnymi plecakami na sobie...

B.R.: I poszło nam zaskakująco dobrze. Nie musiałyśmy nawet zatrzymywać się w części miejsc, które wcześniej zaplanowałyśmy, a we Francji byłyśmy już dwa dni później!

Wierzycie, że Pan Bóg maczał w tym palce?

E.S.: Bez wątpienia! Kiedy teraz patrzę na tę podróż, widzę, że każdy kierowca po prostu był nam zesłany.

B.R.: Każdy z nich był też przez nas wymodlony. Przed kolejnymi odcinkami drogi prosiłyśmy Ducha Świętego o prowadzenie i opiekę, i tak faktycznie było! Co ciekawe, jeszcze w domu, przed wyjazdem, poprosiłyśmy Boga o słowo, które będzie nas prowadziło i dostałyśmy je! To był 27. rozdział Dziejów Apostolskich. Przeczytałam ten fragment na głos i wtedy już obie wiedziałyśmy, że się nam uda. Pan Bóg powiedział nam, że dotrzemy do „miejsca zwanego Dobre Porty”.

W podróży potrzeba Wam było także dużej wiary w ludzi.

E.S.: To prawda, chociaż dla mnie to była bardziej próba zaufania Bogu – czy rzeczywiście jestem otwarta na wszystko, co On ma dla mnie, czy jednak ucieknę przy najbliższej okazji. A nie wszystko szło zgodnie z planem. Gdy byłyśmy już bardzo blisko celu, zaledwie 30 km przed Taizé, Chorwat, z którym jechałyśmy, wysadził nas na stacji benzynowej. Było późno i bardzo zimno. Postanowiłyśmy tę noc spędzić na stacji, ale ruszyłyśmy dalej z samego rana. Wtedy już pieszo, nie autostopem.

B.R.: Gdy przeszłyśmy ok. 6 km, zatrzymało się jednak małżeństwo z Francji, które podwiozło nas pod samą furtkę naszych Dobrych Portów. Cały czas myślałyśmy, że gdy już będziemy na miejscu, to ktoś od razu się nami zajmie, oprowadzi, da coś do jedzenia...

Rzeczywistość była inna?

E.S.: Okazało się, że każdy był zajęty swoimi sprawami. Spędziłyśmy 3 godziny pod drzewem, czekając na powitanie o 15.30.

B.R.: Mimo to z każdą minutą podobało nam się tam coraz bardziej. Kiedy się tam przyjeżdża, człowiek nagle czuje, że jest wolny!

I co zrobiłyście z tą swoją wolnością?

E.S.: Obserwowałyśmy sielankowe życie... To była niedziela, a wioska w ten dzień trochę inaczej funkcjonuje.

B.R.: W końcu przywitał nas Tomek, który opowiedział nam o rytmie, jakim żyje wioska. Dostałyśmy też zakwaterowanie i... pracę.

Pracę? Chyba nie po to tam pojechałyście?

B.R.: Każdy, kto przyjeżdża do Tai- zé, musi wykonywać jakąś pracę. Nam przypadło w udziale zmywanie po kolacji, a innym osobom – sprzątanie toalet, zamiatanie, gotowanie czy dbanie o kościół...

E.S.: Warto dodać, że w Taizé rytm wyznacza modlitwa. Każdy dzień od niej się zaczyna, o 8.15, i choć nie jest to Msza św., jest wtedy rozdawana Komunia św. Eucharystię przyjmuje się w postaci chleba i wina, i każdy dostaje Pana Jezusa na dłonie.

Pewnie po raz pierwszy w taki sposób przyjmowałyście Komunię.

B.R.: To było bardzo mocne przeżycie. To był taki moment, w którym świadomie zdecydowałam, że biorę w swoje ręce moją relację z Jezusem. Zrozumiałam, że wiara jest najważniejszą sprawą w moim życiu.

E.S.: Trudne do opisania przeżycie. To symboliczne przyjęcie na dłoń świętego Ciała Jezusa pozwoliło mi bardziej świadomie uczestniczyć w Jego ofierze.

Podobno niezwykła jest też wieczorna modlitwa.

B.R.: Ta modlitwa jest przepiękna, bo opiera się na bardzo prostych śpiewach w wielu językach. Piękne było też to, że kiedy bracia już wychodzili z kościoła, wielu ludzi zostawało tam jeszcze na jakiś czas, żeby dalej śpiewać pieśni.

E.S.: Wieczorna modlitwa jest szczególnie wymowna i piękna w piątek. Wtedy wystawia się na środek krzyż. Młodzież w niewielkich grupkach podchodzi do niego i każdy dotyka go swoim czołem. To ma pokazać, że oddajemy Jezusowi całe swoje życie. To było coś niesamowitego!

B.R.: Kiedy przytuliliśmy się do tego krzyża, kiedy się o niego oparliśmy, to było bardzo wzruszające. Mimo że cały czas byliśmy we wspólnocie i mimo obecności innych osób, które przecież przytulają ten sam krzyż, każdy sam mierzył się ze swoim krzyżem. Ze mną ten moment zostanie na zawsze.

Każdy Wasz dzień tam – oprócz piątkowego wieczoru – wyglądał tak samo?

B.R.: Nie do końca. Kilka ostatnich dni spędziłyśmy w ciszy, w wiosce oddalonej o 15 minut od Taizé. Było tam ok. 20 dziewczyn, a każda była z innego zakątka świata.

E.S.: To miejsce różniło się nieco od tego poprzedniego. Na modlitwy wracałyśmy do Taizé i tylko posiłki jadłyśmy wspólnie. Resztę dnia spędzałyśmy same w ciszy. Chodzi o to, żeby mniej mówić, a więcej słyszeć.

W Krakowie by się to nie udało?

B.R.: Na pewno nie. Tu wszystko rozprasza człowieka, a bycie w ciszy uświadamia nam, skąd jesteśmy – bo przecież nie z betonu i szarych murów. Jesteśmy częścią natury. W Taizé obok ludzi żyją zwierzęta – krowy, owieczki. Nad głowami jest niebo, a zewsząd dobiega śpiew ptaków. Tam łatwiej przypomnieć sobie, że o nas nie stanowią rzeczy, media czy kontakty. Najważniejsze jest to, że każdy z nas został stworzony przez Boga! W Taizé poczułam, że to jest moje miejsce na ziemi – mój dom.

E.S.: Trzy główne zasady Taizé to miłosierdzie, prostota i radość, czyli wszystko to, czego nam potrzeba i na czym warto opierać swoje życie. To jest cała prawda o człowieku, i chyba tego w pędzącym życiu nam trochę brakuje. W wielkim mieście często usilnie zabiegamy o naszą wiarę, gdzieś jej wciąż szukamy, a tam wystarczyło po prostu być i słuchać. Brakuje nam też swobody i wolności. Widać to zwłaszcza podczas przekazywania znaku pokoju. W Tai- zé ludzie się ściskają, przytulają i przede wszystkim się uśmiechają! Tam widać tę miłość i ten pokój! U nas – niekoniecznie...

Podczas Waszej podróży zdarzyły się sytuacje, które można nazwać opatrznościowymi?

E.S.: Oczywiście! Trafiłyśmy na chłopaka, z którym nadłożyłyśmy sporo kilometrów, ale przywiózł nas bezpośrednio do Polski. Był też moment kryzysowy – nad ranem w Krakowie, w okolicach Balic. Byłyśmy bardzo zmęczone. Stałyśmy na stacji benzynowej i prosiłyśmy o transport do centrum. I tu znów pojawił się „anioł”, który podwiózł nas pod samą bramkę przy naszym bloku.

B.R.: Zaraz na początku podróży była też chwila, która uświadomiła mi, co to będzie za droga i jaką opiekę mamy nad sobą. Zrozumiałam to podczas spotkania z kierowcą, który zabrał nas z wylotówki w Katowicach. Wcześniej przez 2 godziny bezskutecznie próbowałyśmy złapać stopa. On się zatrzymał. Miał na imię Paweł i bardzo się przed nami otworzył. Rozmawialiśmy o wszystkim – o życiu, niespełnionych marzeniach, najważniejszych wartościach dla człowieka i o tym, za czym biegamy, a co tak naprawdę nie ma znaczenia... Najpiękniejsze było to, że kiedy się z nim żegnałyśmy, w jego oczach było wzruszenie. Powiedział, że traktuje nas jako znak na swojej drodze. Jego słowa były potwierdzeniem, że to, co robimy, ma swój początek w Bogu.

E.S.: Patrząc na całą podróż z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że po raz pierwszy wzięłam los w swoje ręce albo raczej – zdałam się na Boże prowadzenie. Doświadczyłam wolności wyboru i wolności spotkania z drugim człowiekiem.

A czy jest coś, za co chciałybyście szczególnie podziękować Bogu?

B.R.: Za każdą minutę tej podróży, która mnie na zawsze przemieniła. Kiedy rozglądam się dookoła siebie i widzę ludzi, którym jest w życiu ciężko, doceniam to, że mam zdrowe ręce i nogi, i że tak wiele jest mi dane. Tam, w ciszy Taizé, można to usłyszeć i przeżyć.

E.S.: A ja za odwagę do kolejnych wyzwań i za zaufanie do drugiego człowieka.

Poczuj klimat Taizé

Taizé to niewielka wioska na południu Francji, do której co roku przyjeżdżają tłumy młodych ludzi. Gdy przebywały tam Basia i Ewelina, razem z nimi było „tylko” kilkaset osób z całego świata. Wioska prawdziwe oblężenie przeżywa latem, kiedy przyjeżdża do niej nawet kilka tysięcy osób. Ponadto co roku w jednym z europejskich miast, między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, wspólnota z Taizé organizuje spotkania. Przyjeżdżają na nie tysiące młodych osób zarówno z Europy, jak i z pozostałych kontynentów, po to, by uczestniczyć w kolejnym etapie Pielgrzymki Zaufania przez Ziemię. Najbliższe takie spotkanie rozpocznie się już 28 grudnia w Walencji. Poprzedza je co najmniej kilkutygodniowe przygotowanie – w Krakowie i całej diecezji prowadzi je wiele parafii, wspólnot i zakonów. Spotkania odbywają się m.in. w każdy czwartek o godz. 20 u krakowskich jezuitów, we wspólnocie WAJ (Kopernika 26). Warto się tam pojawić i zapisać na wyjazd do Walencji!